— Do partii należy u nas mniej niż 1 proc. osób uprawnionych do głosowania, w Austrii — nawet kilkanaście ­procent — mówi Maria Wincławska, politolożka z UMK w Toruniu. — Rekrutacja ma często charakter nieformalny, oparty na sieciach znajomości i osobistych rekomendacjach.

Maria Wincławska: Na pewno są działacze w ten sposób traktujący swoje partyjne zaangażowanie, nie można jednak całości życia partyjnego sprowadzić do karierowiczostwa. Społeczeństwo polskie ma taki obraz polityków oraz działaczy partyjnych i przypisuje im najczęściej złe intencje. Nie jest pod tym względem wyjątkiem, w całej Europie obserwujemy spadek zaufania do partii politycznych i wzrost negatywnych ocen działaczy partyjnych.

Tego rodzaju sprawy, jak afera dotycząca działacza młodzieżówki związanej z KO, lekarza Dawida Kacprzyka, wzmacniają obraz polityki jako sfery nieprzejrzystej, pełnej nieformalnych zależności i wątpliwych standardów. Trzeba przy tym pamiętać, że właśnie takie historie są dla mediów szczególnie atrakcyjne, dlatego szybciej niż bardziej złożone problemy systemowe przebijają się do opinii publicznej i silniej oddziałują na społeczne wyobrażenia o polityce.

— On jest przykładem patologicznej postawy, która przyniesie szkody całej Koalicji Obywatelskiej i ogólnie wizerunkowi partii politycznych w Polsce. Jest ciekawe, że w 2019 r. partia dała mu szansę startu w wyborach do Sejmu, ale w 2023 r. nie znalazł się już na listach. W 2024 r. nie pozwolono mu nawet kandydować do Rady m.st. Warszawy, został wybrany na radnego dzielnicy Ursus. To pokazuje, że partia musiała dostrzec, iż na Kacprzyka należy uważać, ale nie dopilnowała sprawy do końca.

W odpowiedzi na aferę pojawiają się teraz pomysły, np. zakaz łączenia kierowniczych funkcji w ochronie zdrowia z posiadaniem legitymacji partyjnej. To wylewanie dziecka z kąpielą. Jest zrozumiałe, że do partii nie powinni należeć sędziowie ani żołnierze, ale nie powinny one też zamykać się na przedstawicieli różnych środowisk, jeśli chcemy, aby polityka pozostała sferą zaangażowania ­obywatelskiego.

— Zacznijmy może od tego, że ludzie w Polsce w ogóle niechętnie idą do polityki. Do partii należy u nas mniej niż 1 proc. osób uprawnionych do głosowania, co jak na europejskie standardy jest bardzo niskim wskaźnikiem. W krajach europejskich to na ogół kilka procent ludności, w Austrii, gdzie poziom przynależności do partii politycznych jest tradycyjnie najwyższy, nawet kilkanaście ­procent.

Jeśli chodzi o motywacje tych, którzy się angażują, to z różnych międzynarodowych badań, a także z badań, które ja prowadziłam z zespołem, wiemy o kilku. Pierwsza jest ideowa: ludzie utożsamiają się z programem czy ideologią partii i chcą w niej działać na rzecz realizacji bliskich im wartości. Kolejna motywacja to chęć posiadania wpływu na politykę i na to, jak podejmowane są kluczowe decyzje. Wyróżniamy też motywację społeczną: ludzie angażują się, bo zaangażowane są osoby z ich sieci społecznych i mówią np. w pewnym momencie: „Słuchaj, może byś przyszedł na zebranie, to cię może zainteresować” albo chcą prowadzić dyskusje z osobami podobnie myślącymi.

Wreszcie są osoby angażujące się dla osobistych korzyści. Albo po to, by robić polityczną karierę, ubiegać się o stanowiska w administracji państwowej czy samorządowej, w spółkach skarbu państwa lub aby szukać takich korzyści jak kontakty, szkolenia itp.

— Spadał, ale nie startowaliśmy z wysokiego poziomu. Na początku lat 90. masowe były jedynie partie sukcesorki ugrupowań działających w PRL, czyli Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, z której później powstał SLD, i Polskie Stronnictwo Ludowe. PSL liczyło np. w 1989 r. 300 tys. członków, w 2023 r. już tylko 73 tys. SdRP miała w latach 90. około 60 tys. członków, dziś Nowa Lewica ma niewiele ponad 20 tys.

