„Niebo nad Normandią” to najlepszy film o prognozie pogody w dziejach kinematografii. I nietypowy film wojenny, bo opowiadający o przewidywaniu warunków atmosferycznych do przeprowadzenia największej w dziejach operacji desantowej. Okazuje się, że śledzenie frontów atmosferycznych jest ciekawsze niż wiele szpiegowskich dreszczowców.

Gdyby generał Dwight Eisenhower, głównodowodzący alianckich sił inwazyjnych uwierzył amerykańskiemu meteorologowi Irvingowi Krickowi, a nie brytyjskiemu specowi od pogody z Royal Air Force Jamesowi Staggowi, lądowanie w Normandii w czerwcu 1944 r. skończyłoby się masakrą aliantów.

Rocznica lądowania minęła trzy miesiące temu, ale dopiero teraz do naszych kin wchodzi film „Pressure” poświęcony najciekawszemu i mało znanemu epizodowi desantu w Normandii. Polski tytuł, jak to często bywa, jest łopatologiczny i brzmi „Niebo nad Normandią”. Nie spodziewajcie się bitewnej epopei (choć w finale zobaczycie sceny lądowania na normandzkich plażach), ale zaciekłej walki na raporty pogodowe, mapy i dane ze stacji meteorologicznych. Akcja rozgrywa się w tajnej siedzibie dowództwa wojsk alianckich w Southwick House na południowym wybrzeżu Anglii na godziny przed D-Day.

Film powstał na podstawie sztuki teatralnej Davida Haiga, stąd kluczowe są dialogi i gra aktorska. Stagga gra Andrew Scott (niezapomniany prof. Moriarty z „Sherlocka”, ksiądz z „Fleabag”, niedawny Ripley z netfliksowej wersji klasycznego kryminału, ale też szanowany aktor londyńskich teatrów). Eisenhowera zaś Brendan Fraser, który jest tu tylko nieco szczuplejszy od swojej oskarowej roli w „Wielorybie”. To na nich wisi cały ciężar odpowiedzialności za to, czy Operacja „Overlord” skończy się triumfem, wyzwoleniem Francji i marszem na III Rzeszę, czy katastrofą, jakiej Ameryka i Wielka Brytania jeszcze nigdy nie doświadczyły.

Bo przecież o rezultacie wojen decydują najbardziej ludzie. I pogoda oczywiście.

Wiadomo, że Morze Czerwone rozstąpiło się przed uciekającymi z niewoli egipskiej Żydami, a potem się zamknęło i pochłonęło armię faraona. Ale to tylko Biblia, a zatem legenda, choć naukowcy spekulują, że tak naprawdę to mogły być mokradła między Morzem Czerwonym, a Śródziemnym, które gwałtowny wiatr osuszył i pozwolił Izraelitom przedostać się na drugą stronę.

Zostawmy Biblię. Z niepodważalnych przekazów historycznych wiemy, że pogoda nad wyraz często decydowała o zwycięstwie bądź klęsce armii w kluczowych bitwach, a nawet całych wojnach.

W 1415 r. pod Azincourt ciężka jazda francuska grzęzła w rozmokłej po deszczach ziemi i została wystrzelana przez angielskich łuczników, bo Francuzi nie wzięli pod uwagę uwarunkowań pogodowych. Oczywiście w tym przypadku prócz błota kluczową rolę odegrała arogancja i głupota francuskiego rycerstwa, ale jednak czynnik pogodowy był bardzo ważny.

„Boski wiatr” — kamikaze — czyli potężny tajfun, rozpędził i zniszczył do szczętu gigantyczną mongolską flotę inwazyjną, szykującą się do desantu na Japonię w 1281 r. Gdyby nie „boski wiatr” historia Japonii mogła potoczyć się zupełnie inaczej, bo po tej klęsce imperium mongolskie zrezygnowało z prób podboju tego kraju. Stąd „kamikaze” w trakcie walk na Pacyfiku mieli być cudowną, bo boską, bronią, która zmieni losy wojny.

