Jelcyn mówił to, co myśli, i nie wykluczał wejścia do NATO. Putin od początku uważał, że nadszedł czas zemsty, i chciał wyrównać rachunki ze Stanami Zjednoczonymi — mówi amerykański historyk Stephan Kieninger.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Newsweek: Główna racja bytu NATO w Europie wydaje się dziś oczywista: zatrzymać Rosję. Ale 30 lat temu nie było to oczywiste.
Stephan Kieninger: NATO stanowiło wtedy element szerszej układanki obejmującej nierozprzestrzenianie broni jądrowej, kwestię Ukrainy, poszerzenie Unii Europejskiej. Chodziło o zwiększenie stabilności w Europie.
Wierzono, że Rosja może stać się partnerem, a nie przeciwnikiem. NATO zrobiło też ważne ustępstwa. Nierozmieszczanie jednostek bojowych ani broni jądrowej w nowych krajach członkowskich miało przekonać Rosję, że rozszerzenie Sojuszu nie ma charakteru wrogiego.
Trzy dekady po zakończeniu zimnej wojny Putin mówi o upokorzeniu, jakiego doświadczyła Rosja w obliczu złamanych obietnic Zachodu, w tym rzekomej obietnicy nieposzerzania NATO. Tymczasem w mojej książce opowiadam inną historię, opisując nieustanne wysiłki NATO na rzecz włączenia Rosji w tworzenie porządku po zimnej wojnie.
Rosjanie nie chcieli rozszerzenia NATO, ale nie przeciwstawiali się mu zbyt stanowczo. Nie obawiali się wtedy zbytnio NATO czy nie mieli wyboru, bo byli zbyt słabi?
— Jedno i drugie. Rosjanie byli zbyt słabi, aby temu zapobiec. Wycofali swoich żołnierzy z krajów bałtyckich, z Polski, z NRD. Zrezygnowali dobrowolnie ze swojego imperium, ponieważ uległo ono implozji. Ale jednocześnie nie mieli powodu za bardzo się obawiać.
Jednym z powodów, dla których Rosja nie przeciwstawiała się zbyt stanowczo NATO, był jednak fakt, że Jelcyn źle rozumiał intencje Clintona, a prezydent USA nie zamierzał wyprowadzać go z błędu.
— Doszło do ogromnego nieporozumienia, kiedy NATO rozpoczęło program Partnerstwo dla Pokoju, który miał na celu nawiązanie współpracy wojskowej między siłami zbrojnymi krajów byłego Układu Warszawskiego i byłych republik radzieckich z Sojuszem. Postrzegano to jako pierwszy krok do rozszerzenia NATO. Clinton podkreślał znaczenie programu Partnerstwa, a Jelcyn wyciągnął z tego wniosek, że rozszerzenie NATO nie nastąpi w bliskiej przyszłości.
Clinton nie próbował tego wyjaśnić. Nieporozumienia się więc piętrzyły. Gdy wreszcie Jelcyn zrozumiał, o co chodzi, wybuchnął podczas szczytu OBWE w Budapeszcie w 1994 r., gdzie powiedział, że zimny pokój zastąpił w Europie zimną wojnę. Byłoby lepiej, gdyby Clinton od razu powiedział Rosjanom, że rozszerzenie NATO jest nieuniknione, ale jednocześnie oferujemy im strategiczne partnerstwo.
Czego domagali się Rosjanie, negocjując z Amerykanami?
— Chcieli być kluczowym graczem i arbitrem w nowym systemie bezpieczeństwa w Europie. Mieć pewnego rodzaju prawo weta w odniesieniu do wewnętrznych decyzji NATO. Gdy nie mogli tego osiągnąć, ich celem stało się ograniczenie rozszerzenia NATO. I uzyskanie miejsca przy stole, tak samo jak w przypadku Unii Europejskiej. Chcieli, aby konsultowano się z nimi przed podjęciem decyzji przez NATO i Unię Europejską.
Zachód starał się zintegrować Rosję gospodarczo, wspierając ją i podpisując umowy o współpracy z NATO. Ale to dla Rosji nigdy nie było wystarczające, ponieważ zawsze chciała ona absolutnego bezpieczeństwa dla siebie i mniejszego bezpieczeństwa dla swoich sąsiadów i reszty Europy. Putin chciałby mieć prawo weta w sprawie suwerennych decyzji krajów europejskich. I to jest kluczowy problem.
Gdyby Rosja była potężniejsza w latach 90., sytuacja wyglądałaby wtedy podobnie jak teraz? Czasami argumenty Jelcyna i Putina były podobne. Tylko że Jelcyn był zdecydowane słabszy.
— To dobre pytanie. Odrodzenie rosyjskiego imperializmu rozpoczęło się przed Putinem, kiedy Jelcyn wysłał tak zwane siły pokojowe do Gruzji na początku lat 90. A potem interweniował w Czeczenii. Za rządów Putina stało się to zdecydowanie silniejsze, ale zachodni decydenci tego nie dostrzegali. Uważali, że Rosja podąża drogą w kierunku demokracji i integracji.
