Pomoc ze strony krajów Zachodu jest bardzo ważna, ale demokratycznych przemian mogą dokonać tylko sami Białorusini — mówi laureat Pokojowej Nagrody Nobla Aleś Bialacki. Był więziony przez reżim Łukaszenki, dziś mieszka w Oslo.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Aleś Bialacki: Nie mogę wciąż wyjść z zachwytu! Można to porównać z wydostaniem się na świeże powietrze z pokoju wypełnionego jakimś toksycznym gazem. Oddychasz pełną piersią, wszystko wydaje się piękne, wszystko ciekawi. Kiedy przechodzę obok wystaw sklepowych, chciałbym coś kupić. Jak mijam restaurację, myślę o tym, by spróbować którejś z potraw. Żona musi mnie powstrzymywać. „Aleś, dość tego. Idziemy!” — mówi i odciąga na bok (śmiech). Po latach więziennego rygoru — pobudka o 5.00 rano, cisza nocna o 22.00 — mogę wreszcie budzić się i kłaść spać, o której chcę. Tego, jak zachwycająca jest wolność, nie zrozumie nikt, kto nie siedział nigdy w więzieniu. To tak, jakbyś urodził się na nowo.

Tak naprawdę nie wiedziałem, kiedy wyjdę. Oficjalnie zostało mi jeszcze pięć lat, bo zgodnie z wyrokiem powinienem wyjść w 2030 r. Mogli mi jednak dodać jeszcze rok czy dwa, np. za naruszenie przepisów wewnętrznych, jak to się często działo w przypadku takich jak ja. My, więźniowie polityczni, jesteśmy jak jeńcy wojenni, nie wiemy, kiedy nas wypuszczą. Skorzystaliśmy z nowej „ścieżki” na wolność, która otworzyła się pośrednio w związku z wysiłkami na rzecz zakończenia wojny w Ukrainie.

— Dokładnie cztery lata i pięć miesięcy bez jednego dnia. Do wyroku trzymali mnie w areszcie śledczym w centrum Mińska, który znajdował się niedaleko mojego domu. Cela była niewielka i ciasna, jakieś 10 mkw. dla 2-3 osób. Jesz, śpisz i załatwiasz się w tym samym pomieszczeniu. W takim areszcie żyje się jak w toalecie, ale można jakoś wytrzymać. W kolonii karnej jest znacznie gorzej — tam nieustannej presji poddają cię „operacyjni” pracujący dla KGB albo GUBOPiK [wydział MSW Białorusi ds. walki z przestępczością zorganizowaną i korupcją, który de facto zajmuje się tropieniem przeciwników reżimu — red.], czyli „białoruskiego gestapo”. Przez cały czas musisz być w pogotowiu, by nie dać się sprowokować przez pospolitych więźniów albo przez personel więzienny. Oni zaś cały czas szukają dziury w całym. A to idziesz do stołówki, ich zdaniem za bardzo odstając od grupy, a w kolonii karnej można chodzić tylko w grupie. A to niby łamiesz regulamin w inny sposób. W kolonii karnej nie masz ani krztyny wolności osobistej, jakiejkolwiek swobody. Celem takiego działania jest wykończenie cię psychiczne, zniszczenie twojego ja. Ta polityka stosowana jest tam wobec wszystkich uwięzionych, ale polityczni poddawani są dziesięciokrotnie silniejszej presji.

— Fizycznie nie, dzięki statusowi noblisty. Myślę, że personel karny miał wyraźną instrukcję z samej góry, z Mińska, by traktować mnie lepiej niż pozostałych więźniów politycznych.

Nie powiem, że cieszyłem się z tego powodu jakimś szacunkiem, po prostu bali się mi zrobić krzywdę. Nie oznacza to, że nie cierpiałem. Kiedy już w kolonii karnej zamknęli mnie w szizo [skrót od rosyjskiego sztrafnyj izolator, karna izolatka — red.], byłem torturowany chłodem. W szizo siedzisz w bardzo cienkim ubraniu, a jesienią czy zimą temperatura spada do 8-10 stopni Celsjusza. Spać się w takim zimnie po prostu nie da. Po ­15-20 minutach drzemki ciało tak się wychładza, że budzą cię drgawki. Po kilku takich nieprzespanych z zimna nocach w karcerze myślisz tylko o tym, by znaleźć się w jakimś ciepłym pomieszczeniu. Wiem, co mówię, bo to przeżyłem. W szizo spędziłem w sumie 38 dób.