O klęskach Napoleona i Hitlera w wojnie z rosyjską zimą nie ma co wspominać. To nie potęga carskiej czy sowieckiej armii pokonała Francuzów i Niemców, ale głębia operacyjna Rosji oraz pogoda właśnie. Najpierw zamroziła Grande Armee w 1812 r., a 130 lat później Wehrmacht pod Stalingradem. W czasie obecnej inwazji rosyjskiej na Ukrainę nie raz wspominano o „rasputicy”, czyli wiosennych roztopach i jesiennych deszczach, zamieniające żyzne ziemie w morze błota, w którym grzęzły czołgi i inne pojazdy wojskowe.

Deszcz bywał prawdziwą cudowną bronią, przechylającą szalę zwycięstwa na jedną ze stron — nawet jeśli nieoczekiwanie. W 955 r. nad rzeką Lech, nieopodal Augsburga doszło do przełomowej bitwy w historii Węgier i Niemiec. Cesarz Otton I rozgromił plemiona madziarskie, wcześniej bezkarnie plądrujące Europę. Tamten sierpień był wyjątkowo deszczowy i w kaskadach wody z nieba rozmiękły cięciwy słynnych łuków madziarskich jeźdźców. Nie byli oni w stanie sięgnąć strzałami ciężkozbrojnej jazdy frankijskiej, która rozjechała ich jak walec. Uciekający Węgrzy potonęli w wezbranych rzekach i strumieniach.

W czerwcu 1944 r. alianckie dowództwo szykowało się do inwazji na kontynent. Wiedziało doskonale, że kaprysy pogody, na które człowiek nie ma żadnego wpływu, będą decydowały o sukcesie bądź klęsce tego gigantycznego przedsięwzięcia. A co za tym idzie, wpłyną na losy całej II wojny światowej.

Eisenhower miał swojego głównego meteorologa, któremu ufał. Dał się jednak namówić Churchillowi na przyjęcie do sztabu pułkownika Stagga. Brytyjski premier uważał Stagga za geniusza. Kłopot Stagga polegał na tym, że zamknięty w tajnym dowództwie nie miał prawa dzwonić donikąd, podczas gdy jego żona za chwilę miała rodzić. Oparcie znajdował w porucznik Kay Summersby, zaufanej osobistej asystentce Eisenhowera, która przez cały film łagodzi spory napiętych jak struny mężczyzn.

Po wojnie Eisenhower na pytanie o źródła sukcesu w Normandii miał powiedzieć, że „mieliśmy lepszych meteorologów niż Niemcy”. W istocie Niemcy przewidywali ciągły sztorm na kanale La Manche, a więc niemożność dokonania przez aliantów inwazji na wybrzeża Francji. Feldmarszałek Erwin Rommel, głównodowodzący niemieckich armii na zachodzie, uspokojony, że warunki meteorologicznie nie pozwolą na desant, wyjechał 5 czerwca do Berlina na urodziny ukochanej żony.

Tymczasem w dowództwie alianckim zapadła decyzja, że flota inwazyjna i lotnictwo wyruszą właśnie 5 czerwca. Raporty Irvinga Kricka były entuzjastyczne: tego dnia będzie wspaniała pogoda. Świeżo przybyły do sztabu Stagg natychmiast obalił metodologię badań Kricka. Krick bazował na porównywaniu map pogodowych z poszczególnych lat, dowodząc, że np.5 czerwca 1904 roku i tego samego dnia 1925 roku warunki pogodowe były identyczne, zatem równie bezchmurnie i spokojnie na morzu będzie 5 czerwca 1944 roku.

Kłopot polegał też na tym, że prócz spokojnego morza i odpowiedniego poziomu zachmurzenia o powodzeniu desantu decydowały też pływy morskie — w Normandii bardzo silne i całkiem zmieniające wybrzeże, w zależności od tego, czy to przypływ czy odpływ — oraz konieczna dla udanego lądowania spadochroniarzy pełnia księżyca.

