Wizyta szefa CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie wywołała falę spekulacji na temat możliwej eskalacji wojny przez Kreml. Jak dalece możliwy to scenariusz i czy NATO jest już gotowe na taką ewentualność? Na pewno Rosja może sprawdzać trwałość Sojuszu Północnoatlantyckiego i skuteczność jego działania na wiele sposobów.

Dlaczego to ważne?

  • Pełnoskalowa wojna Rosji z Ukrainą trwa już piąty rok, a z roku na rok Moskwa radzi sobie coraz gorzej. Władimir Putin w zasadzie stanął pod ścianą, a przyznanie się do porażki nie wchodzi w grę. Dlatego najbardziej prawdopodobne jest ogłoszenie mobilizacji i ucieczka do przodu. I coraz częściej pojawia się pytanie, co Moskwa planuje dalej.
  • Zwłaszcza że zanim szef CIA John Ratcliffe udał się do Moskwy, najpierw odwiedził Rygę. W analogicznej sytuacji przed rozmową z Putinem w listopadzie 2021 r. poprzednik Ratcliffe’a William Burns zatrzymał się w Kijowie. A będąc już w Moskwie, miał ostrzec rosyjskiego prezydenta przed atakiem na Ukrainę.

Ta sekwencja odwiedzin nie oznacza automatycznie rosyjskiego ataku na państwo Sojuszu Północnoatlantyckiego. Znacznie bardziej prawdopodobny jest ciąg działań, w którym Rosja będzie stopniowo podnosić stawkę, sprawdzając, jak daleko może się posunąć bez wywołania wspólnej odpowiedzi NATO. I w zasadzie to jest znacznie bardziej niebezpieczne, bo może dać efekt gotowanej żaby.

To zresztą nie jest scenariusz, który NATO dopiero zaczyna analizować. Sojusz oficjalnie określa Rosję jako najpoważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państw członkowskich, a taki sposób eskalacji konfliktu jest omawiany od samego początku.

Wśród rosyjskich działań wymienia: naruszenia przestrzeni powietrznej, sabotaż infrastruktury krytycznej, cyberataki, wojnę propagandową i ingerencję w procesy polityczne, zakłócanie elektroniki oraz prowokacje na granicach. Wszystkich z tych działań państwa wschodniej flanki doświadczyły już wielokrotnie.

Pierwszy etap eskalacji może więc odbywać się bez użycia wojsk przeciwko NATO. Rosja może zintensyfikować działania przeciwko infrastrukturze telekomunikacyjnej i energetycznej na Bałtyku albo zakłócać łączność satelitarną, czego ofiarą stał się ostatnio niszczyciel min ORP „Albatros”, prowadzić cyberataki na administrację i przedsiębiorstwa czy sabotaż przeciwko obiektom infrastruktury krytycznej.

Bałtyk jest tutaj szczególnie ważny. Po kolejnych przypadkach uszkodzeń infrastruktury podmorskiej NATO uruchomiło Baltic Sentry — zwiększyło obecność zespołów nawodnych i zintensyfikowało rozpoznanie.

Teraz państwa leżące nad Bałtykiem przygotowują także wspólną grupę zajmującą się zwalczaniem dronów. Ma ona umożliwić szybszą wymianę informacji pomiędzy ośmioma państwami NATO tego regionu. Niemiecki minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt ostrzegał przy tym, że zagrożenie hybrydowe może się w najbliższych miesiącach znacznie zwiększyć.

Zwłaszcza że w ostatnich miesiącach Rosja znacznie zwiększyła swoją obecność i regularnie sprawdza czas reakcji NATO, możliwości wykrywania celów oraz procedur podejmowania decyzji o użyciu sił. Nie każdy taki przypadek musi oznaczać świadomą próbę rozpoczęcia konfliktu. Problem polega na tym, że przy dużej liczbie tego rodzaju zdarzeń rośnie ryzyko błędu, a w przypadku dużego napięcia o nieszczęście nietrudno.

