Czy „Wichrowe Wzgórza” to rzeczywiście love story wszech czasów, dlaczego nie należy przesadzać ze ślimakami na szybach i stylem bawarskiej dojarki, i czy najnowsza ekranizacja to film na randkę? O tym w premierowym odcinku podcastu „Historia kobiet”.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękuję, że nas czytasz
Foto: Newsweek
— „Wichrowe Wzgórza” to nie jest romans. To jest historia o złych, zranionych, toksycznych, okrutnych, manipulanckich, samolubnych ludziach, którzy nie są w stanie nawiązać zdrowych relacji emocjonalnych. Emily Bronte skupia się na portretach psychologicznych ludzi, którzy są nie do uratowania — przekonuje Alicja Urbanik-Kopeć, historyczka XIX wieku i gościni podcastu „Historia kobiet”.
„Wichrowe Wzgórza” to, owszem, historia toksycznej miłości, ale nawet bardziej opowieść o zemście, nienawiści, władzy, klasie, rasie i przemocy domowej. Z elementami kazirodztwa i nekrofilii. To zresztą zauważyli już wiktoriańscy krytycy, którzy po premierze powieści uznali, że jest mroczna, brutalna, wręcz pogańska, wszyscy bohaterowie są antypatyczni, no i w ogóle nie ma morału, więc lekturę zdecydowanie odradzali. Te same cechy zresztą sprawiły, że debiut Emily Bronte, córki pastora, która większość życia spędziła na plebanii i nic nie wiadomo o żadnej jej relacji romantycznej, fascynuje kolejne pokolenia czytelniczek. I filmowców.





