Kultura urządza nam dziś powtórkę z lektur w trybie przyspieszonym. W zapowiedziach są już dwie „Lalki” (film kinowy i serial), Netflix szykuje nowe „Noce i dnie”, a „Wichrowe Wzgórza” wracają w kolejnej wersji filmowej. Jedni się cieszą, inni mówią o naruszeniu „świętości” i pytają, po co ruszać to, co było dobre.

Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Klasyka sprzedaje się sama, bo jest rozpoznawalna. Ale przez to adaptacja zawsze wchodzi na pole minowe: mierzy się nie tylko z tekstem, lecz także z tym, jak go pamiętamy. Czekając na nowe ekranizacje, dzielę się obawami, ale polecam także filmowe interpretacje, które skradły moje serce.

Rozumiem strach przed oglądaniem adaptacji ulubionych książek. Medium wymusza skróty i przesunięcia akcentów. Czasem reżyserzy próbują przełożyć ton i perspektywę, czasem proponują nam autorską wariację, a czasem tylko flirtują z tytułem — biorąc z książki niewiele więcej niż rozpoznawalną markę. Każda z tych opcji znajduje swoich amatorów.

Jedną z moich absolutnie ulubionych ekranizacji pozostają „Przekleństwa niewinności” (reż. Sofia Coppola, 1999) — na podstawie debiutu Jeffreya Eugenidesa (warto sięgnąć po nowe tłumaczenie Agnieszki Zano). Coppola idealnie przenosi na ekran to, co w tej książce najważniejsze: duszny klimat przedmieścia, fascynację podszytą niewiedzą, pewnego rodzaju lepkość. Jest tu i melancholia, i nienachalna symbolika, i erotyka — czasem subtelna, czasem niebezpiecznie bliska obsesji — a film, na szczęście, nie próbuje dopowiadać tajemnicy do końca. To też moja ulubiona kreacja Kirsten Dunst — dokładnie tak wyobrażałam sobie główną bohaterkę książki.

Ciekawą ekranizacją jest także „Zgiń, kochanie” (reż. Lynne Ramsay) na podstawie książki Ariany Harwicz. To dla mnie film nie o depresji poporodowej (jak twierdzą niektórzy krytycy), tylko o powolnym staczaniu się w obłęd, o samotności, o histerii w sensie psychoanalitycznym. Książka oddaje ten obłęd strukturą języka: zdania są tu hipnotyzujące, urywane albo wciągające w wir strumienia świadomości. Ramsay nie udaje, że przełoży język Harwicz — buduje jego filmowy odpowiednik, konsekwentnie, scena po scenie. Jennifer Lawrence jest tu świetna: gra na granicy furii i bezradności, z napięciem zapisanym w ciele, w oddechu, w gwałtownych, często przerażających wybuchach. Dzięki niej film nie jest efekciarskim portretem szaleństwa, tylko bardzo precyzyjną obserwacją pęknięcia duszy.

„Sny o pociągach” to kolejny film warty zauważenia. Z niewiele ponad 100-stronicowej, oszczędnej w wyrazie książki Denisa Johnsona Clint Bentley zrobił malowniczy, prawie dwugodzinny obraz. To historia przypominająca opowieść o Hiobie — człowieku, na którego spadają kolejne ciosy, a jednak nie traci w sobie zgody na życie: nie heroicznej, tylko zwyczajnej, upartej. „Sny o pociągach” nie obiecują pocieszenia ani fajerwerków; są raczej pochwałą trwania. Warto i przeczytać książkę, i obejrzeć film — najlepiej jedno po drugim.

Wśród głośnych premier początku roku „Hamnet” Maggie O’Farrell (przeł. Justyna Szcześniak) doczekał się ekranizacji w filmie reżyserowanym przez Chloé Zhao. To adaptacja, która mocno podzieliła widzów i krytyków filmowych. Ja jestem gdzieś pośrodku: zachwyciła mnie Jessie Buckley w roli Agnes, żony Willa Szekspira, byłam pod wrażeniem pięknych zdjęć (których autorem jest Polak, Łukasz Żal); ale w tym wypadku zdecydowanie bardziej wolę książkę niż obraz. Zhao próbuje przełożyć język O’Farrell, ale to, co w powieści poruszające i czułe, momentami w filmie ociera się o ckliwość. Oglądać czy nie oglądać? Oglądać i wyrobić sobie własne zdanie.