Dobrym przykładem jest wydarzenie z 30 lipca. Podczas rosyjskiego ataku na Ukrainę pocisk manewrujący Ch-101 wleciał w polską przestrzeń powietrzną i spadł w pobliżu Tarnawy-Kolonii. Polska poderwała lotnictwo, a o sytuacji informowani byli sojusznicy. Pocisk nie spowodował ofiar ani zniszczeń, a polskie władze nie uznały zdarzenia za celowy atak na Polskę. Choć wiele wskazuje, że mogło to być działanie celowe i mające sprawdzić czas reakcji systemu obrony przeciwlotniczej.

Jeszcze większym problemem są bezzałogowce, w tym lekkie drony FPV. Ich masowe użycie w Ukrainie dość mocno zmieniło sposób prowadzenia działań powietrznych. Rosja może produkować i wykorzystywać duże liczby stosunkowo tanich bezzałogowców, podczas gdy państwa NATO nie są przygotowane do walki ani z masowym atakiem bezzałogowców, ani z ochroną infrastruktury krytycznej przez dronami FPV.

Doskonale pokazał to incydent na lotnisku w Lipsku, gdzie w powietrzu doszło do zderzenia drona z podchodzącym do lądowania transportowym Boeingiem 757 DHL. Drugi uderzył w ukraińskiego Antonowa An-124. Jedno z największych lotnisk w Europie w zasadzie w ogóle nie było przygotowane na wdarcie się uzbrojonych bezzałogowców w jego przestrzeń powietrzną.

Dlatego NATO rozwija obecnie warstwowe systemy zwalczania bezzałogowców, łączące radary małego zasięgu, środki obserwacji optoelektronicznej, systemy dowodzenia oraz różne sposoby niszczenia dronów — od kinetycznych po radiowo-elektronicze. Problem w tym, że czasu jest mało, a w powietrzu dzieje się dużo.

W sierpniu wojska sojuszu przeprowadziło na Łotwie ćwiczenia Baltic Trust 26, podczas których testowano współdziałanie systemów antydronowych i ich integrację z systemami dowodzenia. NATO rozwija także Layered Counter-UAS Initiative, której celem jest stworzenie sieci współpracujących ze sobą zdolności przeciwko bezzałogowcom na wschodniej flance. Do tego jednak dość daleka droga.

Bez wchodzenia w konflikt zbrojny Rosja może próbować stworzyć sytuację, w której państwa NATO będą miały problem z ustaleniem, kto faktycznie dokonał ataku. Szczególnie niebezpieczna byłaby operacja pod fałszywą flagą. Zwłaszcza połączona z akcją propagandową w internecie. Już takie operacje przeżyliśmy podczas fali podpaleń w Polsce, o które zostali oskarżeni Ukraińcy.

W ostatnich miesiącach Polska i państwa bałtyckie zwiększyły ochronę infrastruktury między innymi dlatego, że pojawiły się ostrzeżenia dotyczące możliwości wykorzystania przez Rosję drona oznaczonego jako ukraiński. Taki atak przede wszystkim miałby wywołać polityczny chaos i sprawdzić, czy państwa NATO potrafią szybko uzgodnić wspólne stanowisko. A w związku z funkcjonowaniem wielu prorosyjskich partii i polityków może to być rzeczywiście dobry test dla jedności Sojuszu Północnoatlantyckiego.

I tutaj zaczyna się najważniejszy problem. Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego nie jest automatycznym przyciskiem uruchamiającym pomoc sojuszników. Każdy przypadek wymaga oceny politycznej i wojskowej. Rosja może więc próbować doprowadzić do sytuacji, w której państwa NATO będą długo dyskutowały o tym, czy dane wydarzenie było przypadkiem, sabotażem, prowokacją czy już atakiem zbrojnym.

Dlatego najbardziej niebezpieczny scenariusz nie musi polegać na rosyjskiej armii przekraczającej granicę Polski, Estoni czy Litwy. Może zacząć się od serii pozornie niezwiązanych ze sobą wydarzeń. Najpierw cyberatak, potem uszkodzenie kabla, następnie drony nad infrastrukturą, zakłócenia GPS, incydent lotniczy i wreszcie ograniczone użycie siły. Każde z tych wydarzeń z osobna może być niewystarczające do rozpoczęcia wojny. Razem mogą jednak stworzyć sytuację, w której ryzyko przypadkowej eskalacji gwałtownie rośnie.

