Plotki o tym, że Mitch McConnell, 84-letni republikański senator z Kentucky, znajduje się „w stanie śmierci mózgu”, rozchodzą się szybko. Na tyle szybko, że jego najbliżsi współpracownicy muszą zapewniać, że mieli z nim kontakt. To z kolei wywołało w USA dyskusję, czy i w jakim stopniu wyborcy powinni znać stan zdrowia polityków. A tym samym wiedzieć, czy są oni w stanie wypełniać swój mandat.
Służby ratunkowe pojechały do domu Mitcha McConnella 14 czerwca po zgłoszeniu o nieprzytomnej osobie. Informacja o tym nie od razu przedostała się do publicznej wiadomości, a zespół senatora nie wyjaśnił, dlaczego był on hospitalizowany. Później przywódcy republikanów w Senacie poinformowali, że rozmawiali telefoniczne z McConnellem, gdy ten przebywał w szpitalu. Biuro polityka podało, że były lider większości w Senacie dochodzi do siebie i pracuje ze swoim zespołem.
Społeczeństwo nie musi przeglądać szczegółowej dokumentacji medycznej. Potrzebuje jednak czegoś znacznie więcej niż pośrednie zapewnienia przekazywane przez politycznych sojuszników i współpracowników. Potrzebuje pewności, że wybrany przez nich przedstawiciel jest wciąż zdolny do pełnienia powierzonej mu funkcji.
To zresztą sytuacja wyjątkowo niezręczna — bo z jednej strony politycy traktują własną zdolność do sprawowania funkcji jako sprawę nienegocjowalną, o której rozmawiać mogą co najwyżej ze współpracownikami i partyjnymi liderami, a nie ze społeczeństwem. Z drugiej zaś strony politycy rozważają zaostrzenie przepisów wobec zwykłych obywateli, a Donald Trump naciska na to, by przy głosowaniu wyborcy musieli udowodnić swoje obywatelstwo.
Obywatel politykowi nierówny
Trump wzywa Kongres do natychmiastowego uchwalenia ustawy SAVE America Act, przedstawiając ją jako konieczność ochrony wyborów przed nielegalnym głosowaniem i grożąc, że w przypadku jej nieuchwalenia nie podpisze innych ustaw. Przywódcy Partii Republikańskiej w Senacie przyznają jednak, że nie mają wystarczającej liczby głosów.
Przyjęta przez Izbę Reprezentantów 11 lutego stosunkiem głosów 218:213 wersja ustawy S. 1383 wymagałaby przedstawienia dokumentów potwierdzających obywatelstwo USA przy rejestracji wyborców oraz ważnego, fizycznego dokumentu ze zdjęciem przy oddawaniu głosu osobiście. Wyborcy głosujący korespondencyjnie musieliby dołączyć kopię dokumentu tożsamości ze zdjęciem lub podać cztery ostatnie cyfry numeru Social Security wraz z oświadczeniem pod przysięgą.
Według sondażu Harvard CAPS/Harris z lutego 71 proc. zarejestrowanych wyborców popiera ustawę SAVE America Act w przedstawionej formie. Stowarzyszenie National Conference of State Legislatures twierdzi, że projekt wpisuje się w dość popularne w społeczeństwie przekonanie, że tylko obywatele USA mają prawo głosować.
Obecne prawo federalne wymaga już od rejestrujących się wyborców potwierdzenia obywatelstwa pod groźbą odpowiedzialności karnej za fałszywe oświadczenie, a badania Brennan Center pokazują, że przypadki podejrzanego głosowania osób niebędących obywatelami są praktycznie niespotykane.
Ustawa SAVE America Act przenosiłaby ciężar z deklaracji na obowiązek przedłożenia dokumentów — i tu właśnie pojawia się asymetria między wyborcami a ich przedstawicielami. Jeśli polityka uznaje udowodnienie tożsamości za demokratyczny obowiązek, przekonanie to nie może dotyczyć tylko obywateli w lokalach wyborczych.
To prawda, że rejestracja wyborcy potwierdza uprawnienia na podstawie ściśle określonych kryteriów, a osoby pełniące urząd podlegają już ocenie wyborczej, możliwości odwołania i naciskom partyjnym. Jednak rozwiązania te są nieprecyzyjne i całkowicie uznaniowe, a jak pokazał ostatni miesiąc, łatwo je także zbyć. Obywatel, który musi okazać paszport, akt urodzenia, dokument naturalizacyjny lub odpowiedni dowód tożsamości, by korzystać z prawa publicznego, ma pełne prawo oczekiwać, że wybrani urzędnicy zapewnią równie wiarygodną podstawę do dalszego korzystania z władzy.
