Bardzo ciekawa emocja. Taka niejednoznaczna. Niejednowymiarowa. Wstydzimy się wszyscy, bez wyjątków. I wstydzimy się różnie – za siebie, za kogoś, za coś. Że czegoś nie wiemy, chociaż powinniśmy. Że skłamaliśmy – chociaż niewinnie, i się wydało. Że postąpiliśmy niewłaściwie, chociaż wiemy, co jest właściwe. Że źle o kimś myślimy, bo mu zazdrościmy, że ma lepiej. Albo że dziecko nie radzi sobie w szkole – bo może to jakaś prawda o nas. Że zarabiamy za mało – bo nie pasujemy tam, gdzie chcielibyśmy pasować. Że nie osiągnęliśmy tego czegoś – a przecież tak dobrze się zapowiadało.
Źle to brzmi. Cokolwiek by to było – wstydzić się nie przynosi zaszczytu ani satysfakcji. Dużo tu rozczarowania, żalu, niespełnionych oczekiwań i niezrealizowanych wyobrażeń. Naszych, czyichś. Dlatego wstyd lubi się ukrywać. A my dlatego nie lubimy go odkrywać.
A jednak jest we wstydzie coś pożytecznego. Nie żeby celowo, dla rozrywki się wstydzić, ale żeby mu się przyjrzeć, kiedy oblewa nas rumieńcem i rozgrzewa od środka. To znak, który trudno przeoczyć. Czy to nie jest ciekawe odkryć – co nas tak pali?
Bo skoro się wstydzimy, to wiemy czego, chociaż niekoniecznie albo nie zawsze – dlaczego.
Iwona Zabielska-Stadnik,
redaktor naczelna

