Już sam pomysł zaatakowania Iranu w tak dużym zakresie był sporym błędem USA. Na kolejne nie trzeba było długo czekać i dziś ich lista jest długa. A następne błędy czekają już w kolejce. Jeśli Amerykanie zdecydują się przeprowadzić operację lądową, konflikt może wejść w fazę, w której żadna ze stron nie będzie mogła się cofnąć, a koszty będą rosły.
Pierwsze doniesienia o przebiegu amerykańskiej operacji przeciwko Iranowi pokazują, że Amerykanom zabrakło właściwego przygotowania na niemal każdym poziomie. Od rozpoznania, przez planowanie, a na zabezpieczeniu operacji skończywszy. Waszyngton był przekonany, że czeka ich spacerek, a okazało się, że wdepnęli w spore bagno.
Nawet jeśli część informacji dotycząca amerykańskich problemów pozostaje nie w pełni potwierdzona, skala problemów widocznych w pierwszych dniach wskazuje na poważne niedoszacowanie przeciwnika oraz ograniczenia w doborze sił i środków, jakimi przeprowadzono operację.
Niedoszacowanie zdolności Iranu
Podstawowym błędem było założenie, że Iran uda się pokonać, likwidując jego najwyższych przywódców i dowódców, a lud sam ruszy, aby obalić niedobitki reżimu. USA nie doceniły również realnych możliwości militarnych przeciwnika. Pentagon był przekonany, że znów będzie prowadził konwencjonalną wojnę. Tymczasem jest to bardziej konflikt asymetryczny. Niemal taki sam, jaki przegrali w Iraku i Afganistanie.
Nie było żadną tajemnicą, że od lat rozwijany arsenał rakiet balistycznych i bezzałogowych systemów uderzeniowych został tak skonstruowany, aby zachować ciągłość produkcji mimo zniszczeń. Oznacza to, że zniszczenie pojedynczych zakładów, nawet istotnych, nie prowadzi do załamania całego systemu. Produkcja może zostać przeniesiona, rozproszona jeszcze bardziej lub czasowo ograniczona bez utraty ciągłości. Dodatkowo Iran wykorzystuje zapasy zgromadzone przed konfliktem, co pozwala utrzymać bieżące działania mimo zakłóceń w wytwarzaniu.
Kiedy Irańczycy rozpoczęli ataki odwetowe, okazało się, że Amerykanie nie zgromadzili odpowiednich środków, aby ochronić swoje instalacje w rejonie działań, mimo wystrzelenia ponad tysiąca pocisków PAC-3 z systemów Patriot. To więcej niż Ukraińcy użyli w ciągu ponad trzech lat posiadania tego systemu.
Irańska doktryna opiera się na masowym użyciu tanich uderzeniowych bezzałogowców oraz jednoczesnym wykorzystaniu rakiet. Dokładnie tak, jak to robi Rosja nad Ukrainą. A Amerykanie powinni wiedzieć, że latające bomby typu Shahed-136 stanowią trudny cel dla klasycznych systemów OPL ze względu na niską sygnaturę i możliwość użycia w dużych ilościach. Ostatecznie, kiedy zabrakło pocisków przeciwlotniczych, Waszyngton musiał poprosić Kijów o pomoc. Ten wysłał kompanię, co okazało się niewystarczające.
Atak na bazę lotniczą Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej, przeprowadzony z użyciem rakiet balistycznych i latających bomb, potwierdza, że Iran zachował zdolność do skoordynowanego uderzenia. A utrata KC-135 jest dotkliwym ciosem. Można to uderzenie porównać do ukraińskiego ataku na rosyjską bazę Engels-2 pod Saratowem.
Niewydolność rozpoznania
Drugim elementem, który zawiódł jest rozpoznanie. Amerykanie co prawda zdekapitowali władze Iranu, jednak państwo nadal działa, a obowiązki zlikwidowanych rządzących i dowódców przejęły osoby, które były niżej w hierarchii. W dodatku w pierwszych dniach operacji pojawiły się informacje, że część kluczowych instalacji nie została skutecznie zniszczona, mimo że należały do priorytetowych obiektów z punktu widzenia ograniczenia zdolności odwetowych Teheranu.
Wśród nich znajdują się przede wszystkim rozproszone magazyny rakiet balistycznych oraz zaplecze logistyczne odpowiadające za ich przygotowanie do użycia. Iran od lat rozwija logistykę opartą na podziemnych kompleksach, tunelach oraz maskowanych obiektach infrastrukturalnych. Ich skuteczne zniszczenie wymaga nie tylko precyzyjnych danych o lokalizacji, ale również aktualnej wiedzy o ich wykorzystaniu operacyjnym, czyli tego, które obiekty są aktywne w danym momencie.
Tymczasem okazało się, że część takich instalacji pozostała nienaruszona. Dotyczy to zwłaszcza obiektów położonych poza najbardziej oczywistymi lokalizacjami, często powiązanych z infrastrukturą cywilną lub ukrytych w trudno dostępnych rejonach górskich. Brak skutecznego uderzenia w te cele oznacza, że Iran zachował zdolności do prowadzenia dalszych ataków rakietowych, co bezpośrednio przełożyło się na możliwość przeprowadzenia uderzenia odwetowego. A to Amerykanie dość boleśnie odczuli na początku marca.