Prawdziwą jazdę bez trzymanki zafundował nam Park Chan-wook. „Bez wyjścia”, film inspirowany powieścią Donalda E. Westlake’a „The Ax” (1997), przenosi czarną satyrę o eliminowaniu rywali do współczesnej Korei i dopisuje kontekst epoki AI. To bardzo wciągająca czarna komedia-thriller o desperacji i logice systemu, w którym pytanie „czy istnieje praca, dla której możesz zabić?” brzmi niepokojąco serio.

Walentynkowy weekend przyniósł też kolejną, bardzo wyczekiwaną wersję „Wichrowych Wzgórz” (reż. Emerald Fennell) z Margot Robbie i Jacobem Elordim — reklamowaną jako film „bazujący na największej historii miłosnej wszech czasów”. I tu warto postawić sprawę jasno: jeśli ktoś oczekuje wiernej ekranizacji Emily Brontë, może się rozczarować, bo sama powieść jest, w moim odczuciu, opowieścią o przemocy, różnicach klasowych, zemście i emocjonalnym uzależnieniu. Dlatego wersję Fennell od razu traktowałam jako bardzo luźną, autorską interpretację. Przy takim nastawieniu łatwiej wyjść z kina z poczuciem, że to nie zdrada klasyka, tylko kolejne odczytanie tytułu, który od dekad prowokuje twórców do dopowiadania go po swojemu. I wtedy, faktycznie, Robbie i Elordi pokazują nam romans wszech czasów. Przez szeroko zakrojoną kampanię marketingową — nie tylko na ekranie.

Dyskusja o „Wichrowych Wzgórzach” to pikuś w porównaniu z tym, jak Polacy podchodzą do narodowych klasyków. Tu rozmowa zaczyna się na długo przed ogłoszeniem pełnej obsady. Już same zapowiedzi potrafią wywołać awanturę o to, czy wolno dotykać tytułów, których ekranizacje znamy i uwielbiamy. Przy ogłoszeniu nowych „Nocy i dni”, ekranizacji książki Marii Dąbrowskiej, wielu komentujących reagowało tak, jakby chodziło o naruszenie rodzinnego albumu: wicedyrektor Teatru Telewizji Wojciech Majcherek pisał wprost, że ponowne sfilmowanie tej historii przy randze ekranizacji Jerzego Antczaka to decyzja co najmniej nierozsądna. Nie dziwię się temperaturze tych reakcji: rola Jadwigi Barańskiej jako Barbary Niechcic w filmie i serialu „Noce i dnie” (1975/1977) to jedna z najwybitniejszych kreacji aktorskich w historii polskiego kina. Czy reżyserka, Kamila Tarabura, sprosta wysokim oczekiwaniom? I czy zrobią to odtwórcy głównych ról — Jaśmina Polak i Tomasz Schuchardt? Przekonamy się o tym dopiero w 2027 r.

Podobne emocje obserwuję w dyskusjach dotyczących ekranizacji „Lalki” Bolesława Prusa, zwłaszcza że dostaniemy ją w dwóch wersjach naraz: serialowej (Netflix, reż. Paweł Maślona; Tomasz Schuchardt jako Wokulski i Sandra Drzymalska jako Izabela Łęcka, premiera w drugiej połowie 2026 r.) oraz film (reż. Maciej Kawalski; Marcin Dorociński jako Wokulski i Kamila Urzędowska jako Izabela; premiera: 30 września 2026 r.). Już teraz widać, że część widowni boi się dopisywania współczesnej tezy zamiast uczciwej rozmowy z epoką. Ciekawe jest to, że nie każda reinterpretacja filmowa wywołuje burzę. „Znachor” (reż. Michał Gazda, 2023) też mógł wzbudzić kontrowersje, a jednak okazał się wielkim hitem Netflixa, a widzowie przyjęli go ciepło.