Mitch McConnell i zasada „zaufaj mi”
Zaniepokojeni tą sprawą Amerykanie nie będą zwracać uwagi na to, kogo dotyczy diagnoza. Potrzebny jest jeden, ponadpartyjny standard dla wszystkich. Republikanie Jogn Thune, John Barrasso i Scott Jennings relacjonowali szczegółowe rozmowy z McConnellem, bo w internecie zaczęły pojawiać się spekulacje dotyczące jego zdrowia. Rzeczniczka McConnella przekazała, że senator wraca do zdrowia. Dodała, że McConnell stale pracuje ze swoim zespołem zarówno w sprawach Kentucky, jak i Senatu. Te oświadczenia mogą być w pełni prawdziwe, jednak wciąż są niewłaściwym sposobem przekazywania tego rodzaju informacji. Tak naprawdę nie jest to nawet żaden system. Ustne zapewnienia oparte na zaufaniu są zdecydowanie zbyt nieformalne, a żądanie przejrzystości nie dotyczy wyłącznie krytyków senatora.
„Potrzebujemy prawdy o Mitchu McConnellu TERAZ” — napisał konserwatywny komentator Glenn Beck, podkreślając, że partia, która przez cztery lata drobiazgowo analizowała zdrowie demokratycznego prezydenta Joego Bidena, nie może wiarygodnie milczeć w sprawie jednego z własnych przedstawicieli. „Jaka jest różnica między tym a tym, co robią przywódcy Iranu z nowym ajatollahem?” — dodał Beck. — „Czy McConnell jest w stanie śmierci mózgowej? Czy może prowadzi rozmowy o Grahamie Platnerze i Iranie? MAMY PRAWO to wiedzieć. To miejsce nie jest własnością McConnella. Należy do mieszkańców Kentucky.”
Beck podkreśla, że stawka jest wysoka. McConnell przewodniczy podkomisji odpowiedzialnej za finansowanie Pentagonu, która ma stosunek głosów 15—14, co oznacza, że brak jednego republikanina pozwala mniejszości zablokować projekty ustaw już na etapie komisji.
Zgodnie z prawem stanu Kentucky wolny mandat przed 3 sierpnia oznaczałby szybkie, przedterminowe wybory. Opóźnienie tego procederu spowodowałoby przełożenie decyzji na czas listopadowego głosowania, podczas którego będą ważyć się losy drugiej części prezydentury Donalda Trumpa. Zdolność do pełnienia urzędu nie jest więc sprawą prywatną.
Konstytucja już przewiduje mechanizm na wypadek niezdolności prezydenta. Na mocy 25. poprawki prezydent może dobrowolnie przekazać władzę, składając stosowne oświadczenie na piśmie. Wiceprezydent wraz z większością gabinetu może także uznać, że prezydent nie jest w stanie sprawować swoich obowiązków. Jak wynika z analizy „Stanford Law Review”, Kongres nie ma podobnego procesu wobec senatora czy kongresmena poważnie niezdolnego do pracy. Artykuł I konstytucji daje każdej izbie prawo do ustalania własnych zasad, określania kworum, dyscypliny i usuwania członków. Żaden z tych zapisów nie wprowadza rutynowej procedury weryfikacji zdolności do pracy parlamentarzysty sprawującego urząd podczas kryzysu zdrowotnego. Efektem jest obowiązująca, luźna zasada brzmiąca „zaufaj mi”.
Asystenci mogą zapewniać, że senator pracuje, a koledzy mówić, że rozmowy z nim były rzeczowe. Plotkarze zapełniają próżnię groteskowymi domysłami. Tymczasem opinii publicznej pozostaje wybór: nieprzejrzystość instytucji lub spekulacje w internecie. Formalny proces oceny zdolności zmniejszyłby tę przestrzeń. Nie trzeba by ujawniać diagnoz, list leków czy upokarzających szczegółów. Wystarczyłoby udzielić wyborcom jednej, kluczowej informacji — czy wybrany przedstawiciel jest w stanie wykonywać obowiązki powierzone mu przez wyborców?
Tajemnica — nawyk osób piastujących ważne urzędy
Łatwym rozwiązaniem wydaje się wprowadzenie maksymalnego wieku dla sprawowania urzędu, zważywszy na oczywiste powiązania między podeszłym wiekiem a spadkiem sprawności fizycznej i poznawczej. Jednak to rozwiązanie ma swoje wady.
Konstytucja przewiduje minimalny wiek: 25 lat dla członków Izby Reprezentantów, 30 lat dla senatorów i 35 lat dla prezydentów. Nie istnieje jednak górna granica. To rozwiązanie pozostawia wyborcom możliwość indywidualnej oceny każdego kandydata zamiast traktowania daty urodzin jako wyznacznika zdolności do sprawowania urzędu. W końcu jeden 80-latek może być bystry, sprawny fizycznie i dobrze poinformowany, a inny może mieć trudności z wykonywaniem swojej pracy. Wprowadzanie górnej granicy wieku ukarałoby osoby w pełni sprawne tylko po to, by zapobiec przypadkom niezdolności.
