Niektórzy czują się szczęśliwi ze swoim permanentnym „nie”. Dlaczego? I czy to dobra strategia na życie? — Staramy się być jednocześnie z przodu, aby nie zostać w tyle. I trochę w tyle, aby zbytnio się nie wychylić, a potem dostać po głowie. Mnie w takich chwilach przypomina się moja babcia — mówi psycholog Sławomir Prusakowski.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Sławomir Prusakowski: Będę mało jednoznaczny, bo i myślenie takich osób nie jest jednoznaczne. Ono wynika z bardzo różnych motywacji. To może być chęć bycia ostrożnym jak w filmie „Krudowie” — bajce o jaskiniowcach. Jeden z nich, ojciec rodziny, stosuje strategiczne „nie” na wszystko. Bez przerwy powtarza, że lepiej nie wychodzić z jaskini. To jego sposób ochrony siebie i bliskich przed potencjalnymi nieszczęściami.

— I tak mógłby odmówić. Cała zabawa ze strategicznym „nie” polega na tym, że człowiek, który jest zaskoczony propozycją, reaguje schematycznie. Częściej odmawia, bo „nie” wydaje mu się bezpieczniejsze. Weźmy za przykład interakcję z osobami, które na rynkach dużych polskich miast rozdają kwiaty przechodniom. Gdy bierzemy od nich róże, w pierwszej chwili nie chcą pieniędzy. Zrobimy jednak kilka kroków i już słyszymy prośbę bądź żądanie zapłaty. Czujemy się wtedy trochę oszukani. Ale też trochę zobligowani do zrewanżowania się. Zaczyna na nas oddziaływać reguła wzajemności, o której pisał prof. Robert Cialdini — chcemy spłacić „dług”, który przed chwilą zaciągnęliśmy. Dlatego aby go nie mieć, wiele osób decyduje się na strategiczne „nie”. Odmawiają kwiatka. Nie pozwalają go sobie wepchnąć. Inaczej będą zmuszeni dać coś w zamian.

— Zdecydowanie. Chodzi w nim o to, aby najpierw odmówić. Ewentualnie potem, jak już ktoś naciska, zastanawiamy się, skąd w nas ten sprzeciw. Sprawdzamy, czy moglibyśmy zachować się inaczej i czy byłoby to zagrażające.

— Z pewnością część osób rozważa, dlaczego taka jest. Próbują nawet przeciwdziałać temu. Natomiast inni czują się szczęśliwi ze swoim permanentnym „nie”. W nauce określilibyśmy ich mianem konserwatystów. Nie chodzi, jak to w Polsce, o wymiar polityczny tego słowa, ale mechanizm, który za nim stoi. Konserwatyści nie potrzebują nowości czy zaskoczeń. Jonathan Haidt, autor książki „Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka”, uważa, że oni są przywiązani do tego, z czym się urodzili i co poznali w dzieciństwie. Dlatego kiedy odmawiają, mówią: „Znamy swoje wartości. Tacy jesteśmy i dobrze nam z tym”. Natomiast trzeba się jeszcze przyjrzeć skrajnemu „nie”. Ono nie wynika ani z nawyku, ani ze schematu, ani z konserwatyzmu. Pojawia się absolutnie na wszystko. Lęk czy neurotyzm osiągają wtedy poziom, który blokuje funkcjonowanie. Trudno aż mi wyobrazić sobie, jak żyją takie osoby. Warto jednak, aby coś z tym zrobiły. Na przykład wybrały się do terapeuty.

— Wszyscy nimi jesteśmy. Natomiast u osób nadużywających „nie” widać to wyraźniej. W pewnym momencie ich wymówki stają się mniej wyszukane. A co za tym idzie — mniej akceptowalne społecznie.

— Ci, którzy utrzymują z nimi dalszą relację, szybciej dostrzegają ich zachowanie. Jednak tak łatwo nie mają już osoby z bliższego otoczenia. Podobnie zresztą dzieje się w przypadku uzależnienia kogoś z rodziny. Nie widzimy go, bo dany człowiek stosuje mechanizmy obronne. Jeśli więc stale odmawia, przypomina: „Ale wczoraj zgodziłem się na coś. Przedwczoraj też”. Rzeczywiście, zgodził się. Natomiast nie zauważył, że w obszarze, który był dla niego bezpieczny.

— To tylko jedna z motywacji. Kolejna może wynikać z lęku przed społecznym odrzuceniem. Taka zgoda również nie bierze się z prawdziwych chęci, ale tego, że wypada powiedzieć „tak”. Niby fajnie, prawda? Przecież popychamy tego człowieka do rozwoju. Wreszcie idzie do przodu. Problem jednak w tym, że jego zgoda została wymuszona. On sam ma poczucie, że sforsował własne granice. Zrobił to w obawie przed odrzuceniem przez świat.