Rodzajem psychicznych tortur jest chamskie, pogardliwe traktowanie więźniów politycznych. Doświadczyłem tego na własnej skórze. Formą obrony przed czymś takim jest trzymanie gardy 24 godziny na dobę. Musisz uważać, by nie dać się psychicznie sponiewierać. Kiedy było mi bardzo ciężko, powtarzałem sobie: „Musisz zacisnąć zęby i wytrzymać!”. W więzieniu nie ma innej reguły przetrwania.

— Było różnie, bo w administracji kolonii karnej pracują też normalni ludzie, a ci zdawali sobie sprawę, że nie jestem żadnym złoczyńcą. Nie kwestionowali polityki władz, ale traktowali mnie w miarę normalnie, także z powodu Pokojowej Nagrody Nobla.

Najgorsi byli ci nadgorliwi, którzy aby przypodobać się przełożonym, uprzykrzali mi życie, jak mogli — odbierali listy i paczki, ­uniemożliwiali spotkanie się z rodziną czy po prostu wsadzali do karceru pod byle pretekstem. W sumie przez dwa i pół roku kolonii takie różne szykany spotkały mnie kilkadziesiąt razy. Przekonałem się, że wśród personelu nie ma już praktycznie osób, które wierzą w to, co mówi Łukaszenka, i z przekonania wspierają reżim. Nawet karierowicze nie wierzą w system. Większość stanowią ludzie, którzy pracę w kolonii karnej traktują jako środek utrzymania. Pod tym względem sytuacja zmieniła się bardzo od mojej poprzedniej odsiadki. Wtedy trafiali się jeszcze ideowcy.

— Nie bardzo, odsiadując wyrok w kolonii, miałem poczucie déjà vu. Sam system się nie zmienił, tyle że presja na więźniów politycznych jest już pozbawiona ideologicznej nadbudowy. Kilkanaście lat temu też dali mi nieźle w kość, ale nie było tego chamstwa i cynizmu co teraz. Traktują nas jak swoich jeńców, bo nie mamy żadnych praw. Więźniów politycznych przybyło, więc od czasu do czasu mogliśmy po kryjomu porozmawiać, co psychicznie jest bardzo ważne. W latach 2011-2014 byłem bodaj jedynym politycznym w kolonii karnej. Wtedy bardzo doskwierało mi to, że nie miałem do kogo otworzyć ust.

Karmili nieco lepiej niż 10 lat temu, ale więzienne jedzenie było marnej jakości — głównie kasza i wodniste zupy. Smaku wielkiego to nie miało, ale dało się zjeść. Niestety, porcje małe, nie zaspokajały głodu. Warzyw i owoców prawie nie widziałem na oczy. W 2025 r. zjadłem tylko jedno jabłko. Ostatni posiłek był o 16.00, jeśli ktoś był później głodny, sam musiał zdobyć jakieś jedzenie. Ci, co mieli pieniądze, mogli coś dokupić, ale więźniom politycznym nie można pomagać finansowo, więc było nam trudno. W kolonii karnej schudłem jakieś 15 kg.

— Pracowałem w dużych zakładach drzewnych, nosiłem deski i wykonywałem inne tego typu proste czynności. Nie powiem, było ciężko — harówka sześć dni w tygodniu po siedem godzin dziennie. Od poniedziałku do soboty.

— W dniu, w którym mi ją przyznano, ­czyli w piątek 7 października 2022 r. Powiedział mi o tym na korytarzu jeden z więźniów politycznych, młody chłopak. — Aleś, zostałeś laureatem pokojowego Nobla! — krzyknął. Przechodząc obok niego, machnąłem ręką i powiedziałem, że to jakaś bzdura. Nie wierzyłem, że coś takiego jest możliwe. Prawdopodobieństwo, że dostanę Nobla, według mnie było mniejsze niż promil. Okazało się, że mówił prawdę, wiadomość potwierdziła mi po kilku minutach moja adwokatka, z którą spotkałem się przy aktach. — Aleś, wszyscy koledzy gratulują mi, że mam klienta noblistę — powiedziała. — Nie może być! Nie wierzę! — krzyczałem. Adwokatka i oficer śledcza, też młoda dziewczyna, patrzyły na mnie jak na szaleńca. Siedziałem wtedy jeszcze w areszcie śledczym w Mińsku, a przed wydaniem wyroku mogliśmy często zaznajamiać się z aktami sprawy i rozmawiać z obrońcami. W dniu, w którym przyznano mi Nobla, nie byłem jednak w stanie czytać akt. Kiedy dotarło do mnie wreszcie to, co się stało, bardzo się ucieszyłem, ale nie miałem wątpliwości, że nagrodzono nie samego Bialackiego, ale wszystkich tych Białorusinów, którzy walczą o demokrację, prawa człowieka i suwerenność kraju.