Takie rozwiązanie dałoby zresztą Kongresowi wygodną wymówkę zamiast zmierzenia się z trudną prawdą dotyczącą kondycji zdrowotnej konkretnego parlamentarzysty. Ostatnie wydarzenia sprawiają jednak, że ucieczka przed odpowiedzialnością nie jest możliwa.
- Joe Biden wycofał się z wyborów prezydenckich w 2024 r. po czerwcowej debacie, która potwierdziła poważne wątpliwości co do jego kondycji i spotęgowała naciski ze strony demokratów na to, by ustąpił.
- Ostatni rok życia zmarłej senator Dianne Feinstein z Kalifornii upłynął pod znakiem miesięcznej nieobecności z powodu półpaśca, powrotu na wózku inwalidzkim oraz rozwinięcia się zapalenia mózgu i zespołu Ramsaya Hunta jako powikłań choroby.
- Donald Trump, który sam mierzy się z ciągłą kontrolą stanu zdrowia — od sprawności umysłowej po siniaki na dłoniach — opublikował w maju notatkę lekarską, w której opisano go jako człowieka w świetnej formie.
Tajemnica nie jest domeną republikanów ani demokratów. To nawyk osób piastujących urzędy. Nawyk, którego wyborcy chcieliby się pozbyć.
Władza a prywatność
Ochrona zdrowia to nie uprzejmość, ale ludzka norma, której wszyscy powinniśmy oczekiwać. Publiczny standard zdolności do sprawowania urzędu mógłby stać się partyjną bronią, zwłaszcza w czasach, gdy zmontowane nagrania, spekulacje i brak wiedzy medycznej rozchodzą się szybciej niż oficjalna dokumentacja.
Kongres nie powinien zamieniać choroby w widowisko. Argument ten zawęża jednak zakres koniecznych zmian, a nie obala potrzeby ich wprowadzenia. Społeczeństwo nie musi wiedzieć, czy senator miał atak padaczki, incydent kardiologiczny, infekcję czy powikłania po przyjęciu leków. Potrzebuje natomiast odpowiedzialnego oświadczenia, że dany urzędnik może wykonywać podstawowe obowiązki. Oświadczenia pochodzącego z jasno określonego, niezależnego procesu, a nie partyjnego kręgu.
Esej z wydania „Stanford Law Review” wskazuje, że temat niezdolności członków Kongresu doczekał się niewielkiego zainteresowania prawnego, mimo poważnych skutków dla demokracji. Autorzy proponują wprowadzenie do konstytucji zmiany, która będzie częściowo wzorowana na 25. poprawce.
Projekt ten przewiduje tymczasowe przekazanie obowiązków w razie krótkotrwałej niezdolności oraz przymusową procedurę, sterowaną głównie przez legislatury stanowe, w przypadkach długotrwałych. Może jest to zbyt rozbudowana propozycja, ale sama zasada jest słuszna. Kongres powinien wprowadzić publiczny mechanizm uruchamiany w razie poważnej, przedłużającej się nieobecności medycznej. Powinien wymagać zaświadczenia o zdolności do pracy od niezależnego panelu lekarskiego lub lekarza prowadzącego, zgodnie z jednolitymi zasadami.
Następnie powinien utworzyć ścieżkę — zapewne w drodze poprawki konstytucyjnej — do tymczasowej reprezentacji, gdy członek nie może pełnić funkcji i nie zamierza z niej zrezygnować. W przypadku prezydenta Kongres ma prawo do powołania organu do oceny zdolności do urzędowania. Dlaczego nie miałby stworzyć podobnego rozwiązania dla własnych izb?
To nie jest działanie przeciwko osobom starszym czy chorym. To postulat demokratycznej przejrzystości. Demokracja, która wymaga od obywateli dowodu obywatelstwa, powinna móc żądać twardych dowodów zdolności od tych, którzy dowodzą armią, zatwierdzają sędziów, uchwalają budżety czy decydują o wyborczej reprezentacji.
SAVE America Act nakazuje wyborcom uznawać dowód za cenę zaufania do systemu. Ale ta zasada działa w obie strony. Następnym razem gdy Waszyngton poprosi o okazanie aktu urodzenia przy rejestracji, wyborcy powinni domagać się równie podstawowego potwierdzenia ze strony Kongresu i Białego Domu. Tak jak dowód obywatelstwa może decydować o prawie do głosowania, tak dowód zdolności powinien decydować o prawie do sprawowania władzy.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