Mówiąc o „złamaniu obietnicy”, Rosjanie powołują się na rozmowę Jamesa Bakera, sekretarza stanu za George’a Busha, który na początku 1990 r. w rozmowie z Michaiłem Gorbaczowem powiedział: „Jeśli oddacie swoją część Niemiec, nie przesuniemy NATO ani o cal na wschód”.
— Układ Warszawski wciąż wtedy istniał, Niemcy były podzielone i nikt nawet nie myślał o rozszerzeniu NATO. Przecież setki tysięcy żołnierzy radzieckich stacjonowały w Niemczech Wschodnich i Europie Wschodniej. Rosyjska propaganda nieustannie odwołuje się do tej rozmowy i wykorzystuje w kampanii dezinformacji. Jednak z kontekstu historycznego wynika dość jasno, że rozszerzenie NATO nie było wówczas tematem rozmowy — na tym etapie nikt o nim nie myślał.
Dziś wydaje się to surrealistyczne, ale w połowie lat 90. Clinton zaproponował Rosji członkostwo w NATO.
— Clinton naprawdę brał to na poważnie i kilkakrotnie wspominał o tym Jelcynowi, np. we wrześniu 1994 r. podczas szczytu w Waszyngtonie, i Jelcyn tego nie wykluczał. Dopiero trzy lata później odrzucił ten pomysł. Twierdził, że Rosja jest po prostu zbyt duża i nie zamierza podporządkować swoich sił dowództwu NATO. Tak więc to Rosjanie zrezygnowali z NATO, a nie Zachód ich odrzucił.
W komentarzach o wojnie w Ukrainie wciąż pojawia się wątek broni atomowej. Podkreśla się, że rezygnując z niej w latach 90., Kijów popełnił ogromny błąd.
— Ukraina płaciła ogromną cenę za rezygnację z broni jądrowej. Ale wtedy było to znacznie bardziej skomplikowane. Odziedziczyła po ZSRR trzeci co do wielkości arsenał broni jądrowej na świecie, ale nie mogła jej zatrzymać, ponieważ Rosja nadal miała nad nią kontrolę. Poza tym utrzymanie tego arsenału kosztowałoby Kijów 3-4 mld dol. rocznie. Ukraińcy nie mieli takich pieniędzy. I staliby się pariasami w systemie międzynarodowym, tak jak Korea Północna czy Iran. Oddanie broni atomowej miało dla nich sens. Potrzebowali wsparcia gospodarczego, współpracy ze Stanami Zjednoczonymi i zbliżenia z NATO.
Problem polegał tylko na tym, że dane im gwarancje bezpieczeństwa nie były wystarczające i nie istniał żaden mechanizm umożliwiający egzekwowanie tych gwarancji, choć wszyscy zdawali sobie sprawę, że Ukraina może stać się polem bitwy w przyszłym konflikcie między Rosją a Zachodem. Ta obawa była powszechna, ale nic z tym nie zrobiono. To był błąd ówczesnej polityki USA. Z protokołów rozmów z końca lat 90. wynika, że Ukraińcy byli bardzo zaniepokojeni, jak kolejny prezydent Rosji podejdzie do tej sytuacji.
Z odtajnionych dokumentów wynika, że Ukraina chciała zostać członkiem NATO już na początku lat 90.
— Pierwsza prośba o członkostwo pochodzi z lipca 1993 r. Wiceszef MSZ Borys Tarasiuk pytał w Waszyngtonie, czy mogą wejść do Sojuszu, jeśli zrezygnują z broni jądrowej, i usłyszał, że jest to nie do pomyślenia, ponieważ USA musiałyby dać członkostwo w NATO wszystkim krajom, które również zrezygnowały z broni jądrowej, takim jak Kazachstan i Białoruś.
A państwa bałtyckie?
— Jak najszybsze wejście do NATO było kwestią ich przetrwania. Jelcyn chciał uzyskać stanowcze zobowiązania Ameryki, że nie dopuści państw bałtyckich do Sojuszu, ale Clinton stanowczo odrzucił to żądanie. Powiedział, że Rosja nie ma prawa weta w sprawie wewnętrznych decyzji NATO ani w sprawie niezależnych decyzji państw bałtyckich.
Rosja nigdy nie pogodziła się z członkostwem krajów bałtyckich w NATO. Nie chciała też wycofać stamtąd swoich wojsk. Zrobiła to dopiero pod ogromną presją Clintona. Ale państwa bałtyckie nie zdołały wejść w pierwszej rundzie. Pentagon był temu przeciwny, chciał ograniczyć rozszerzenie do Polski, Czech i Węgier. Również dlatego, że armie bałtyckie prawie nie miały wyposażenia ani żołnierzy. Musiały budować wszystko od podstaw, dzięki pomocy USA i NATO. Sceptyczny wobec członkostwa krajów bałtyckich w NATO i Unii Europejskiej był też kanclerz Helmut Kohl.