Podobny problem dotyczy infrastruktury związanej z bezzałogowymi systemami uderzeniowymi. Produkcja i przygotowanie dronów odbywa się w wielu rozproszonych lokalizacjach, co utrudnia ich identyfikację. Jeżeli rzeczywiście znaczna część tych zdolności przetrwała pierwszą falę ataków, oznacza to, że proces oznaczania celów opierał się na niepełnym obrazie sytuacji.
Kolejnym przykładem są systemy dowodzenia i łączności. Ich częściowe zachowanie po pierwszych uderzeniach wskazuje, że nie wszystkie węzły zostały prawidłowo zidentyfikowane lub uznane za priorytetowe. Obiekty zapasowe przejęły zadania zniszczonych systemów i Iran najwyraźniej zachował tę zdolność w stopniu wystarczającym, by przeprowadzić złożone operacje odwetowe. W tym przypadku kluczowym okazało się przerwanie operacji uderzeniowych, przez co Irańczycy złapali potrzebny oddech.
Brak zabezpieczenia operacyjnego
Kolejnym problemem okazał się brak odpowiedniej koncentracji sił i środków w rejonie Zatoki Perskiej. Cieśnina Ormuz pozostaje jednym z kluczowych punktów globalnego systemu energetycznego, a jej zabezpieczenie wymaga stałej obecności znacznych sił morskich i lotniczych. Tymczasem można odnieść wrażenie, że Trump zachował się jak Władimir Putin, który wybrał się na trzydniową operację wojskową.
Liczył na szybką i sprawną operację, która zakończy się sukcesem. Zapewne dlatego zarówno on, jak i sekretarz wojny Pete Hegseth wielokrotnie ogłaszali zwycięstwo nad Iranem. Ten drugi stwierdził nawet, że „nigdy w historii żaden kraj nie został pokonany tak, jak Iran. Starliśmy go z powierzchni ziemi”.
I podobnie, jak w przypadku Rosjan, okazało się, że Amerykanie nie byli w stanie skutecznie zabezpieczyć logistycznie tego obszaru nawet na wczesnym etapie operacji. Oznacza to, że mimo przerzutu znacznych sił i środków z innych regionów, rozpoczęcie działań nastąpiło bez pełnego przygotowania zaplecza. To z kolei ogranicza swobodę operacyjną i zwiększa podatność na działania przeciwnika, co właśnie obserwujemy.
Hegseth i Trump za braki pocisków oskarżyli poprzednią administrację, która „dała ogromne ilości sprzętu Ukrainie”. Zapomnieni jednak, że kluczowy problem nie polegał na samych dostawach dla Ukrainy, tylko na tempie zużycia amunicji w nowym konflikcie z Iranem, którego niedoszacowali. Ba! Nie zapewnili swoim siłom odpowiedniego wyposażenia, bo nie wyciągnęli żadnych wniosków z rosyjskich ataków.
Możliwe nowe błędy
Na Bliski Wschód podąża już nie tylko 31. Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej, ale także pond 3 tys. żołnierzy z 82. Dywizji Powietrznodesantowej. Czy Amerykanie zaatakują na lądzie? Jeśli tak, to może być kolejny błąd. Już dowództwo Huti poinformowało agencję Tasnim, że „jeśli wróg zechce podjąć działania na lądzie, na wyspach irańskich lub gdziekolwiek indziej na naszym terytorium, lub narazić Iran na straty poprzez ruchy morskie w Zatoce Perskiej i na Morzu Omańskim, otworzymy dla niego inne fronty jako niespodziankę, tak aby jego działania nie tylkonie przyniosły mu żadnych korzyści, ale także podwoiły jego koszty”.
Takim, najbardziej oczywistym, frontem będzie cieśnina Bab al-Mandab, w atakowaniu której Huti mają spore doświadczenie. Przez tę cieśninę przechodzi ok. 12-15 proc. światowego handlu ropą. Tymczasem Amerykanie nie mają wystarczająco sił, aby zabezpieczyć ruch w nawet cieśninie Ormuz. Jeśli przyjdzie im walczyć w drugim wąskim gardle, mogą mieć poważny problem, a wraz z nimi cały świat.
Działania militarne w regionie natychmiast przekładają się na rynek energii. Wzrost cen ropy wzmacnia dochody państw eksportujących surowce, w tym Rosji. W efekcie konflikt na Bliskim Wschodzie pośrednio oddziałuje na sytuację w Europie i wschodniej flance NATO. Na Węgrzech i Słowacji wracają postulaty powrotu do tańszych surowców kupowanych w Federacji Rosyjskiej. Podobne argumenty podnosi niemiecka AfD i polska Konfederacja Korony Polskiej.
Trump może swoimi działaniami spowodować znaczny kryzys na międzynarodowych rynkach. I jeśli faktycznie zdecyduje się przeprowadzić operację lądową, konflikt może wejść w fazę, w której żadna ze stron nie będzie mogła się cofnąć, a koszty będą rosły. Zarówno militarne, jak i polityczne oraz gospodarcze.




