Agnieszka zapłaciła swatce 35 tys. zł, ale nie miała ani jednej randki. — Na zakończenie miałyśmy jeszcze jedną nieprzyjemną rozmowę telefoniczną, podczas której na mnie krzyczała — mówi. Jest jedną z dziesiątek kobiet, które czują się oszukane przez Annę Guzior-Rutynę, telewizyjną ekspertkę od dobierania ludzi w pary.
Koleżanka wiedziała, że Agnieszka szuka partnera. I że ma złe doświadczenia z aplikacjami randkowymi. Nagłe urywanie kontaktu, próby wyłudzania pieniędzy lub szukanie relacji bez zobowiązań. — Podesłała mi media społecznościowe jakiejś swatki. Napisała, że może profesjonalistka pomoże — mówi Agnieszka.
Swatką okazała się Anna Guzior-Rutyna, która na swojej stronie pisze, że profesjonalnie łączy ze sobą ludzi od 13 lat. Agnieszka chciała wiedzieć coś więcej. Trafiła na rozmowy z nią w „Dzień dobry TVN” i „Pytaniu na śniadanie”. Uznała, że skoro swatka jest tak chętnie zapraszana do śniadaniówek, to musi być rzetelna.
Poczuła ulgę przemieszaną z ekscytacją. Jest 39-letnią lekarką, życie zawodowe pochłania znaczną część jej czasu, a szukanie kogoś w aplikacjach to jak drugi etat. Agnieszka ucieszyła się, że ktoś jej ułatwi poszukiwanie partnera życiowego.
Swatka Anna i jej wpisy na portalu internetowym
Foto: Swatka Anna/Facebook
Status VIP
Zobaczyła, że swatka akurat promuje na Facebooku pakiet „Jesienna petarda”, oferujący m.in. wideorozmowę ze swatką, poszukiwania nie tylko w bazie klientów, ale i poza nimi, status VIP, czyli traktowanie priorytetowo w procesie doboru i rekomendacji potencjalnych partnerów, konsultacje po randkach. Do tego miała dochodzić intensywna kampania promująca daną osobę w social mediach (anonimowo, a więc bez podawania imienia czy dokładnej lokalizacji).
W reklamującym usługę poście swatka podkreślała, że oferta ma maksymalnie zwiększyć szanse na to, „byś w krótkim czasie spotkała osobę, której naprawdę szukasz”. Agnieszkę trochę odstraszała cena — 35 tys. zł. Ale skoro swatka odnosi takie sukcesy w łączniu ludzi, to może warto?
— Wiedziałam, że nikt mi nie da gwarancji, że wejdę w szczęśliwy związek. Zdaję sobie sprawę z tego, że musi się złożyć wiele czynników, by dwie osoby się w sobie zakochały. Tym, czego oczekiwałam, były randki z fajnymi, dopasowanymi do mnie mężczyznami — podkreśla.
Swatka Anna i jej wpisy na portalu internetowym
Foto: Swatka Anna/Facebook
Ten pan do mnie nie pasuje
Agnieszka nie miała wolnych 35 tys., więc poprosiła o wsparcie ojca. On nie był przekonany do tego pomysłu, ale uznał, że skoro to ma uszczęśliwić jego córkę, pomoże. Zrobił przelew, a ona umówiła się na wideorozmowę. Ta trwała niecałą godzinę. Agnieszka została odpytana m.in. z tego, jakie jej preferowany partner powinien mieć wykształcenie, wzrost i czy dopuszcza kogoś z dziećmi.
Wypełniła również ankietę przedstawioną przez swatkę. Po pewnym czasie poprosiła o wgląd w przygotowany na tej podstawie materiał. Przyznaje, że spodziewała się większej staranności. Szczególnie biorąc pod uwagę cenę. Jej zdaniem dokument zawierał przypadkowe, ogólnikowe określenia, które mogły pasować do wielu osób, zamiast wiernie odzwierciedlać jej cechy, osobowość i preferencje, o których wcześniej opowiadała.