Po Jelcynie nadszedł Putin. Sceny jego pierwszych rozmów z Clintonem i Strobe’em Talbottem, zastępcą sekretarza stanu, który odpowiadał za politykę wobec Rosji, w pana książce „Securing Peace in Europe” są poruszające. Jak szybko Amerykanie zrozumieli, z kim mają do czynienia?
— Talbott doskonale rozszyfrował mroczną stronę Władimira Putina. Rosjanin okłamał go już podczas ich pierwszego spotkania w czerwcu 1999 r., kiedy obiecał, że Rosja nie wyśle na własną rękę żołnierzy do Kosowa. Talbott dowiedział się o tym, gdy wracał już z Moskwy do Waszyngtonu, zawrócił samolot, a wtedy Putin jeszcze raz go okłamał, zapewniając, że w Kosowie nie ma rosyjskich żołnierzy Nigdy nie zapomniał tych kłamstw i doradzał Clintonowi, żeby nie ufać Putinowi i zachować dystans.
Clinton darzył Jelcyna szacunkiem i podkreślał jego osiągnięcia jako reformatora. Wątpił, by Putin szedł podobną drogą. To było dla niego naprawdę bardzo trudne, ponieważ tak wiele zainwestował w poprawę stosunków amerykańsko-rosyjskich. Ale Amerykanie byli odosobnieni w swojej krytycznej ocenie nowego prezydenta Rosji. Niemiecki kanclerz Gerhard Schröder był do niego entuzjastycznie nastawiony, tak samo Francuzi cieszyli się na tzw. partnerstwo modernizacyjne z Rosją Putina.
Kiedy nastał Putin, Clinton i Talbott starali się nadal prowadzić politykę angażowania Rosji, czy raczej od razu zrozumieli, że nic już z tego nie będzie?
— Opowiadali się za nawiązaniem dialogu, jednak stawali się coraz bardziej ostrożni z powodu wojny w Czeczenii, kłamstw Putina w sprawie Kosowa oraz jego działań przeciwko wolnej prasie. Z Jelcynem nieraz dochodziło do kłótni i konfrontacji, ale Jelcyn zawsze był otwarty i mówił to, co myśli. Putin z rodowodem z KGB był zupełnie inny.
Jednym z najbardziej fascynujących fragmentów pana książki jest zapis rozmowy Talbotta z Putinem z końca 1999 r. Rosjanin zapowiada wejście do Gruzji, jakby już wtedy przygotowywał sobie grunt pod inwazję, która nastąpiła w 2008 r.
— Planował inwazję na Gruzję już podczas wojny z Czeczenią. W rozmowie z Talbottem w grudniu 1999 r. otwarcie powiedział, że wyśle wojska do Gruzji, aby ścigać czeczeńskich bojowników, którzy szukali tam schronienia. To był oczywiście tylko pretekst. Ale Waszyngton wyznaczył mu czerwoną linię i zagroził szeroko zakrojonymi sankcjami, jeśli Rosja zaatakuje Gruzję. Było dość wymowne, że Putin uważał, że nadszedł czas zemsty. Chciał wyrównać rachunki ze Stanami Zjednoczonymi.
Nie był jeszcze nawet prezydentem, nadal był premierem, a bawił się pomysłem inwazji na Gruzję, testując granice swoich możliwości. Na samym wstępie rzucał wyzwanie administracji Clintona. Wiedział, że Clinton ma przed sobą jeszcze tylko rok urzędowania i zasadniczo jest politykiem bez realnej władzy, bo wkrótce pojawi się nowy prezydent.
Clinton nie chciał antagonizować Rosji. Dlatego podczas rozszerzenia zrezygnowano ze stacjonowania na stałe oddziałów NATO na terenie nowych państw członkowskich. To była dobra decyzja?
— To bardzo istotne pytanie. Zasadniczo administracja Clintona była krytykowana z obu stron. Uważany za architekta zimnej wojny George Kennan, który cieszył się ogromną estymą, krytykował rozszerzenie NATO jako takie. A Kissinger i Brzeziński uważali, że rozszerzenie nie idzie wystarczająco daleko. Administracja Clintona naciskała więc na rozszerzenie NATO, ale powoli, stopniowo, uwzględniając ustępstwa na rzecz Rosji. NATO powiększyło się, ale też stało się bardziej miękkie, bo nie było żadnej poważnej infrastruktury wojskowej w Polsce i innych nowych państwach. W tamtym czasie było to słuszne. Ale myślę, że NATO popełniło błąd po 2014 r., po aneksji Krymu. Powinno było wtedy szybko przejść do powstrzymywania Rosji.
Stephan Kieninger jest autorem książek poświęconych polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych i bezpieczeństwu europejskiemu w okresie zimnej wojny i po jej zakończeniu: „The Diplomacy of Detente”, „Dynamic Détente: The United States and Europe, 1964–1975”. Jego najnowsza książka „Securing Peace in Europe. Strobe Talbott, NATO, and Russia after the Cold War” Prezentuje nowatorskie ujęcie rozszerzenia NATO w latach 90., opierając się na odtajnionych ostatnio amerykańskich dokumentach