Ale czy to naprawdę złe, gdy wcześniej był często na „nie”? Zachowałbym ostrożność z oceną. Nasz gatunek przetrwał między innymi dzięki takim osobom. Gdyby ostrożność i przywiązanie do własnego zdania nie opłacały się w kontekście ewolucji, mielibyśmy dzisiaj mniej konserwatystów. Tymczasem na świecie jest ich tyle samo, co ludzi postępowych.

— Tak, a człowiek jest sumą nawyków. Stara i utarta ścieżka oznacza dla niego bezpieczeństwo, kontrolę, wygodę. Nawykiem jednak może być również „tak”. Widać to u osób hurraoptymistycznych. Zgadzają się na wszystko, bo uważają, że należy ciągle się rozwijać, próbować nowości, stale iść do przodu. Ale z racji tego nawyku brakuje im czasu na refleksję. Myślę więc, że i skrajne „nie”, i skrajne „tak” są niezdrowe.

— Jak najbardziej, ale pamiętajmy o dwóch stronach medalu strategicznego „nie”. Używając go, rzeczywiście możemy uciekać od trudności. Ale możemy również im zapobiegać. Skoro nie bierzemy róży od nieznajomej osoby na rynku miasta, unikamy napięcia i konfliktowej sytuacji. To ułatwia nam życie.

— Jeżeli boją się nowości, to nie tylko tych, które proponują im inni. A skoro już jesteśmy przy wnętrzu takich osób, warto przyjrzeć się ich samoświadomości i wewnętrznemu odczuwaniu. Kiedy przyglądamy im się z boku i temu, jak zawsze odmawiają, wydaje nam się, że zbyt mało biorą z życia. Tymczasem one często nie potrzebują więcej. Mam znajomego, który kupił domek w górach, zamieszkał w nim i nigdzie nie wyjeżdża. W zupełności mu to wystarcza. Jeśli słyszy propozycję wyjazdu, odmawia. Ktoś mógłby pomyśleć: przecież to samoograniczające. Ale czy istnieje jakaś światowa dyrektywa, która mówi, że trzeba nieustannie się rozwijać? Ludzie są różni. Różne są ich układy nerwowe, przez co niektórzy mogą potrzebować mniej stymulacji. Bywamy także w różnych sytuacjach życiowych. Część ma po prostu dość. Chce osiąść.

— Prawdopodobnie tak. Ale czasem takie osoby potrzebują też władzy i kontroli. Czują siłę, bo same decydują, co będą robić inni.

— Niektórzy z nich pewnie należą do tej grupy. Choć podoba im się dziewczyna, nie zapraszają jej na randkę. Boją się, że zostaną zranieni. Albo tego, że nie dadzą sobie rady, nie mają zbyt wielu zalet i nie są w stanie nikogo sobą zainteresować.

— Wielu zapewne przeszła. Ale mówi się, że każda miłość jest pierwsza, więc prawdopodobnie będą mieli szansę na kolejną.

— Bo nie rozmawiamy o pojedynczym człowieku. W przypadku jednostki psychologia jest w stanie zaproponować, choć nie zawsze, konkretne i proste działanie, które pozwoli jej uporać się z jakimś mechanizmem. Natomiast my dyskutujemy o pewnej tendencji grupy ludzi. To, co stoi za „nie” u jednego z jej członków, może już nie pasować do drugiego.

— Zgadza się, choć może też ratować życie. Kiedyś stanąłem przed wieżą Eiffla i moim pierwszym odruchem, wywołanym lękiem wysokości, było: „Nie wejdę”. Zacząłem się zastanawiać nad swoją decyzją. Rozważałem, czy czegoś nie tracę. Wiedziałem też, że moje emocje nie były do końca racjonalne. Tysiące ludzi wchodzi na wieżę, schodzi i żyje. Więc też wszedłem, choć na miękkich kolanach. Dzięki temu podziwiałem fajne widoki, udowodniłem coś sobie. Zyski okazały się większe niż straty, a ja dałem sobie możliwość rozwoju, prawda? Jednak w Disneylandzie, który odwiedziłem z dziećmi, już nie potrafiłem się przełamać. „Nie” zabrało mi pewnie wiele przyjemności. Bo moja rodzina schodziła z rollercoasterów i mówiła, że są niesamowite. Ja jednak świadomie odmawiałem. Przeżyłbym przejażdżkę w wagoniku, ale z jeszcze większymi mdłościami i roztrzęsionymi nogami niż na wieży Eiffla. Tym razem strat było więcej. Dlatego nie zawsze odmowę można nazwać hamulcem rozwojowym.

— Jeśli są wysokolękowi, częste odmawianie daje im poczucie bezpieczeństwa i kontroli. Oni bardzo cenią sobie własne „nie”. Czasem oczywiście dowiadują się, że przez to omija ich jakaś życiowa okazja. Ale człowiek jest układem samostabilizującym — zazwyczaj czuje się szczęśliwy i to go napędza. Ze szczęściem, jak głosi teoria prof. Janusza Czapińskiego, jest jak z cebulą. Mamy łuski i kiedy przydarza nam się coś złego, jedna z nich opada. Po chwili jednak odkrywamy, że pod spodem znajduje się następna. Dlatego nawet jeśli osobom nadużywającym „nie” dzieje się coś złego, ponoszą stratę, mają wrażenie, jakby ich życie było ograniczone, to i tak istnieje szansa, że po jakimś czasie znów poczują się szczęśliwe.

