Co mają wspólnego Chemnitz, Oulu, Kowno, Marsylia i Zagrzeb? Świetną sztukę uliczną, nietuzinkowe muzea i brak tłumów turystów! Polecamy inspirujące i nieoczywiste miejsca na wiosenny weekend.
Chemnitz
Głowa Karola Marksa jest ogromna: ma siedem metrów wysokości i stoi na sześciometrowym cokole. Radziecki rzeźbiarz Lew Jefimowicz Kerbel, autor licznych popiersi Lenina, musiał się mocno nagimnastykować, by przekonać komunistycznych włodarzy, że rzeźbie niepotrzebne są ani korpus, ani nogi, bo sama głowa wystarczająco dobrze oddaje wielkość Marksa. To pamiątka z czasów, gdy Chemnitz było czwartym co do wielkości miastem NRD, a w 1953 r. nagle postanowiono, że stanie się Miastem Karola Marksa (Karl-Marx-Stadt). Nazwa ta obowiązywała aż do zjednoczenia Niemiec w 1990 r., a starsi mieszkańcy nadal mają ją w dokumentach. Może dlatego pomnik „pieszczotliwie” nazywają „Czachą” i nie wyobrażają sobie swojego miasta bez niego. Rok temu, kiedy Chemnitz było Europejską Stolicą Kultury, ustawiono przed głową Marksa maszynkę do golenia, co było artystycznym nawiązaniem do plotki, że gdyby pomnik ogolić, spod brody wyłoniłaby się twarz Lenina.
W poprzednim życiu Chemnitz było bogatym miastem napędzanym przez zakłady tekstylne i fabryki, po których dziś zostały kominy. Ten najwyższy, 302-metrowy, pomalował w cukierkowe pasy artysta Daniel Buren, a odkąd komin jest nocą podświetlony, rywalizuje on z głową Marksa o status symbolu miasta. Dziś ceglane fabryki zamieniono w muzea, galerie sztuki, kluby czy palarnie kawy. Na przykład w dawnej fabryce lokomotyw są mieszkania, biura, hotel, bar i boisko do koszykówki na dachu. Również domy dawnych potentatów to nie lada atrakcja — chociażby willa Eschego, rezydencja przedsiębiorcy tekstylnego Herberta Eschego zaprojektowana w 1902 r. jako dzieło totalne (od secesyjnych plafonów, przez osłony kaloryferów, aż po serwisy do kawy) przez rozchwytywanego w tamtych czasach belgijskiego architekta Henry’ego van de Velde. Z kolei sam Esche miał tyle pieniędzy i fantazji, że do sportretowania rodziny zaprosił samego Edwarda Muncha.
Jedna z należących do niego fabryk obrabiarek w połączeniu z budynkami dawnej odlewni maszyn Schubert & Salzer mieści dziś opowiadające historię Chemnitz Muzeum Przemysłu, gdzie wciąż bucha parą oryginalna maszyna parowa z 1896 r. Z kolei świetne Muzeum Gunzenhausera, w budynku Kasy Oszczędnościowej z lat 20., zawdzięcza swoje zbiory kolekcjonerowi Alfredowi Gunzenhauserowi, który pierwszy obraz kupił na raty jako student, a potem już poszło! Oferował muzeum ponad 2400 dzieł 270 artystów, w tym największą na świecie kolekcję obrazów Ottona Dixa.
Kowno
Murograf, czyli „wall-o-graphers” — tak w Kownie nazywa się osoby zafascynowane sztuką uliczną. Specjalnie dla nich miasto przygotowało mapę, na której samych murali jest ponad 40. Najbardziej rozpoznawalny jest siwy, palący fajkę „Mistrz”, zwany też „Mądrym Starcem”, który nie dość, że zajmuje całą fasadę domu koło starówki, to był też jednym z pierwszych wielkoformatowych murali na Litwie. A że Kowno jest ważnym adresem dla streetartowych artystów, potwierdza chociażby mural w wykonaniu gwiazd, brazylijskich braci Os Gemeos, na którym scenki rodem ze snu wypełniają charakterystyczne, żółte ludziki.
„Mistrz” na fasadzie domu koło starówki w Kownie był jednym z pierwszych wieloformatowych murali na Litwie
Foto: Birute / istockphoto.com
Sztuki ulicznej tu tyle nie przypadkiem. Kowno, drugie co do wielkości miasto na Litwie, jest młode, pełne uniwersytetów, tętniące życiem, z mnóstwem barów i restauracji — chociażby przy będącej jego głównym deptakiem Alei Wolności. Słynie też z modernistycznej architektury wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO i z urokliwej starówki, na której ślady przeszłości przeplatają się ze sztuką. Ot, chociażby miejsce, gdzie mieszkał Adam Mickiewicz w czasach, gdy pracował w Kownie jako nauczyciel, zostało „oznaczone” neonem w kształcie znacznika, jaki znamy z elektronicznych map, i zdaniem wyjętym z ust Konrada: „Gdzież jestem?”.