— Na pewno wpływ ma negatywny wizerunek partii i polityki. Gdy robiliśmy badania focusowe, to ludzie w odpowiedzi na pytania o to, z czym się im kojarzą partie polityczne, na ogół wymieniali same negatywne zjawiska: złodziejstwo, korupcja, nepotyzm itd. Choć już w sondażu na próbie 1000 osób połowa badanych udzieliła odpowiedzi raczej neutralnych, partie kojarzyły się im najczęściej po prostu „z rządzeniem”. Więc z jednej strony ludzie negatywnie postrzegają partie i polityków, z drugiej dostrzegają, że są one niezbędne do funkcjonowania państwa.

Istotne jest też to, że pojawiły się nowe możliwości zaangażowania i zmieniania rzeczywistości. Osoby aktywne mogą działać w organizacjach pozarządowych, tworzyć różne inicjatywy obywatelskie, zbiórki, brać udział w obywatelskich protestach itp. Internet tworzy możliwości, jakich nie było w latach 90. By zwołać masową demonstrację, nie potrzeba aparatu partyjnego, wystarczy mobilizacja w mediach ­społecznościowych.

Także w zachodnich demokracjach nie ma już tak masowych, tak głęboko zakorzenionych partii, jakimi w drugiej połowie XX w. były partie socjaldemokratyczne czy chrześcijańsko­‑demokratyczne.

— Niski stopień zaangażowania politycznego, w tym upartyjnienia, jest problemem w demokracji. Dobrze jest, by partie miały silną legitymację demokratyczną nie tylko w postaci poparcia wyrażonego przy urnie.

Kiedyś modny w politologii był pogląd, że dzięki nowym narzędziom marketingu politycznego partie nie potrzebują członków, wystarczą im kandydaci i pieniądze, by zapłacić za kampanię. Jednak przypadek partii, które nie zainwestowały w budowanie struktur i okazały się ugrupowaniami sezonowymi — jak Polska 2050, Nowoczesna, Kukiz’15 — pokazuje, jak krótkowzroczne to było podejście. Partie mające silne struktury są bardziej odporne na wahania poparcia wyborczego. SLD dzięki strukturom był w stanie przetrwać cztery lata poza parlamentem w okresie 2015-2019, a następnie wrócić do Sejmu, przekształcić się w Nową Lewicę, która jest dziś jedną z partii rządzących.

Pojawiają się głosy wzywające do wzmocnienia mechanizmów demokracji bezpośredniej czy deliberatywnej, dających obywatelom bezpośredni wpływ na rzeczywistość polityczną bez pośrednictwa partii. To sprawdza się na poziomie demokracji lokalnej, ale trudno sobie wyobrazić, by dało się obejść bez polityki partyjnej w demokratycznym zarządzaniu krajem wielkości Polski.

— Ludzie trafiają do partii wszystkimi tymi ścieżkami, o których pan wspomniał. Przy tym z naszych badań wynika, że partie w Polsce raczej nie prowadzą szerokich kampanii rekrutacyjnych. Czasem udana kampania wyborcza może przyciągnąć nowych członków. Tak było np. z kampanią prezydencką Adriana Zandberga w zeszłym roku. W 2024 r., według moich informacji, partia Razem miała 3 tys. członków, dziś — około 8 tys.

Partie zakładają raczej, że osoby zainteresowane polityką same do nich trafią albo zostaną przyprowadzone przez kogoś, kto już działa w strukturach partyjnych. Rekrutacja ma więc często charakter nieformalny, oparty na sieciach znajomości i osobistych rekomendacjach. Ruch Narodowy, jedna ze składowych Konfederacji Wolność i Niepodległość, przyjmuje osoby po przeprowadzeniu z nimi rozmów pokazujących ich ideologiczną formację oraz znajomość literatury prawicowej, np. piśmiennictwa Romana Dmowskiego.

Takie partie jak PSL i PiS mają za to instytucję „członków wprowadzających” — by zostać członkiem, wniosek potencjalnego kandydata musi poprzeć np. dwóch członków z określonym stażem.

Takiej instytucji nie ma z kolei w KO i jeden z wysoko postawionych działaczy partii powiedział nam, że przecież zapisanie się do partii to nie rozmowa o pracę i nie ma sensu dokładnie sprawdzać CV kandydata.