Mamy prawo się bać nowych interpretacji? Oczywiście. Przykładem fatalnego pomysłu na ekranizację i — cóż — nieodrobioną przez reżysera, Macieja Kawulskiego, lekcję jest „Akademia pana Kleksa” (na podstawie książki Jana Brzechwy) z 2023 r. Dlaczego skrzywiłam się, widząc, że główny bohater, Adaś, został zmieniony w Adę? Dlatego, że z książki „Skóra po dziadku” Mateusza Pakuły dowiedziałam się o odczytywaniu „Akademii pana Kleksa” jako metafory: chłopcy o imionach na „A” mają być żydowskimi chłopcami (synami Abrahama), których nie udało się uratować, a baśniowa Akademia — azylem wymyślonym przeciw Zagładzie. W końcu, z wiadomych powodów w czasie okupacji (co podkreśla także Anna Bikont w książce „Cena”), chłopców trudniej było ukryć. Nawet magiczna pompka do powiększania jedzenia i przeglądanie snów układają się w tej lekturze w opowieść terapeutyczną: Kleks robi wszystko, żeby odsunąć od dzieci obrazy wojny i przemocy. Nagle to nie jest tylko bajka dla dzieci, ale opowieść o ochronie, pamięci i traumie.

I teraz: jak czytać nową ekranizację, gdy ten motyw interpretacyjny się rozpada? Czy w tej wersji — z dziewczynką, jako główną postacią i nastawieniem na familijną rozrywkę — jest miejsce na takie drugie dno, czy raczej przykrywa je efektowna (i, moim zdaniem, bezmyślna) forma?

Co powiedziałby sam Brzechwa na taką adaptację? Cóż, o to już go nikt nie zapyta, tak samo jak nikt nie zapytał Roalda Dahla, autora „Charliego i fabryki czekolady”, czy w nowym wydaniu książki można tekst „poprawić”. To znaczy sprawić, że Augustus Gloop nie jest już „ogromnie gruby”, lecz tylko „ogromny”. Między innymi takie zmiany wprowadzono w wydawnictwie Puffin za zgodą The Roald Dahl Story Company, zajmującej się zarządzaniem spuścizną pisarza. Jej właścicielem jest Netflix, który kupił prawa do dzieł Dahla w 2021 r. Ale to wierzchołek góry lodowej i przyczynek do wielu dyskusji — czy cenzurowanie książek sprzed kilkudziesięciu lat jest dobrym pomysłem? Czy nowe ekranizacje powinny za wszelką cenę podążać z duchem czasu?

Mam w sobie odruch oporu. Boję się nowych ekranizacji „Lalki” i „Nocy i dni” — nie dlatego, że nie wierzę w młodych twórców, tylko dlatego, że w takich tytułach łatwo dopisać współczesną tezę i zamienić go w moralizatorską opowieść z aktualnym komentarzem. Nie chciałabym też oglądać nowych wersji niektórych klasyków: na przykład „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta. Nie mam potrzeby sprawdzania, czy da się przebić genialny film Andrzeja Wajdy z 1974 r. i aktorstwo Daniela Olbrychskiego czy Andrzeja Seweryna. Rozumiem też, że każdy ma własny, indywidualny kanon klasyków: ekranizacje, które tak idealnie oddały ducha epoki, że nie chcemy ich ruszać — i nie wyobrażamy sobie oglądania nowej wersji bez porównywania jej z tą jedną, zapisaną w pamięci.

Zmiany same w sobie nie są problemem; duży problem zaczyna się wtedy, gdy uwspółcześnienie staje się celem, a nie narzędziem. Gubimy głębię i nie obronimy tego argumentem o parytecie i poprawności politycznej. Pozostaje mieć nadzieję, że autorzy nowych adaptacji klasyków nie wpadną w tę pułapkę.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version