Wiele wskazuje na to, że przynajmniej część amerykańskiej strategii zakłada wykorzystanie uderzenia jako bodźca do zaostrzenia protestów społeczeństwa i prób obalenia religijnego reżimu.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Rankiem 28 lutego władze Izraela poinformowały, że rozpoczęły „atak prewencyjny” przeciwko Iranowi. Izraelski minister obrony oświadczył, że celem tej akcji jest usunięcie realnego i bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa Izraela, wynikającego z irańskich programów rakietowych i nuklearnych. W ataku wzięły udział także siły Stanów Zjednoczonych. Iran już odpowiedział atakiem odwetowym.
W przeciwieństwie do zeszłorocznych ataków tym razem atakowano nie tylko instalacje jądrowe, ale także bazy wojskowe, centra dowodzenia i obiekty rządowe. W pierwszych godzinach napływały informacje przede wszystkim o eksplozjach w Teheranie, nad którym unosiły się wyraźnie widoczne kolumny dymu. Do ataku wykorzystano pociski manewrujące oraz rakiety powietrze-ziemia, odpalane zarówno z samolotów, jak i z okrętów amerykańskich operujących w regionie, a także środki wystrzeliwane bezpośrednio z terytorium Izraela. Równolegle uruchomiono procedury bezpieczeństwa po obu stronach, zamknięto przestrzeń powietrzną i postawiono w stan gotowości systemy obrony przeciwlotniczej. Izrael słusznie bowiem obawiał się ataków odwetowych.
Choć żadna ze stron nie opublikowała pełnej listy trafionych obiektów, dostępne informacje pozwalają z dużym prawdopodobieństwem określić, że uderzenia koncentrowały się na infrastrukturze wojskowej, zapleczu programów rakietowych oraz obiektach, które od lat pojawiają się w analizach jako elementy irańskiego programu nuklearnego.
Atakowano również centra dowodzenia irańskiej armii i budynki rządowe. Część doniesień sugeruje, że niektóre trafienia miały miejsce w pobliżu ośrodków, z których Iran jest faktycznie zarządzany, choć te informacje wymagają jeszcze niezależnego potwierdzenia.
Amerykańskie siły na Bliskim Wschodzie
W ostatnich tygodniach obecność wojskowa USA na Bliskim Wschodzie została wyraźnie wzmocniona i osiągnęła poziom niewidziany od czasu wojny w Iraku w 2003 r. Na morzach w okolicach Iranu obecnie Amerykanie posiadają grupy stworzone wokół lotniskowców USS „Abraham Lincoln” z 9. Skrzydłem Lotnictwa Pokładowego i USS „Gerard R. Ford” z 8. Skrzydłem Lotnictwa Pokładowego. Oznacza to, że tylko na tych dwóch lotniskowcach mają ponad dwa razy więcej maszyn niż Siły Powietrzne RP. Prócz Marynarki Wojennej, swoje siły w regionie wzmocniły także amerykańskie Siły Powietrzne, przede wszystkim poprzez wzmocnienie lotnictwa bojowego oraz przerzucenie sił wsparcia i dowodzenia do Europy oraz bezpośrednio na Bliski Wschód.
W regionie pojawiły się dodatkowe myśliwce piątej generacji, F-22 i F-35, które są niezbędne do przełamywania obrony przeciwlotniczej i osłony pierwszej fali uderzeń. Całość uzupełnił masowy przerzut latających cystern KC-135 i KC-46 oraz samolotów wczesnego ostrzegania E-3 AWACS, bez których prowadzenie długotrwałych operacji nad Iranem byłoby po prostu niemożliwe. Waszyngton do Europy wysłał sześć z 16 posiadanych AWACS-ów, a także ok. 20 latających cystern.
Amerykanie nie musieli specjalnie przerzucać samolotów z USA. W Europie utrzymują ok. 150-200 samolotów bojowych i wsparcia, rozlokowanych głównie w Niemczech, Wielkiej Brytanii, we Włoszech i w Europie Środkowej, w tym rotacyjne eskadry F-35 i F-15. W Turcji, mimo napiętych relacji, USA nadal mają dostęp do infrastruktury lotniczej, ale na stałe utrzymują tam jedynie niewielką liczbę maszyn wsparcia i zaplecze logistyczne, bez dużych jednostek bojowych.