— Oczywiście Łukaszenka traktuje rozmowy z wysłannikiem Trumpa jak swój wielki sukces, ale to skomplikowane pytanie, więc odpowiem na nie szerzej. Zacznijmy od tego, że sankcje wprowadzone przez Zachód po sfałszowaniu wyborów prezydenckich w 2020 r. nie były aż tak dotkliwe. Zaczęły przynosić jakikolwiek skutek dopiero po ich rozszerzeniu na skutek rosyjskiej inwazji na Ukrainę pod koniec lutego 2022 r., kiedy rząd białoruski uznano za sojusznika agresora.

Przez pierwszy rok czy dwa reżim sobie jeszcze jako tako radził, bo płynęła rosyjska pomoc gospodarcza. Po trzech latach polityczna i ekonomiczna izolacja Białorusi zaczęła przynosić spodziewany efekt. Załamała się bowiem częściowo gospodarka rosyjska, co miało duży negatywny wpływ na związaną z nią bardzo mocno gospodarkę Białorusi. Pozbawiony rosyjskiej pomocy Łukaszenka zaczął się rozglądać za jakąś alternatywą. Wysyłał sygnały, że gotów jest do rozmów. Choćby częściowe poluzowanie sankcji było kluczowe dla zachowania jakiejkolwiek stabilności społecznej kraju. Przecież z czegoś muszą płacić pensje, emerytury czy zasiłki, a wypłacalność państwa to bodaj jedyna rzecz, która utrzymuje ten reżim przy władzy. Amerykanie zaproponowali rozmowy o uwalnianiu więźniów politycznych w zamian za stopniowe znoszenie sankcji, ale wcale nie dlatego, że uważają Białoruś za jakiś szczególnie ważny kraj w regionie.

Myślę, że głównym celem administracji Trumpa jest zakończenie wojny w ­Ukrainie, a porozumienie z Łukaszenką może — według Waszyngtonu — przybliżyć realizację tego celu, gdyż dyktator ma jakiś minimalny wpływ na Putina. Poza tym Biały Dom chciał w ten sposób zapobiec aktywnemu wciągnięciu Białorusi do wojny, a istniało takie ryzyko. Jeszcze dwa-trzy lata temu sam obawiałem się, że białoruscy żołnierze zostaną wysłani na front, Łukaszenka zaś z sojusznika Putina stanie się jego towarzyszem broni.

Odpowiadając na pytanie — reżim prowadzi swoisty handel ludźmi z wysłannikiem Trumpa [Johnem Coale’em — red.], a nas, więźniów politycznych, traktuje jak towar. Towaru — jak wiadomo — nikt nie pyta o to, czy i za ile chce być sprzedany. Powtarzam, bez zaostrzenia sankcji po 2022 r. nigdy nie doszłoby do tych targów, więc UE powinna utrzymać presję na reżim. Twarda polityka wobec reżimu jest słuszna, zawsze ją popierałem i będę popierał. Tym bardziej że od wypuszczenia naszej grupy aresztowano co najmniej kolejnych stu więźniów politycznych. Reżim jednych wypuszcza z więzienia, a kolejnych wsadza za kraty.

— Niestety, dlatego kiedy rozmawiam z Amerykanami czy przedstawicielami UE, przekonuję ich, że warunkiem podjęcia kolejnej tury rozmów powinno być wstrzymanie aresztowań przeciwników reżimu. Bez tego handel z reżimem nie ma sensu.

Poza tym powinniśmy dążyć do tego, aby zmiany na Białorusi miały dużo głębszy charakter, tak abyśmy ja czy inni wypuszczeni mogli wrócić do kraju, nie bojąc się, że znowu trafimy za kraty. Wszyscy wiedzą, co stało się z opozycjonistą ­Mikołą Statkiewiczem. Po wypuszczeniu z więzienia we wrześniu 2025 r. odmówił wyjazdu na Litwę i przed przekroczeniem granicy wyszedł z autobusu jadącego do Wilna. Jeszcze w tym samym dniu został uprowadzony przez „nieznanych sprawców” i odnalazł się w kolonii karnej. Cieszę się, że wyszedłem na wolność, ale wyrzucono mnie z ojczyzny i pozbawiono wszelkich praw. Jako obrońca praw człowieka pragnąłbym, aby z więzień wyszli wszyscy białoruscy więźniowie polityczni.