Wizyta szefa CIA Johna Ratcliffe’a w Rydze i jej analogie do wizyty Williama Burnsa w Kijowie tuż przed rozpoczęciem pełnoskalowej spowodowały, że pojawiło się głosy o możliwości przeprowadzenia przez Rosję ograniczonej operacji wojskowej. Kreml mógłby próbować przeprowadzić krótkie i ograniczone terytorialnie działanie przeciwko państwu NATO, w ramach „ochrony ludności rosyjskojęzycznej”, jak to miało miejsce na Ukrainie.

Nie musi chodzić o wielką ofensywę. Może to być atak na pojedynczy obiekt, ostrzał infrastruktury albo niewielka operacja mająca postawić sojuszników przed faktem dokonanym. Jedno z takich miejsc, w które mogłaby uderzyć, to estońska Narwa z bardzo dużą mniejszością rosyjską. Prowokacje w tym nadgranicznym mieście już się zdarzały, a kremlowska propaganda co chwilę powtarza, że Narwa jest rosyjskim miastem i powinna do Rosji wrócić.

Kreml może mieć jednak obawy, że operacja z wykorzystaniem zielonych ludzików przeciwko państwu NATO może się przerodzić w pełnoskalową wojnę. W tym przypadku Rosja znalazłaby się jednak w zupełnie innej sytuacji niż w przypadku inwazji na Ukrainę. NATO ma znacznie większy potencjał lotniczy, morski i rozpoznawczy, a państwa europejskie zwiększają produkcję uzbrojenia i amunicji. Sojusz rozwija również plany obronne zakładające prowadzenie działań jednocześnie w domenie lądowej, powietrznej, morskiej, kosmicznej i cybernetycznej.

Nie oznacza to jednak, że taka wojna byłaby łatwa. Rosja mogłaby próbować rozpocząć ją od uderzenia na lotniska, centra dowodzenia, magazyny amunicji, węzły kolejowe i systemy energetyczne. Dlatego jednym z najważniejszych elementów przygotowań jest możliwość rozproszenia sił, odtworzenia zniszczonych zdolności i utrzymania dowodzenia po pierwszym uderzeniu. To prowadzi do najważniejszego wniosku.

NATO nie przygotowuje się wyłącznie do rosyjskiego ataku na terytorium któregoś z państw członkowskich. Przygotowuje się do całego procesu eskalacji. Od cyberataku i sabotażu, przez działania przeciwko infrastrukturze, drony i naruszenia przestrzeni powietrznej, aż po ograniczoną operację wojskową i ewentualną wojnę konwencjonalną.

Dla Polski oznacza to, że niebezpieczeństwo nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy rosyjski żołnierz pojawi się na granicy. W zasadzie bezpieczeństwo zaczyna się od walki z internetowymi trollami, które sieją zamęt i powoli podgrzewają wodę, w której się znajdujemy. Jeżeli przeciwnik może wcześniej wywołać chaos informacyjny, to wszystkie te działania są częścią przygotowania do konfliktu.

Dlatego obecna rozbudowa sił NATO na wschodniej flance, rozwój systemów antydronowych, ochrona infrastruktury i zwiększanie zdolności rozpoznawczych nie są reakcją na jeden konkretny scenariusz eskalacji konfliktu przez Rosję. Mają sprawić, aby Moskwa dwa razy pomyślała, czy opłaca się jej choćby niewielkie podnoszenie temperatury. Na Kremlu zrozumiałym argumentem jest siła i trzeba mu pokazać, że eskalacja nie będzie tania, szybka i politycznie bezpieczna.

Najważniejszym elementem odstraszania pozostaje więc nie deklaracja, że NATO odpowie, lecz zdolność do odpowiedzi. Rosja może sprawdzać sojusz na wiele sposobów. Im więcej z tych prób NATO będzie w stanie wykryć, odeprzeć i odpowiednio szybko skoordynować, tym mniejsze będzie ryzyko, że Moskwa uzna eskalację za opłacalną. Dlatego nie można dopuścić do tego, żebyśmy powoli się gotowali w kremlowskiej zupie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version