W ciągu trzech miesięcy trwania pakietu Agnieszka otrzymała osiem ofert. Z czego cztery, jak mówi, były do niej kompletnie niedopasowane. — Pani Anna zaproponowała mi np. mężczyznę zajmującego się rolnictwem, zupełnie niepasującego do mnie — mówi. Ostatecznie udało jej się porozmawiać z jednym panem telefonicznie. I na tym randkowanie i podsyłanie potencjalnych partnerów się skończyło.
Nie było omówienia tej jednej randki, kontakt ze swatką w ogóle był bardzo ograniczony. Jej prośba, by przegadać oczekiwania i zastanowić się, co można by zmienić, pozostała bez odpowiedzi. Na inne wiadomości swatka potrafiła nie reagować przez dwa-trzy tygodnie. O obiecany „casting” w mediach społecznościowych Agnieszka musiała się dopominać. Ale i tak nie przyniósł on efektów — miała wpaść w oko tylko jednemu mężczyźnie, który był kompletnie niezgodny z jej preferencjami.
Fakty, a nie marzenia
Swatka zaproponowała, że da kobiecie „gratis” dodatkowe pół roku w pakiecie „Nadzieja” (którego cena wynosiła wówczas 8 tys. zł). Osoba, która ma ten pakiet, jest też pokazywana klientom z wyższych pakietów: złotego — za 35 tys. i platynowego, kosztującego 60 tys. zł (plus 20 tys. za „sukces”, czyli minimum półroczny związek). Jest przedstawiana przed osobami z pakietu biernego, który jest najtańszy (około tysiąca złotych) i oznacza po prostu wpis do bazy i bycie na „liście rezerwowej”, gdyby klient nie był zainteresowany nikim innym.
— Łatwo się w tym pogubić, biorąc pod uwagę, że do tego dochodzi cała masa ofert limitowanych — jak ten mój pakiet — które to się pojawiają, to znikają. Zrozumiałam tyle, że przez kolejne pół roku swatka dołoży starań, bym jednak kogoś poznała. Nic się jednak przez ten czas nie wydarzyło — podkreśla.
Agnieszka napisała więc, że jest bardzo niezadowolona ze współpracy i prosi o zwrot pieniędzy. W odpowiedzi dowiedziała się, że według swatki wszystko zostało zrobione jak należy i ona „odpowiada za fakty, a nie marzenia”. Doszło do wymiany kilku stanowczych wiadomości. Agnieszka napisała, że dla niej to wszystko nosi znamiona oszustwa. Anna, że nie pozwoli się nazywać oszustką i że to próba wyłudzenia pieniędzy. A także że jej przykro, że są na świecie osoby, które „zjedzą ciastko i chcą zwrotu za już zjedzone ciastko”.
— Na zakończenie miałyśmy jeszcze jedną nieprzyjemną rozmowę telefoniczną, podczas której na mnie krzyczała, i więcej już nie miałam z tą panią kontaktu — mówi Agnieszka. Po całej sprawie pozostało jej duże poczucie rozczarowania. Ma wrażenie, że to wykorzystywanie ludzi, którzy są gotowi płacić za znalezienie miłości.
Otworzyłam się
Dominika zapracowuje się, żeby jak najmniej myśleć. Ale poczucie winy, że pozwoliła się komuś oszukać, powraca. Bo tak się czuje: oszukana. Na swatkę Annę trafiła, scrollując media społecznościowe. Wyskoczył jej film swatki, w którym przedstawiała jednego ze swoich klientów. — Pomyślałam: o, on brzmi jak ktoś, z kim mogłabym pójść na randkę — mówi.
Napisała wiadomość prywatną. Dowiedziała się, że aby mogła zostać mu przedstawiona jako kandydatka, musi wykupić wpis do tzw. biernej bazy za 999 zł. Zrobiła to, okazało się, że pan nie jest zainteresowany. W zamian dostała propozycję pana starszego o ponad 20 lat. Taka różnica wieku była dla niej za duża.
Uznała jednak, że może lepsze możliwości da wyższy pakiet. Dopłaciła 5 tys. zł, żeby otrzymywać więcej ofert. Odbyła z Anną Guzior-Rutyną rozmowę wideo, by swatka mogła lepiej poznać ją i jej oczekiwania. — Wydawało mi się, że jest bardzo empatyczna. Otworzyłam się przed nią. Podzieliłam wrażliwymi rzeczami. Choćby tym, że być może nigdy nie będę mogła mieć dzieci. I że nie chciałabym, by faceci mnie przez to odrzucali. Mówiła, że rozumie, żebym się nie martwiła, bo ona mi pomoże — opowiada.