Marsylia
Wspinająca się z portu na jedno z siedmiu wzgórz, na których leży Marsylia, dzielnica Cours Julien, albo raczej Cour Jo, jak nazywają ją uwielbiający skróty Francuzi, przyciąga „bo-bo”, czyli burżuazjo-bohemę. Oraz ulicznych artystów. W wąskich uliczkach pełno barów, knajpek i sklepików, a na fasadach — graffiti. Pierwsi artyści pojawili się tu pod koniec lat 80. na fali marsylskiego ruchu hiphopowego. Z czasem na odrapanych fasadach stworzyli kolorowy, urzekający świat. W sąsiadującej z Cour Jo dzielnicy Le Panier (czyli „Koszyk”), tuż przy starym porcie, murale są bardziej uporządkowane, tworzone za zgodą i pod czujnym okiem sklepikarzy czy mieszkańców domów. W oczy rzucają się szczególnie twarze kobiet o przenikliwych spojrzeniach autorstwa Manyoly, propagatorki tworzenia na ulicy, na oczach przechodniów i na bieżąco poddawania się ich ocenie.
Tuż obok, przez czarną, koronkową fasadę prześwituje błękit nieba i lazur morza. Wrażenie tym większe, że ta jakby wycięta na drukarce 3D ażurowa konstrukcja, lekka i zwiewna niczym firanka, tak naprawdę jest betonowa. To ultranowoczesne Muzeum Cywilizacji Europejskiej i Śródziemnomorskiej (MuCEM) stojące na skraju kamiennego nabrzeża. Kogo nie interesuje ponad milion eksponatów z obszaru Morza Śródziemnego, tego na pewno zaciekawi sama bryła muzeum albo widok z tarasu na dachu.
Taras na dachu Muzeum Cywilizacji Europejskiej i Śródziemnomorskiej we francuskiej Marsylii
Foto: Nataliia Mil Ko / istockphoto.com
Nie sposób wyjechać z Marsylii bez zobaczenia „Jednostki Marsylskiej”, potwora na żelbetonowych nogach, praprzodkini bloków z wielkiej płyty. Wybudowana w latach 1947-1952, jest uosobieniem założeń Le Corbusiera o maszynie do mieszkania. Architekt ochrzcił ją mianem „Promiennego Miasta”, czyli „Cité Radieuse”, a przez mieszkańców przezywana jest „La Maison du Fada”, czyli „Domem Wariatów”. Jej wymiary są równie imponujące, co przytłaczające — ten długi na 137 m i wysoki na 18 pięter budynek przecina 337 (!) podłużnych, wąskich mieszkań. Na dachu, tam gdzie architekt widział siłownię pod chmurką, mieści się dziś galeria sztuki MaMo.
Oulu
O Oulu mało kto słyszał, no chyba że jego przodkowie w XVIII i XIX w. importowali smołę sosnową używaną do impregnacji statków, bo właśnie z niej to portowe fińskie miasto słynęło. Dziś odbywa się tu masa festiwali, w tym dość abstrakcyjny, międzynarodowy festiwal gry na niewidzialnej gitarze (!), i działają dwie ważne instytucje: Tietomaa, pierwsze centrum naukowe w Finlandii, oraz Muzeum Oulu, które jest strażnikiem dziedzictwa kulturowego Saamów, rdzennej społeczności zamieszkującej północ Finlandii, Szwecji, Norwegii i Rosji. I tak Oulu, jako Europejska Stolica Kultury 2026, oferuje unikalne połączenie północnej kultury, kuchni, przyrody i kreatywności. Z tej okazji Muzeum Oulu zaprezentuje zarówno współczesną sztukę Saamów, jak i „duodji”, czyli ich tradycyjne rękodzieło. Z kolei miejscowy teatr wystawi sztukę saamskiej dramatopisarki Siri Broch Johansen, w której przenosi ona na scenę historię prześladowań i przymusowej asymilacji swojego narodu. Latem ruszy tutaj skupiający się na zmianach klimatu artystyczny szlak „Climate Clock” z siedmioma realizacjami fińskich i zagranicznych twórców. Wśród nich cykl pięciu kamiennych rzeźb inspirowanych lodowcami i krą morską oraz instalacja będąca połączeniem badań nad śniegiem i… architektury lokalnego kościoła.
Malownicza panorama miasta Oulu w regionie Ostrobotni Północnej w Finlandii
Foto: Iurii Buriak / istockphoto.com
Zagrzeb
Mury ozdobione koronkami tkanymi na szydełku, tuż obok przyklejone do nich instalacje z miniatur, dalej wielkie murale czy graffiti ciągnące się przez pół kilometra wzdłuż ulicy Kneza Branimira. Do tego liczne festiwale, galeria sztuki ulicznej Lapo Lapo oraz bezpłatne wycieczki szlakiem street artu, gdzie możemy trafić na jednego z artystów za przewodnika. A tych w Zagrzebiu wielu, bo miasto stworzyło kilka sław. Chociażby Oko, tworzącą misterne, czarno-białe rysunki elegancko ubranych ludzi o głowach zwierząt czy równoległe światy kolorowych bestii. Albo artystę kryjącego się pod pseudonimem Lonac (czyli po chorwacku garnek), używającego sprayu niczym pędzli i tworzącego wielkoformatowe malowidła o precyzyjnej kresce.
Podczas spacerów po mieście o uśmiech i chęć odmrugnięcia okiem przyprawiają nas projekty anonimowej grupy Pimp My Pump, która nadała nowe, kolorowe życie zapomnianym i zardzewiałym żeliwnym pompom miejskim, zamieniając je w bałwany, Davida Bowiego, łamigłówki czy gry miejskie.