— Dziś w Polsce wyraźnie rośnie zainteresowanie polityką wśród młodych ludzi, ale do młodzieżówek zapisują się najbardziej zainteresowani, z największymi ambicjami politycznymi. Młodzieżówka jest miejscem, w którym poznają bardziej doświadczonych polityków, zostają ich asystentami i rozpoczynają polityczną drogę, która może się skończyć np. mandatem radnego, a potem i mandatem poselskim. To częsta droga rekrutacji na ważne polityczne stanowiska; inną jest przejście kolejnych szczebli w samorządzie lokalnym.

Partie zawsze szukają też popularnych osób spoza swojego środowiska politycznego na listy wyborcze. W KO mamy np. Klaudię Jachirę, która zyskała rozpoznawalność jako aktywistka i youtuberka. W Toruniu mieliśmy np. Iwonę Hartwich, matkę syna z niepełnosprawnością, która zanim została posłanką KO, udzielała się jako aktywistka walcząca o prawa rodzin z dziećmi z niepełnosprawnościami. To często są też sportowcy albo popularne osobowości ­medialne.

— Nie użyłabym tego słowa, powiedziałabym raczej, że pełnią funkcję lokomotyw wyborczych. A to, czy mają potem wpływ na to, co dzieje się w partii, zależy od tego, jaką w niej wywalczą pozycję. Jednak spójrzmy na Sejm czy Senat, naprawdę wpływowi są liderzy partyjni i ich najbliższe otoczenie, a im ważniejsza kwestia z punktu widzenia partii, tym mniejsze grono podejmuje decyzje.

— Na pewno w partiach znacznie więcej jest mężczyzn niż kobiet. Dominują też starsi niż młodsi działacze — wyjątkiem są tu Konfederacja i partia Razem, które mają znacznie młodszy aktyw.

Do partii zapisują się osoby ponadprzeciętnie zainteresowane polityką, a to na ogół wymaga takich zasobów jak czas czy wykształcenie, które mają raczej osoby z klasy średniej. Spójrzmy zresztą na partyjnych liderów — nawet prezesem PSL jest lekarz z wielkiego miasta.

— Jeśli chodzi o cyrkulację elit, to warto zwrócić uwagę na różnice między tymi dwiema partiami. Na czele PiS faktycznie nieprzerwanie od 2003 r. stoi Jarosław Kaczyński. Jego pozycja w partii nie jest już może dziś tak silna jak kiedyś, ale nie ma w niej praktycznie konkurenta i nigdy nie miał, a potencjalnych „delfinów” szybko utrącał.

Jednocześnie wokół Kaczyńskiego widać grupę polityków średniego i młodszego pokolenia o wielkich ambicjach. Mamy Mateusza Morawieckiego i jego młodych współpracowników, prezydenta Nawrockiego i jego wywodzącą się z PiS kancelarię, takich polityków jak Tobiasz Bocheński. Trudno byłoby znaleźć ich odpowiedników w KO. Nawet jeśli młodsi politycy PiS muszą się ostatecznie podporządkować Kaczyńskiemu, to wydają się w pewnym sensie bardziej podmiotowi niż porównywalni pozycją politycy KO.

— W moim przekonaniu PiS nie jest taką partią. Widać to po obecnym bardzo silnym konflikcie wewnętrznym. W statusie PiS mamy zapis zakazujący członkom przynależności do organizacji, które w jakikolwiek sposób mogłyby być konkurencyjne dla PiS. Tymczasem dziś w PiS pączkują kolejne stowarzyszenia, mamy dwie bardzo ze sobą skonfliktowane grupy — Morawieckiego i „maślarzy” — a tym, co wydaje się utrzymywać jedność partii, jest perspektywa wyborów w 2027 r. i ordynacja promująca większe partie.

Zmiana przywództwa w KO jest bardziej możliwa, ale nie byłby to proces automatyczny ani bezkosztowy. To ugrupowanie ma za sobą doświadczenie funkcjonowania bez Donalda Tuska jako lidera, więc nie jest tak, że jego odejście musiałoby oznaczać rozpad formacji. Jednocześnie obecna pozycja Tuska jest bardzo silna, a potencjalnych następców nawet nie widać na horyzoncie. W tym sensie siła Tuska z jednej strony stabilizuje partię i pozwala zachować spójność ugrupowania, a z drugiej — utrudnia naturalną sukcesję. Tusk wielokrotnie pokazywał, że potrafi odsuwać na boczny tor osoby, które mogłyby zagrozić jego pozycji. Dlatego zmiana władzy w KO jest możliwa, ale wymagałaby albo kontrolowanego przekazania przywództwa, albo pojawienia się polityka, który będzie miał taką pozycję, aby tę władzę wywalczyć.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version