Potem zobaczyła, że pojawiła się promocja „Swatka Anna w Twoim mieście”. Specjalny pakiet za 10 tys. zł, w ramach którego swatka miała aktywnie szukać kandydatów dla kupujących, a nie tylko podsyłać spośród tych, którzy już są jej klientami. Dominika zaufała jej po rozmowie, dopłaciła kolejne 4 tys.
Sądziła, że to dużo lepsza opcja niż aplikacje randkowe. Z tych skorzystała tylko raz, kilka lat wcześniej. Z nikim się nie umówiła. — Chętni byli, ale ja się bałam. Że ktoś mi zrobi krzywdę, że okaże się być kimś innym, niż mówił. Wierzyłam, że u swatki poznam sprawdzonych, uczciwych panów — opowiada.
Jestem nic niewarta
Dominika otrzymała 13 ofert, na które składały się zdjęcia i krótkie opisy potencjalnych kandydatów na randkę. Z większością chciała się umówić. Co szkodzi się spotkać i sprawdzić, czy pojawi się iskra? Pisała, że jest zainteresowana, ale nie dostawała żadnej odpowiedzi. Zaczęła więc dopytywać, co się dzieje, czy oni nie chcą się spotkać? W końcu przyszła wiadomość: skoro Anna nic nie odpisuje, to chyba jasne, że panowie nie są zainteresowani.
Przez rok współpracy nie doszło do żadnej randki. Dominika napisała swatce, że nie chce już nigdy dostawać od niej żadnych wiadomości. Przestała ją obserwować w mediach społecznościowych. Jeśli widzi cokolwiek związanego ze swatką, jest roztrzęsiona. Nie dlatego, że straciła pieniądze. Nie zarabia dużo, ale to jest do odzyskania. Poczucie własnej wartości trudniej jednak odbudować, a to ono przede wszystkim ucierpiało.
— Ciężko mi się uwolnić od pretensji do samej siebie. I poczucia, że jestem nic niewarta, skoro nikt mnie nie chciał. Że coś musi być ze mną nie tak. Niby wiem, że to nie moja wina, ale emocje robią swoje — wzdycha. Długo to ukrywała, nikomu z bliskich czy znajomych nie opowiedziała o swatce. Wstyd jej. Temat zaczęła omawiać dopiero na terapii, na którą niedawno się zapisała. Liczy, że dzięki temu odważy się kiedyś z kimś umówić.
Moment słabości
Agnieszka i Dominika nie są jedynymi osobami, które skorzystały z usług swatki i są niezadowolone. Powstała licząca ponad 40 osób grupa kobiet, które połączyło poczucie, że nie tak powinny wyglądać usługi, za które zdecydowały się zapłacić. Jest wśród nich przedsiębiorczyni, która kupiła pakiet złoty i nie odbyła żadnej randki.
Jest terapeutka, która nie może korzystać z aplikacji randkowych ze względów etycznych — nie chciałaby tam spotkać swoich pacjentów. Zdecydowała się na pakiet „Nadzieja”. Raz porozmawiała ze swatką. I od tego czasu nie było żadnego kontaktu, nie dostała żadnej oferty, żadnej odpowiedzi na swoje maile.
Mówi, że dobrze radzi sobie w życiu, samodzielnie wychowuje dziecko, ma przyjaciół i przyzwyczaiła się już do życia singielki. Ale miała moment słabości, pojawiło się to naturalne pragnienie, by spróbować z kimś dzielić życie. I się nacięła. — Nie mogę zrozumieć, jak kobieta może coś takiego zrobić innej kobiecie. I to jeszcze opowiadając, jaka to jest empatyczna, jak bardzo ją wzruszają historie klientek, jak je przeżywa. Brzydzi mnie to — denerwuje się.
Podobne rozczarowania przeżywają osoby, które wykupiły najtańszy, bierny pakiet. Nie liczyły na cuda, ale całkowity brak ofert je zaskoczył. W historiach, których wysłuchałam, powtarzają się opowieści o trudnościach w kontakcie, braku pisemnych umów, usuwaniu komentarzy w mediach społecznościowych, które miały przestrzec innych, czy nawet blokowaniu.
