Książka Jacka Gądka „Duduś. Prezydent we mgle” wywołała w pałacu Andrzeja Dudy niemałe poruszenie. Teraz odniósł się do niej sam były prezydent. Choć narzekał na złośliwy tytuł i okładkowe zdjęcie, to nie zakwestionował ustaleń dziennikarza „Newsweeka”. Nawet tych najbardziej sensacyjnych.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

– Tytuł jest moją ksywką z czasów dziecięcych i harcerskich – mówił Andrzej Duda w podcaście Żurnalisty, zapytany o książkę „Duduś. Prezydent we mgle”. – Jest oczywiście złośliwy. Sugerujący, że nie dorosłem do funkcji. Bo tak mnie wołali koledzy, kiedy byliśmy harcerzami. […] Tutaj ta złośliwość jest ewidentna. No i oczywiście to zdjęcie też jest tutaj złośliwością ewidentną – powiedział były prezydent. Znacznie ważniejsze było jednak to, co dodał chwilę później.

Gospodarz programu zauważył wcześniej, że treść książki Jacka Gądka jest całkiem spójna z tym, co Andrzej Duda pisze w swojej niedawnej autobiografii „To ja”. Choć krytykuje tytuł i okładkę „Dudusia”, to przyznaje, że „środek nie jest zły”.

– Pewne relacje, które tam są przedstawione, są relacjami moich współpracowników – nie zawsze zadowolonych – którzy nie zawsze też i nie we wszystkich sprawach się ze mną zgadzali. Ja nie zmuszałem ludzi do tego, żeby zgadzali się ze mną we wszystkim. Ja tylko po prostu mówiłem: słuchajcie, spokojnie, przepraszam bardzo, ale to ja jestem prezydentem i w związku z powyższym, jeżeli macie odmienne zdanie, to tego nie róbcie. Ja to zrobię, bo ja uważam tak i tak. […] Jeżeli się komuś nie podoba, to może odejść – mówi Duda, de facto potwierdzając wiarygodność książki Jacka Gądka i autentyczność zebranych przez niego relacji ludzi z Pałacu Prezydenckiego. Ale to nie wszystko.

– Ja najbardziej byłem zaskoczony ilością danych, które wyciekły, bo one rzeczywiście były całkiem spójne z pana książką – zauważa Żurnalista.

– No ale wie pan, no ludzie kochają opowiadać. Zwłaszcza jak mają do opowiedzenia coś, co jest wiedzą unikatową. Gorzej, jeżeli opowiadają rzeczy, które są tak naprawdę objęte klauzulami tajności czy zastrzeżonymi – odpowiada Andrzej Duda, po raz kolejny potwierdzając wiarygodność relacji zebranych przez dziennikarza „Newsweeka”.

Pracując nad książką, Jacek Gądek zebrał unikatowe relacje ludzi z otoczenia Andrzeja Dudy. Kiedy „Duduś” ukazał się wiosną tego roku, wzbudził w Pałacu Prezydenckim spore emocje. Plotkowano o tym, kto rozmawiał z dziennikarzem „Newsweeka” i w jakim świetle te opowieści stawiają Dudę. A wyłania się z nich obraz prezydenta nie zawsze panującego nad swoim otoczeniem, ale i podejmującego ważne – choć często niesłusznie traktowane z lekceważeniem – decyzje.

– Ta wizyta w Kijowie to była jakaś makabreska – opowiadał Gądkowi o wizycie Dudy w Ukrainie w pierwszych tygodniach rosyjskiej inwazji na pełną skalę człowiek bliski prezydentowi i znający kulisy tamtego wyjazdu. – Na zewnątrz to był wielki sukces prezydenta i państwa polskiego. A z drugiej strony: za kulisami doszłoby do mordobicia w pociągu. Do mordobicia najważniejszych ludzi prezydenta na jego oczach – mówił. Chodziło o Marcina Mastalerka i Jakuba Kumocha. Jeden z doradców prezydenta dodawał: – Tam była jeszcze druga awantura między nimi, ale wtedy starli się już, jak byli sam na sam. Tuż przed wyruszeniem w drogę powrotną ścięli się w hotelu, gdzie zatrzymali się na chwilę.

Po awanturze Andrzej Duda miał pretensje do Mastalerka, że – wbrew nakazowi prezydenta – nie chciał razem z Kumochem pisać przemówienia dla głowy państwa.

Współpracownicy prezydenta chętnie opowiadali też Gądkowi o tym, jaki Andrzej Duda jest na co dzień. Obraz nie zawsze był dla prezydenta pozytywny. Czy Andrzej opie***la? I to straszliwie”, „jest bardzo porywczy”, „jak się na coś wkurzył, to potrafił wrzeszczeć na ludzi i kląć” – to tylko kilka cytatów z bliskich współpracowników prezydenta. – Często dostawał szału. A potem jakby nigdy nic: ani pocałuj mnie w d***, ani przepraszam. Przychodził i potrafił być miły, jakby nic się nie stało – opowiadał jeden z nich.

A skąd tytuł, który prezydent uznał za złośliwy i umniejszający? To Jacek Gądek wyjaśnia już w prologu swojej książki i jego relacja pokrywa się ze słowami samego Dudy. – Na Andrzeja mówiliśmy „Duduś”. Z dawnych lat miał taką ksywkę. A Lech Kaczyński, gdy kogoś lubił, to prosił, by do niego mówić Leszek. Leszek faktycznie nawet lubił i cenił „Dudusia” – mówił dziennikarzowi „Newsweeka” człowiek z otoczenia Andrzeja Dudy. A inny dodawał: – Na początku prezydentury [Andrzej] był jak dziecko we mgle.

Książkę Jacka Gądka „Duduś. Prezydent we mgle. Kulisy Pałacu Andrzeja Dudy” Można ją kupić tutaj.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version