Myśląc o polskiej szlachcie, wyobrażamy sobie wyniosłe, murowane pałace, gdzie dziesiątki służby w pstrokatej liberii uwijają się wokół jaśniepaństwa jak pszczoły wokół swej królowej. Tymczasem to jedynie rzadkie, arystokratyczne wyjątki poświadczające siermiężną rzeczywistość nadwiślańskiej szlachty.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Oko szlacheckie nad Wisłą nieraz ubodzie widok, kiedy zamożny plebej wynosi się ponad stan. Zresztą — jak widać — życie ponad stan do dziś przetrwało w przysłowiu. I jeszcze nic zrobić takiemu karierowiczowi nie można było. Skoro stale z dworu namawiało się poddanego do przedsiębiorczości, by miał odłożone na przyszły rok zboże siewne, by była gotówka na podatki, czynsze i daniny, to co bardziej przemyślny chłop brał faktycznie sprawy w swoje ręce. Do odziedziczonego po ojcach gospodarstwa dokupił kilka jeszcze spłachetków roli, a ten i ów rolnik poddzierżawił ziemię od dworu i po okolicznych wsiach, a potem podkasał rękawy.
Bogaci chłopi i biedni szlachcice
Widzimy potem takich przedsiębiorczych chłopów jak Wach Zmyślak ze Strzeszkowa pod Gnieznem. Dorobiwszy się niezłej fortuny, zaczął głośno wymawiać, że jemu całe to poddaństwo się w ogóle nie widzi i zamyśla przeprowadzkę do innego pana. „Sposobił się na niezwyczajne jemu szaty albo suknie z falendyszu przedniego oraz na wóz warowny i w kilka sztuk strzelby, w konie świeże gotowe w drogę, i w kilka połci mięsa wieprzowego”. Jednym słowem… sigma-chłop. Tacy jak on dorobkiewicze idą środkiem drogi przez wieś i miasto, wystrojeni w kolorowe żupany, pstrokate kabaty i naszywane regionalnymi wzorkami kapoty. Błyskają okiem ku dzierlatkom, trzymając dłoń na pękatej sakwie z pieniędzmi. Takim zapamiętały stare księgi chłopa Wojciecha Golka spod Miechowa, okradzionego z drogiego „żupana zielonego” przez innego plebeja.
Na ziemiach polskich standardowy jaśniepan ma zaledwie jedną czy dwie wsie i do kilkudziesięciu poddanych. Tych osiadłych z dziada pradziada zna imiennie, pamięta koleje ich życia, niektórych z nich trzymał do chrztu. Przeciętny szlachcic musi liczyć się z groszem i z głosem podległej gromady. Kiedy grosza mu braknie, zamiast li tylko żerować na kiesach poddanych, musi przeprosić się ze swoją dumą rodową i zapożyczyć się u dzianego chłopa, na przykład zawieszając pańszczyznę, wydając w dzierżawę część folwarku albo dając wierzycielowi zwolnienie z poddaństwa (o ile zechce).
W roku 1623 Jan Koniecpolski, dziedzic wsi Czernice koło Wielunia zwolnił w ten sposób jednego ze swych chłopów za pożyczkę: „Pozwolona jest wolność ode mnie na dziesięć lat Maciejowi Liberakowi i potomkom jego w Czernicach, majętności mojej, mieszkającemu, względem sumy siedemdziesięciu sześciu złotych […]. Czynię go wolnym od wszelakich robót, stróży i innych podatków do dworu i do tego jeszcze czynsz, który dawał po złotych pięć”. Chłop Liberak mógł również zarobkowo korzystać z dworskiego lasu: „także i suszu pozwalam mu raz w tydzień po wozie do miasta z lasu własnego mego na pożytek jego własny i potomkom jego”.
Czy miliony plebejów budzą się co rano nad Wisłą przez trzysta lat i marzą tylko o jednym — by wieczorem położyć się w swym legowisku koło szabli, kontusza albo koronkowej sukni? Co tak nęci w stanie szlacheckim? Przywileje, estyma i możliwości dalszej kariery, posiadanie folwarku i własnych poddanych? Popatrzmy na sprawę na zimno. Czy chodzi o standard życia i jego długość we względnym zdrowiu? Plebeje i szlachta żywią się podobnie — chleb żytni, czasem pszenny, mięso, piwo, ale ci drudzy mają tego więcej i lepszej jakości, więcej białka, mniej węglowodanów.