Więcej kasy, mniej pretensji
Anna Guzior-Rutyna zapewnia mnie, że swatanie od zawsze miała we krwi. — To pasja, dzięki której tyle lat utrzymuję się na rynku — mówi. Zaczynała w Czerwionce-Leszczynach na Śląsku. Pracowała jeszcze w bankowości, gdy wpadła na pomysł organizowania wieczorków zapoznawczych dla emerytów i rencistów. Oferowała pomoc za symboliczne 50 zł. — Kilka relacji z tych czasów trzyma się do dziś. O moim biurze i jednej z par był nawet reportaż w „Dzień dobry TVN” — zaznacza.
Z czasem, gdy klientów było coraz więcej, a ona coraz bardziej się angażowała w szukanie im partnerów, zaczęła podwyższać ceny, aż wreszcie stała się swatką premium. Dziś, jak twierdzi, obsługuje głównie osoby na stanowiskach, polityków, celebrytów.
Uważa, że w każdej branży zdarzają się niezadowoleni klienci, którzy mają zbyt wysokie oczekiwania, i choćby się chciało, to nie da się ich spełnić. Podejrzewa, że zgłoszenie sprawy do mediów to element jakiejś zemsty. Może wynikającej z frustracji, że była czyjąś ostatnią deską ratunku i się nie udało? Może konkurencja chce ją zniszczyć? Zdarzało się już, że ktoś ją próbował oczerniać w social mediach i musiała blokować takie osoby.
— Wie pani, jak ktoś do mnie pisze, że jestem oszustką, że mnie zniszczy, jak nie oddam pieniędzy, to ja to bardzo przeżywam — urywa i zaczyna płakać. Zaraz się jednak uspokaja i dodaje, że niby wie, że ludzie bywają niesprawiedliwi, ale to ją przytłacza. Dlatego od jakiegoś czasu planuje ograniczenie swojej działalności. Będzie przyjmować klientów głównie do najwyższego, platynowego pakietu. Chce też ograniczyć ich liczbę, by jeszcze podnieść jakość. Poza tym z jej doświadczenia wynika, że im więcej ktoś płaci, tym mniej ma pretensji.
Nie ma gwarancji
Nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa, że kwoty, jakie pobiera, są adekwatne do jakości jej usług. — Może nie zawsze odpisuję w pięć minut, ale mam męża, trójkę dzieci, własne życie — mówi. Gdy zauważam, że nie chodzi o minuty, ale tygodnie czy miesiące, tłumaczy, że czasem jej coś wpadnie do folderu spam albo nie zauważy jakiejś wiadomości.
Pytam o wyliczenia, którymi niejednokrotnie dzieliła się w social mediach. Zgodnie z nimi szanse na stworzenie relacji dzięki skorzystaniu z jej usług są ogromne. Dla pakietu platynowego mają one wynosić 98 proc., dla złotego — 70-75 proc., „Nadzieja” to 50 proc., a bierny wpis ma dawać między 10 a 15 proc.
— Ale nie ma 100 proc. szans. Nie ma też gwarancji randek i ja to jasno mówię. Przecież jak mężczyźni nie chcą się z daną panią spotkać, to ja ich nie zmuszę. Tym, co obiecuję, jest wysyłanie ofert, i to też robię. Do tego w droższych pakietach organizuję castingi, szukam własnymi metodami. Robię dużo — mówi.
Dopytuję też o liczbę połączonych par. Na stronie czytam, że było ich ponad 500 przez 13 lat działalności, ale ledwie półtora roku wcześniej wspominała o 300. — Zdarzało mi się mówić 300, 350, ale myślę, że jest ich właśnie dobrze ponad pół tysiąca. Po prostu tak wiele tego było, że ciężko to dokładnie zliczyć — mówi. I dodaje: — Ale jakkolwiek dobra bym była, to czasem tak w życiu jest, że się nie da kogoś sparować, i tyle. Ja bym naprawdę chciała wszystkim pomóc, ale Bogiem nie jestem.
Imiona bohaterek zostały zmienione na ich prośbę