— Jeśli otoczenie samo nie stosuje strategicznego „nie”, jest mu trudno. Wyobraźmy sobie, że w najbliższej rodzinie tylko jedna osoba wiecznie czemuś odmawia. Albo stale potrzebuje więcej czasu do namysłu nad jakąś decyzją i ją przeciąga. Reszta się denerwuje, bo czuje się przez nią hamowana. Może więc dojść do momentu granicznego. Wtedy człowiek, który zawsze stosował „nie”, traci możliwości ucieczki w zaprzeczanie.

— Dałbym mu szansę zarówno na „nie”, jak i na „tak”. Ale zachęcałbym, żeby tym razem nie odmawiał z automatu, wychylił się ze swojej skorupki i sprawdził, czy od jego ostatniego „nie” zmienił się świat.

— To chyba tak nie jest. Myślę, że tutaj chodzi bardziej o sposób komunikacji. Warto nie wzbudzać nią jeszcze większego lęku. A im mocniej naciskamy, tym częściej słyszymy „nie”. Rozmowa też nie musi od razu wszystkiego zmienić. Często mamy poczucie, że pogadaliśmy, ktoś nam przyznał rację i od jutra będzie inny. Nie, on najpierw musi się zastanowić nad tym, co usłyszał.

— Najpierw należy się zastanowić nad relacją z daną osobą. Nad tym, czy są w niej przestrzeń i bezpieczeństwo. Jeśli tak, będzie prościej. Jeśli nie, zadbałbym o komfort drugiej strony i powiedział: „Bardzo zależy mi na tobie. Ale ostatnio coś zauważyłem i chciałbym, żebyśmy mogli o tym porozmawiać. Wiem, że to dla ciebie trudne, gdy mamy poruszać nowe tematy. Dlatego poczekam, aż będziesz mieć na to ochotę. Co jakiś czas będę się jednak przypominać”.

— Czyli trafiłem. Ale podobny przekaz nie musi pasować każdemu człowiekowi. Bądźmy uważni na jego indywidualność. Kiedy próbujemy uśredniać, maleje prawdopodobieństwo sukcesu. No i nie zawsze to, co mówimy, ma stuprocentową skuteczność. Nawet gdy jesteśmy zbawcami świata czy profesorami psychologii.

— Jeśli nasza rozmowa uświadomi im mechanizm, którym się posługują, i będą chcieli dokonać zmian — w porządku. Natomiast warto, żeby ich transformacja zachodziła w zgodzie ze sobą. Niech będzie trochę ryzykowaniem, trochę przyglądaniem się sobie. Niech dzieje się powoli. Nie musimy od razu krzyknąć „hip, hip, hura!”, a następnie postanowić, że od jutra skaczemy na główkę z klifu, który ma czterdzieści metrów.

— Nawet gdybyśmy pływali, skok z takiej wysokości wciąż brzmiałby niebezpiecznie.

— Cieszę się. Lepiej szukać rozwiązań, niż walczyć. Jeśli odmowa nie zawsze jest automatyczna, może być adaptacyjna. Pewnie zdarzy nam się przez nią więcej stracić, ale unikniemy też więcej zagrożeń. Chodzi o to, jak ją zbalansować i skalibrować. Całe życie jest jedną wielką próbą kalibracji. Staramy się być jednocześnie z przodu, aby nie zostać w tyle. I trochę w tyle, aby zbytnio się nie wychylić, a potem dostać po głowie. Mnie w takich chwilach przypomina się moja babcia. Była cudowna, kochająca, ale przez całe życie bardzo uległa wobec swojego męża. On z kolei był dominujący. Chciał o wszystkim decydować. Choć babcia mocno wycofała się i podporządkowała, odnosiłem wrażenie, że czuła się szczęśliwa. Mężowi postawiła się tylko raz. Miała wtedy ponad sześćdziesiąt lat i zdecydowała się odwiedzić rodzinę w Niemczech po raz pierwszy w życiu. Wyjechała, mimo że mojemu dziadkowi nie podobał się pomysł. A tam, już na miejscu, trafiła do szpitala.

— Dostała zawału. Zrobiono jej bajpasy, których w Polsce jeszcze nie wykonywano. Gdyby została, umarłaby.

Sławomir Prusakowski — psycholog, trener biznesu, edukator. Prowadzi zajęcia na Uniwersytecie SWPS z obszaru rozwoju kompetencji praktycznych. Interesuje się zagadnieniami prokrastynacji, wypalenia zawodowego, zaangażowania w pracę, psychologii organizacji. Trener Treningu Interpersonalnego II Stopnia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version