Pewni, że poprzedniego wieczoru podpisali umowę o pracę, budzą się skacowani z wojennym kontraktem na pierwszą linię piekła w Ukrainie.

Ukraińcy są na polskim garnuszku? Te wyliczenia rozwiewają wątpliwości

Historie zebrane przez organizacje pozarządowe pomagające dezerterom lub młodym Rosjanom, którzy chcą uniknąć armii, mrożą krew w żyłach. W ostatnich miesiącach werbunek przypomina negocjacje diabła z panem Twardowskim, oparte na manipulacji, kłamstwie, szantażu.

Ministerstwo obrony bada w lokalnej policji, kto zalega z alimentami i spłatą pożyczek, kto pije na umór, kto nie ma dachu nad głową, kto popadł w tarapaty i szybko potrzebuje gotówki. Ubrany po cywilnemu przedstawiciel służb spotyka się z wytypowaną ofiarą i przedstawia jako rekruter prężnie działającej firmy, np. ochroniarskiej albo budowlanej. Twierdzi, że poszukuje pracowników, obiecuje dobrą pensję, prawi komplementy („widzę, że jest pan w sile wieku!”) i wreszcie pyta: „A może wypijemy po sto gramów?”. Kiedy butelka wódki jest już pusta i przyszły „pracownik” ledwie patrzy na oczy, funkcjonariusz wyciąga kontrakt z resortem obrony, gdzie stoi jak byk, że delikwent udaje się na wojnę do Ukrainy. Podany jest czas umowy (rok) i wysokość żołdu.

Fundacja Idźcie Lasem, pomagająca dezerterom i młodym Rosjanom chcącym uniknąć służby wojskowej, publikuje na swojej stronie internetowej przykłady takich kontraktów: drobny druk, okrągłe pieczęci, na dole dwa podpisy. Rano, kiedy „pracownik” powoli zaczyna trzeźwieć, uświadamia sobie, że „coś podpisał”. A gdy dochodzi do niego, że właśnie stał się żołnierzem, wpada w panikę, ale z lęku (przed więzieniem albo losem bliskich, których służby mogą zaszantażować) nie zwraca się o pomoc do organizacji pozarządowych, tylko pakuje się i rusza na front.

Film opublikowany w mediach społecznościowych przez Polinę Smidowicz nosi tytuł „Pomóżcie mi znaleźć ojca”. 25-letnia córka niewiele wie o losie Walerego Smidowicza. Była przekonana, że otrzymał posadę w firmie budowlanej, ale kiedy ostatni raz z nim rozmawiała (pod koniec maja), usłyszała, że jest w Ługańsku, czyli ukraińskim mieście pod okupacją Rosji. Pomyślała, że tata zmuszony będzie wziąć udział w „mięsnym szturmie”, czyli walce na pierwszej linii, dokąd rosyjscy dowódcy wysyłają najmniej doświadczonych żołnierzy na „rozpoznanie ogniem”. Z „mięsnego szturmu” mało komu udaje się wrócić.

Walery Smidowicz ma 55 lat. Jest wysoki, szczupły, ma pociągłą twarz. W myśl przepisów, które uległy zmianie latem 2023 r., mobilizacja może objąć mężczyzn do 65. roku życia.

Polina i Walery mieszkają w Petersburgu na dwóch przeciwległych krańcach miasta. Mają dobry kontakt, choć ojciec pije, co było jednym z powodów rozwodu rodziców. Walery pracował w firmie budowlanej, zajmował się montażem okien, ale ledwie wiązał koniec z końcem. Ostatnio nie miał stałej pracy, sięgał po butelkę, popadł w długi (nie płacił nawet rachunków za mieszkanie).

Polina szanowała ojca i często z nim rozmawiała. Miał bardzo krytyczny stosunek do wojny, którą Rosja toczy w Ukrainie. Jest przekonana, że z własnej woli nie udałby się na front. Gdy w maju spotkała się z ojcem, ten wyznał jej, że „znajomy” zaproponował mu pracę: z dobrą pensją zostanie zatrudniony w firmie budowlanej pod Moskwą. Córka chciała jednak poznać więcej szczegółów. Zapytała: „Co to za praca? Dokąd jedziesz? Kto ci ją zaproponował?”. Walery kręcił: „Nie jestem pewien, to był znajomy znajomego” — mówił. Zapowiedział, że przyjadą po niego mężczyźni w „wojskowym samochodzie”, a jego firma miała odbudowywać domy, które ucierpiały w wyniku ataku dronów. „Ataki dronów na domy mieszkalne w Moskwie? Co ty mówisz, tato?” — wykrzyknęła Polina. Wówczas przypuszczenie, że Walery trafi na ukraiński front, zamieniło się w pewność. Córka próbowała jeszcze przekonywać ojca, że z tej sytuacji jest wyjście — wystarczy, by mężczyzna stanął przed komisją lekarską. Jako cierpiący na padaczkę nie powinien zostać wysłany na wojnę. Walery z rezygnacją stwierdził: „Jaka padaczka? Ostatni epizod miałam wiele lat temu”.

Z końcem maja ojciec przepadł jak kamień w wodę — nie dzwonił do Poliny, nie odbierał od niej telefonów. Gdy wreszcie nawiązał z córką kontakt, powiedział, że jest w Ługańsku.

