— Fundament monarchii został naruszony. Sprawa Andrzeja uderza w samo jądro tej instytucji — komentuje aresztowanie Andrzeja Mountbatten-Windsora autorka podcastu „Po królewsku” Anna Orkisz-Izydorek.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Newsweek: W czwartek aresztowano byłego księcia Andrzeja Mountbattena-Windsora. Zwolniono go pod nadzorem po niemal 12 godzinach przesłuchań. Teraz odbędzie się śledztwo i możliwe, że Andrzej usłyszy zarzuty karne o nadużycie stanowiska publicznego. Na ile to precedens?
Anna Orkisz-Izydorek: Aresztowanie Andrzeja jest absolutnie bezprecedensowe we współczesnej historii rodziny królewskiej. Ostatnie zatrzymanie członka rodziny królewskiej miało miejsce ponad 300 lat temu — w czasach Karola I. To zupełnie inna epoka. W obecnych realiach to pierwszy taki przypadek.
Mówimy o podejrzeniu nadużycia funkcji publicznej. A zaufanie publiczne jest fundamentem przetrwania monarchii. Jeżeli ten fundament zostaje naruszony, to uderza w samo jądro instytucji. To więc historyczny moment — zarówno dla samego Andrzeja, jak i dla Windsorów oraz całej monarchii.
Czy fakt, że sprawa nie dotyczy bezpośrednio oskarżeń Virginii Giuffre, która twierdziła, że została trzykrotnie wykorzystana seksualnie przez Andrzeja, ma znaczenie symboliczne?
— Tak, bo przez lata nazwisko Andrzeja funkcjonowało właściwie wyłącznie w kontekście oskarżeń Virginii Giuffre. Ona była jedyną osobą, która publicznie występowała pod imieniem i nazwiskiem, udzielała wywiadów i jednoznacznie łączyła go z własną historią. To sprawiało, że w debacie publicznej łatwo było zestawić domniemaną ofiarę i domniemanego sprawcę.
Natomiast obecne zarzuty mają zupełnie inny charakter. I paradoksalnie mogą być dla monarchii jeszcze trudniejsze, bo nie dotyczą sfery prywatnej czy obyczajowej, lecz potencjalnego naruszenia interesów państwa i zaufania publicznego.
Twoim zdaniem to mocno odbije się na całej rodzinie królewskiej? Czy raczej zostaną pochwaleni za to, że nie chronią księcia?
— Są tu dwa wątki. Pierwszy to opinia publiczna. Na razie jest za wcześnie, by mówić o twardych danych — badania pewnie dopiero się pojawią. Ale można powiedzieć jedno: dziś społeczeństwo oczekuje egzekwowania prawa bez wyjątków.
Drugi wątek to reakcja króla i jego najbliższego otoczenia, czyli także Williama i Kate. I tutaj większość ekspertów chwali działania Karola. On robi dokładnie to, co powinien zrobić — odcina się jednoznacznie. Nie ma półśrodków. Gdyby próbował chronić brata tak, jak w przeszłości robiła to królowa Elżbieta — poprzez milczenie, wybielanie czy częściowe odsunięcie od obowiązków — opinia publiczna by tego nie zaakceptowała. Dziś nie ma już społecznego przyzwolenia na zamiatanie takich spraw pod dywan.
Monarchia zawsze działała powoli — z prędkością lodowca. Teraz się to zmienia. Chociaż oczywiście można oczywiście zapytać: dlaczego dopiero teraz? Dlaczego nie w 2011 r., gdy pojawiły się pierwsze zdjęcia Andrzeja z Epsteinem?
Właśnie, dlaczego 15 lat temu rodzina królewska zupełnie inaczej podchodziła do sprawy? Czy to kwestia królowej Elżbiety, innej epoki PR-owej monarchii?
— To był inny czas. Monarchia była wtedy w fazie wizerunkowego wzrostu — zbliżał się ślub Williama i Kate, zaczynała się era „royal baby”, nowa fala popularności. Taki kryzys nie pasował do budowanej narracji.
W 2019 r. sprawa wróciła z ogromną siłą po ponownym aresztowaniu Jeffrey’a Epsteina w Nowym Jorku oraz jego śmierci w areszcie, co wywołało globalną presję na rozliczenie osób z jego otoczenia. Ważnym momentem był także katastrofalny wizerunkowo wywiad księcia Andrzeja dla BBC, po którym wycofał się z pełnienia obowiązków publicznych. Ale i wtedy uwaga opinii publicznej szybko została przekierowana — ledwie dwa miesiące wszystkie oczy skierowały się na Haryy’ego i Meghan. Ich odejście z rodziny królewskiej stało się medialnym tematem numer jeden, choć w porównaniu z problemami prawnymi Andrzeja miało zupełnie inny ciężar.
Ale była też kwestia dowodów i woli działania. Dziś dokumenty wypływają, mamy niepodważalne dowody w postaci maili, narracja się zmieniła, presja społeczna jest większa. Myślę też, że zdjęcie z wczorajszego zatrzymania stanie się jednym z najbardziej ikonicznych obrazów tej sprawy — obok zdjęcia Andrzeja z jego domniemaną ofiarą Virginią Giuffre.
Czy widzisz w tym ostrzeżenie dla innych osób pojawiających się w aktach? To może być proces pokazowy?
— W przestrzeni publicznej pojawia się takie myślenie, że to pierwsze realne zatrzymanie w całej sprawie i że może mieć charakter symboliczny. Wielu może się zacząć obawiać, ale trzeba pamiętać, że sam fakt przebywania w czyimś towarzystwie nie jest przestępstwem. Jeżeli nie ma twardych dowodów na konkretne naruszenia prawa, nie da się nikogo skazać wyłącznie za kompromitujące kontakty.
Dlatego możliwe jest, że odpowiedzialność będzie egzekwowana tam, gdzie da się postawić konkretne, „techniczne” zarzuty — dotyczące np. naruszenia obowiązków państwowych. Czasem to właśnie takie mniejsze, bardziej proceduralne kwestie stają się podstawą do realnych konsekwencji. Choć oczywiście dla osób skrzywdzonych to może być niewystarczający rodzaj sprawiedliwości.
Dla rodziny królewskiej taki proces to będzie prawdziwy przełom?
— Tak — ale pod warunkiem, że sprawa nie wyhamuje. Dla monarchii to test: czy rzeczywiście potrafi oddzielić instytucję od jednostki i postawić zaufanie publiczne ponad więzy rodzinne.