Chodzi więc zapewne głównie o estymę i przywileje. Bo szlachta może i ma lepszy dostęp do zróżnicowanej i kalorycznej diety, ale wynika to na ogół z faktu, że chłop odłoży najlepsze produkty na handel. Sam tak byłem uczony za młodu w rodzinnym gospodarstwie, że, dajmy na to, najpiękniejsze okazy zbieranych jesienią gruszek były wożone na miejski targ, a dla nas pozostawały te spękane, robaczywe, nadgniłe. Nic się nie mogło zmarnować. Gdybym zjadł najładniejszy okaz, zamiast smaku owocu miałbym w ustach mdły fetor banknotu, który mogłem wszak zyskać z handlu. Lepiej zatem było obejść się smakiem, ale mieć z tego gotówkę.
Bogaty jak szlachcic? Całe mrowie polskiej szlachty bieduje
Szlachta jako managerowie wsi mniej może pracują fizycznie, ich domostwa są usytuowane w nasłonecznionych, pozbawionych wilgoci miejscach, które jeszcze w czasie średniowiecznej lokacji osady zostały wyznaczone na rycerskie albo sołtysie siedlisko. Ale w kolejnych wiekach daleko do nich nie mają zdolni i pracowici plebeje, bo wystarczy zyskać posażne gospodarstwo, a dochody z niego pozwolą na zatrudnienie własnych chłopów-najemników. Dotyczy to również dystrybucji samym sobą. „Jak się dobrze sprzedać?” — kurs taki powinien prowadzić każdy chłop, który we własnym interesie przyjął poddaństwo w upatrzonej przez siebie wsi, gdzie wakowało gospodarstwo albo były panny na wydaniu.
Całe mrowie polskiej szlachty bieduje, żyje na kredycie, a nawet ima się jałmużny, kradzieży albo rozboju, byle tylko zapchać ssący głód w żołądku. Nie posiada nic poza herbem, klepie biedę, ledwie wiąże koniec z końcem i ogląda każdego grosza z dwóch stron. Nie ma swojego własnego dachu nad głową, nie posiada ziem przodków, ma problemy z opisem własnej genealogii. Znane z przesłuchań sądowych życiorysy gołoty szlacheckiej obojga wsi to przykłady ludzi poszukujących pracy w administracji albo w polu, chwytanych na gorącym uczynku podczas kradzieży, rekrutującej się do band zbójeckich, buntującej chłopów przeciw ich dziedzicom. Herbem nie byli w stanie zapchać pustego trzosa. Pozostawała praca rąk własnych, póki jeszcze było zdrowie. Na starość zaś pozostawała praca jako służący, ów mickiewiczowski klucznik, w cudzym dworze albo pozycja społeczna dziada w przytułku parafialnym. Takowi szlachcice żyją za pan brat z plebejami. Biedne szlachcianki rodzą nieślubne potomstwo, popełniają mezaliansy małżeńskie, wszak o tym, że pieniądze nie śmierdzą, wiedział już Juliusz Cezar, chociażby zalatywały oborą i kiszonką. Pod podłogami świątyń grzebani są najzamożniejsi plebeje, a w tym czy owym przytułku parafialnym podłogę zamiata dziad-szlachciura. Jego ciało spocznie gdzieś pod płotem.
Dawna rzeczywistość na nowo odkrywana nijak nie chce się wpasować w sznyt dawnych, siermiężnych podręczników. Tymczasem świat społeczny dawnej Polski powoli równa w dół, oddzielając masy szlacheckie, chłopskie i mieszczańskie od arystokracji i zamożnej szlachty ziemiańskiej. Dawno już barokowy poeta Wacław Potocki zauważał scalenie międzystanowe w Polsce, pisząc we fraszce Do nowego szlachcica czy Na tak częste ludzi różnych nobilitacye: „Szlachcicem-eś na sejmie cnoty swej pochopem; A cóż? kiedy masz brata rodzonego chłopem?”.
Dr hab. Mateusz Wyżga (rocznik 1981) — historyk, wykładowca Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Autor książek „Chłopstwo. Historia bez krawata” (2022) i „Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi” (2025)