Anna, przyjaciółka Poliny, mieszka w sąsiedztwie jej ojca. Dowiedziała się, że służby specjalne opłaciły pewnego mężczyznę, który często zaglądał do kieliszka z Walerym. Ten opowiedział, że upił Walerego, który podpisał później kontrakt wojenny.

Film opublikowany przez Polinę ma ponad 180 tys. wyświetleń, co nie spodobało się służbom. Kobieta została poproszona o usunięcie nagrania z sieci. Nie zgodziła się. Równocześnie zadzwoniono do niej z nieznajomego numeru i usłyszała, że jej ojciec samowolnie „opuścił bazę wojskową” i nikt nie wie, gdzie obecnie przebywa. Przepadł jak kamień w wodę.

Polina coraz częściej zaczęła odbierać telefony z nieznajomego numeru. W słuchawce odzywał się męski głos. Czasem był to głos jej ojca. Nieznany jej mężczyzna nie przedstawiał się, prosił, by Polina (za pośrednictwem Telegramu — popularnego w Rosji komunikatora internetowego) posłała mu dokumenty (akt urodzenia — jej ojca i jej, akt zgonu matki ojca, pierwszą stronę dowodu Poliny), chciał także zasięgnąć informacji o sytuacji materialnej Poliny. Kobieta kolejny raz odmówiła. Wówczas z tą samą prośbą zwrócił się do niej ojciec. Po pewnym czasie Polinie wysłano zdjęcie kontraktu wojskowego, który z ministerstwem obrony podpisał Walery. Była to datowana na 7 maja 2026 r. roczna standardowa umowa, która w warunkach mobilizacji automatycznie staje się umową na czas nieokreślony.

„Nikt mi niczego nie wyjaśnia. Nie wiem, gdzie jest mój ojciec” — mówi w nagraniu Polina. Ostatni raz zadzwonił do Poliny 27 maja. Zdążył powiedzieć, że „jutro go wysyłają”. Na pytania: „Gdzie? W jakim celu?” już nie odpowiedział.

Zdaniem Artioma Kłygi, działacza organizacji Soznatielnyje Otkazcziki (Świadomi Niezgodni), który dla Radia Swoboda komentował sprawę Walerego Smidowicza, władza na Kremlu uważa obywateli sięgających zbyt często po alkohol, bezrobotnych, bezdomnych za „nieludzi”. Można wysłać ich na front, bo kiedy zginą, nikt się o nich nie upomni.

Iwan Czuwilajew, rzecznik organizacji Idźcie Lasem, zaznacza, że resort obrony najpierw zasilał szeregi więźniami, potem w kamasze szli imigranci. Z czasem do udziału w wojnie kuszono wysokim żołdem i świadczeniami socjalnymi dla rodzin poległych. Obecnie nikt już nie chce walczyć. Rosyjskie społeczeństwo jest już wojną niezwykle zmęczone. Straty w ludziach, kryzys gospodarczy i coraz częstsze ataki odwetowe Ukraińców sprawiają, że maleje poparcie dla prezydenta Władimira Putina. Ministerstwo obrony chwyta się więc brzytwy, stąd pomysł na „czarną mobilizację”.

Czuwilajew twierdzi, że przypadek Walerego Smidowicza nie jest odosobniony. Ludzi, którzy podpisują wojskowy kontrakt w stanie upojenia alkoholowego bądź w wyniku szantażu, są już tysiące. „Czarna mobilizacja” jest jednym z najpopularniejszych sposobów pozyskiwania rekrutów.

Polina jest jedną z tysięcy Rosjan, którzy poszukują swoich bliskich. Jej ojciec zalicza się do grona tych, którzy przepadli bez wieści. Nie wiadomo, czy zginął i jego ciało np. spoczywa w wagonie-kostnicy stojącym od kilku lat na bocznicy torów w Rostowie. Być może poległ w „mięsnym szturmie” i jego szczątki — jak tysięcy Rosjan — pozostaną w ukraińskiej ziemi? Czasem Rosjanie je zakopują, a czasem zostawiają.

Polina ustaliła jedynie, że jej ojciec był w jednostce wojskowej numer 40 461/1 w Ługańsku. Nie wierzy, że ją porzucił. Zresztą, gdyby tak się stało, powinien być poszukiwany przez odpowiednie służby, ponieważ za samowolne opuszczenie frontu grożą sankcję, a tak nie jest. Analiza składu jednostek walczących na terytorium Ługańszczyzny i Doniecczyzny dokonana przez organizacje pozarządowe, wskazuje, że od dawna poległych rosyjskich żołnierzy wpisuje się na listy dezerterów. To pozwala zmniejszyć straty ponoszone przez Moskwę na froncie i skalę wypłat odszkodowań dla rodzin zabitych.

Być może Walery wciąż znajduje się na linii „zero”. Siedzi w okopach i nie może korzystać z telefonu komórkowego ani skontaktować się z córką. W sprawie zniknięcia ojca Polina złożyła zawiadomienie do prokuratury wojskowej i na policję.

Za pośrednictwem mediów społecznościowych skontaktowała się też z dziewczyną, której ojciec podpisał kontrakt z resortem obrony w równie tajemniczych okolicznościach i służył w tej samej jednostce, co Walery. Po nim także słuch zaginął.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version