Konflikt między Staggiem a Krickiem opiera się w filmie na metodzie przewidywania pogody właśnie, ale też na tym, że Krick przekładał swoje wcześniejsze doświadczenia z frontu w Afryce, nie rozumiejąc zupełnie specyfiki północnej Europy. A tymczasem pogoda w północnej Europie — co stara się Amerykanom uświadomić Stagg — jest nieprzewidywalna i zmienna. Stagg przewiduje, że dopiero 18 czerwca mogą nadejść odpowiednie warunki pogodowe. Ale armia nie może dłużej czekać. Każdy dzień zwłoki grozi tym, że Niemcy zorientują się w prawdziwych zamierzeniach aliantów.

Stagg zabronił lądowania 5 czerwca, przewidując dwie agresywne burze i Eisenhower zaufał mu. Mając dwóch meteorologów — jednego wróżącego piękną pogodę, drugiego burze i ulewy — wybrał odłożenie inwazji. Nie dlatego, że bardziej ufał Staggowi. Wiedział po prostu, że każdy najmniejszy błąd może skończyć się całkowitą klęską przedsięwzięcia. Chciał, aby obaj meteorolodzy mieli to samo zdanie.

W filmie na Eisenhowerze ciąży pamięć tragicznych ćwiczeń o kryptonimie „Tiger” z kwietnia 1944 roku. A zatem ledwo sprzed ponad miesiąca, gdy pozorowane lądowanie amerykańskich wojsk na wybrzeżu angielskiego Devonu (gdzie warunki topograficzne najbardziej przypominały Normandię) skończyło się śmiercią niemal tysiąca żołnierzy. Fatalne błędy w komunikacji, przypadkowy ostrzał przez własną artylerię (Eisenhower kazał użyć ostrej amunicji, by jak najbardziej zbliżyć ćwiczenia do realiów wojny) i zaskakujący atak niemieckich szybkich kutrów z hitlerowskiej bazy we francuskim Cherbourgu skończyły się kompromitacją aliantów.

Ale Eisenhower wyciągnął z tego wnioski. Po nocach dręczy go wizja setek ciał amerykańskich chłopców leżących na plaży, poborowych, którzy nigdy nawet nie zobaczyli wroga i zginęli, nie oddając ani jednego strzału. Dlatego wie, że jego decyzja o inwazji musi być przemyślana w najdrobniejszym aspekcie. Odpowiada za kilkaset tysięcy piechurów, marynarzy, lotników i wie, że historia nie wybaczy mu porażki.

Takich rozterek nie ma oczywiście generał (a wkrótce marszałek) Bernard Montgomery (Damian Lewis pamiętny z „Kompanii Braci” i „Homeland”), największy bufon wśród nie tylko brytyjskich, ale wszystkich alianckich dowódców. „Monty” rwie się do walki i częściowo ma rację (nie można odwlekać inwazji), ale z ludzkiego punktu widzenia go nie ma, bo życie żołnierzy nie znaczy dla niego nic, gdy pojawia się szansę na chwałę. Dowiódł tego już wkrótce jako pomysłodawca Operacji Market Garden, gdy w pogoni za sławą zorganizował kompletnie nieudany desant spadochronowy pod Arnhem, który skończył się gigantycznymi stratami.

Szczęście aliantów polegało na tym, że Stagg wykrył nagle pewne anomalie pogodowe — śledzenie zmian frontów atmosferycznych w „Niebie nad Normandią” jest ciekawsze, niż wiele filmów szpiegowskich — i pojął, że otwiera się krótkie okienko dobrej pogody pomiędzy nawałnicami. Niemcy zaś owego okienka nie zauważyli, a przede wszystkim nie mieli wśród swoich meteorologów takiego bystrego umysłu jak Stagg.

6 czerwca z baz w Anglii ku wybrzeżom Normandii ruszyła największa inwazyjna armada w dziejach. Zaskoczenie było kompletne. Mimo dużych strat w trakcie samego lądowania przyczółki na plażach zostały szybko zdobyte. Niemieckie odwody z głębi lądu nie ruszyły, by zepchnąć intruzów do morza. Rommel był u żony w Berlinie i nie mógł dowodzić obroną. A Hitler po wzięciu proszków nasennych spał jak kamień i nikt nie miał odwagi obudzić go i powiedzieć, że Amerykanie i Brytyjczycy są już na francuskiej ziemi.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version