Jeszcze inaczej wygląda sytuacja na Bliskim Wschodzie, gdzie w bazach w Katarze, Kuwejcie, Bahrajnie, Jordanii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich na stałe lub rotacyjnie stacjonuje ok. 200-250 amerykańskich samolotów, w tym myśliwce, drony rozpoznawcze i uderzeniowe, tankowce i maszyny rozpoznawcze.
Odwet Iranu
Odpowiedź Iranu przyszła szybko. Władze w Teheranie niemal natychmiast zapowiedziały odwet i w ciągu kilku godzin rozpoczęły własne działania ofensywne. Irańskie siły zbrojne użyły rakiet balistycznych oraz bezzałogowców Shahed, kierując je zarówno w stronę Izraela, jak i obszarów, w których znajdują się amerykańskie instalacje wojskowe oraz infrastruktura sojuszników USA w regionie Zatoki Perskiej.
Alarmy przeciwlotnicze uruchomiono nie tylko w Izraelu, ale także w Bahrajnie, gdzie zaatakowane zostało dowództwo amerykańskiej V Floty. W Katarze zaatakowana została baza Al Udeid. Pociski spadły także na Kuwejt oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie. Na razie żaden oficjalny komunikat Pentagonu ani amerykańskiego resortu obrony nie potwierdza strat w ludziach, ani większych zniszczeń materialnych w tych bazach.
Jedynie Jerozolima poinformowała, że nad środkowym i północnym Izraelem w kilku miejscach potwierdzono przechwycenia nadlatujących pocisków. Zamknięta została przestrzeń powietrzna nad dużą częścią Bliskiego Wschodu, co sparaliżowało ruch lotniczy. Linie z Europy i Azji masowo zawieszały połączenia do Izraela, Iranu i państw regionu, reagując na realne zagrożenie dla lotów cywilnych w przestrzeni, w której prowadzona jest intensywna wymiana ognia rakietowego.
Co dalej?
Najbardziej prawdopodobnym jest scenariusz utrzymania intensywności działań, w której zarówno Iran, jak i Izrael oraz Stany Zjednoczone będą nadal prowadzić uderzenia środkami napadu powietrznego, jednocześnie unikając działań, które wymusiłyby pełnoskalową wojnę. Zwłaszcza że Amerykanie nie mają w regionie sił i środków, które pozwoliłyby na przeprowadzenie operacji lądowej.
A i tak na możliwy atak z terenu Turcji może się nie zgodzić Ankara. W odpowiedzi Iran będzie kontynuował uderzenia rakietowe i dronowe na cele wojskowe zarówno na terytorium Izraela, jak i przeciwko amerykańskim bazom w regionie Zatoki Perskiej. Skala uderzeń zapewne będzie dawkowana, podobnie jak w zeszłym roku, tak aby pokazać zdolność do odwetu bez przekraczania progu, po którym odpowiedź USA musiałaby przybrać formę otwartej wojny. Biały Dom otwarcie też mówi, że liczy na zmianę władz w Teheranie. W bezpośrednich komunikatach prezydent Donald Trump apelował do Irańczyków, by „przejęli kontrolę nad własnym rządem” po zakończeniu operacji wojskowej i nazwał to ich „najlepszą szansą w tym pokoleniu”.
Jest to nowość, bo we wcześniejszych latach kolejne administracje USA oficjalnie deklarowały, że nie dążą bezpośrednio do zmiany reżimu. Nawet Trump czerwcu 2025 r. Trump podkreślał, że nie chce zmiany reżimu, bo mogłoby to prowadzić do chaosu i destabilizacji regionu.
Tym razem wiele wskazuje na to, że przynajmniej część amerykańskiej strategii zakłada wykorzystanie uderzenia jako bodźca do zaostrzenia protestów społeczeństwa i prób obalenia religijnego reżimu. Teheran określił amerykańskie sugestie o zmianie władz jako ingerencję w sprawy wewnętrzne Iranu, mającą na celu wywołanie chaosu i przemocy w kraju. Na razie nie doszło na ulicach do masowych protestów, jakie miały miejsce w ostatnich miesiącach.