— Szczerze mówiąc, nie mam na ten temat żadnych informacji. Wiem jednak, że ostateczną decyzję w sprawie listy uwolnionych podejmuje sam Łukaszenka i to on skreśla z niej w ostatniej ­chwili konkretne nazwiska. Myślę, że tak było w przypadku Andrzeja. Łukaszenka wyjaśnił później w jednym z przemówień, że nie wypuścił Poczobuta, bo chce go wymienić na jakiegoś obywatela Białorusi lub Rosji aresztowanego w Polsce. To ponoć dlatego Andrzej znalazł się poza listą — jego uwolnienie będzie rozpatrywane oddzielnie.

— Cieszę się, że w tej sprawie głos zabrał sam Zełenski, bo przez ostatnie lata władze w Kijowie unikały oceny sytuacji politycznej na Białorusi. Reżim Łukaszenki jako sojusznik Putina jest uznawany przez Ukrainę za wroga, ale strona ukraińska nie miała dotąd ścisłych relacji z opozycją białoruską. To ważne, że prezydent Ukrainy zaczął zwracać więcej uwagi na Białoruś, bo bez uwzględnienia tego, co się tam dzieje, trudno rozpatrywać sytuację geopolityczną Ukrainy, Polski, Litwy czy Mołdawii. My, kraje Europy Wschodniej, jesteśmy ze sobą związani różnymi więzami. Historia nieraz zmuszała nas, by trzymać się i działać razem. Dziś jest podobnie — nie da się zapewnić długofalowego bezpieczeństwa Polski czy Ukrainy bez wolnej i demokratycznej Białorusi.

— Staram się nie gdybać w tej sprawie, bo niewiele da nam dziś rozważanie, co by było, gdyby historia potoczyła się tak, a nie inaczej. Wolę skupić się na przyszłości, na tym, co będzie. Powtarzam, wolna, demokratyczna Białoruś leży w interesie bezpieczeństwa zarówno Polski, Litwy, jak i Ukrainy.

— Nie ma na to jakiejś cudownej recepty. Trzeba zakasać rękawy i pracować tak jak polska opozycja do przełomu w 1989 r. Za czasów PRL nikt z was nie wiedział, kiedy upadnie reżim komunistyczny w Polsce — w 1981, 1986 czy może w 1989 r. Polscy robotnicy, inteligencja, działacze społeczni czy młodzież nie rozmyślali o tym, kiedy wygrają, tylko harowali, aby Polska została demokratycznym i suwerennym krajem. Uważam, że jeśli my będziemy robić to samo, to także wybijemy się na suwerenność. Pomoc ze strony krajów Zachodu jest bardzo ważna, ale demokratycznych przemian na Białorusi mogą dokonać tylko sami Białorusini.

— (Dłuższe milczenie). No cóż, działalność opozycyjną zaczynałem jako młody człowiek na początku lat 80. Wtedy istniał jeszcze Związek Radziecki, niepodzielną władzę sprawowała KPZR, a porządku pilnował Układ Warszawski. Czasy były mroczne, ale z nadzieją patrzyliśmy na polską Solidarność. Dziś mamy więcej sojuszników, a dzięki pokoleniowej zmianie społeczeństwo białoruskie jest bardziej otwarte na zmiany. Faktyczny poziom poparcia dla reżimu sięgnął dna. To jest junta, której władza opiera się na brutalnej sile. Bez wsparcia sił bezpieczeństwa i wojska Łukaszenka straciłby władzę. Reżim nie upadnie jutro, ale obecnej sytuacji nie da się utrzymać długo. Zmiany są nieuniknione, choć trudno dziś przewidzieć, co będzie triggerem. Jeśli chodzi o mnie, będę zajmował się tym, co do 2021 r. — obroną praw człowieka w Europie Wschodniej, tyle że jako laureat pokojowego Nobla będę to robił z Oslo.

Aleś Bialacki (ur. 1962) jest białoruskim dysydentem i opozycjonistą, założycielem Centrum Obrony Praw Człowieka Wiosna, wielokrotnym więźniem Łukaszenki. W grudniu został wypuszczony z kolonii karnej o zaostrzonym rygorze w Gorkach. Odbywał tam 10-letnią karę pozbawienia wolności za „przemyt” i „wielokrotne naruszanie przepisów dotyczących organizacji i przeprowadzania imprez masowych” zasądzoną w 2023 r. przez sąd w Mińsku. Obecnie mieszka w Oslo z żoną Natalią Pinczuk

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version