– Pytają, czy ukradłem pieniądze z parafialnego sejfu, skoro robią to bohaterowie mojego filmu. Mnie się to nie przytrafiło, ale gdybym miał dziś 14 lat i znalazł się w takich okolicznościach, zrobiłbym to – rozmowa z Piotrem Domalewskim, reżyserem filmu „Ministranci”, zdobywcą Złotych Lwów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Piotr Domalewski: – Był rok 1989, miałem sześć lat, a przestałem być ministrantem, gdy osiągnąłem pełnoletniość. Mama mnie zaprowadziła do proboszcza, ale nie stawiałem oporu. Religii nie było jeszcze w szkołach, katechezy odbywały się w salce na zakrystii i kiedy my wychodziliśmy z katechezy, to mijaliśmy wchodzących tam ministrantów.

— Mieli dostęp do rzeczywistości, do której ja nie miałem dostępu. To było bardzo pociągające. W tamtych czasach chłopak stawał przed alternatywą: mógł zostać harcerzem albo ministrantem. Większość szła do harcerstwa, reszta zostawała ministrantami, a najtwardsi szli do harcerstwa i zostawali ministrantami jednocześnie.

— Ja to lubiłem. Zostałem wychowany w tradycji katolickiej. Do kościoła nie szło się, by być częścią struktury, ale żeby przeżyć coś wyjątkowego. Poznałem ten świat od zakrystii — i to dosłownie — lecz nie doświadczyłem niczego mistycznego. Lubiłem za to czytać fragmenty Biblii w trakcie mszy i szybko zostałem lektorem. Nie dlatego, że czułem się uwznioślony, ale uważałem, że zrobię to szybko i sprawnie.

— Każdy, komu mówiłem, że kręcę film o ministrantach, oczekiwał, że pokażę patologię. Gdy oświadczałem, że nie będzie przemocy seksualnej, okazywano rozczarowanie. Miałem świadomość, że takie będą oczekiwania: pokaż pedofilię w Kościele! A oczekiwania publiczności często są ważniejsze od samego filmu. Mam wrażenie, że obecnie dyskurs na każdy temat został sprowadzony wyłącznie do ekstremów. I tych ekstremów się szuka, nie ma nic pomiędzy.

— Moje dwa ulubione filmy to „Manchester by the Sea” Kennetha Lonnergana oraz „Debiutanci” w reżyserii Marka Millsa, z Ewanem McGregorem i Christopherem Plummerem. Dojmująco smutne, ale dające nadzieję. Mimo potworności, które ich spotkały, w finale bohaterowie wybierają życie, idą dalej.

Nie mówię, że nie lubię ekstremalnych historii w kinie. Ale ekstrema według mnie są łatwe do nakręcenia. Radykalna przemoc w kinie jest prosta do pokazania, a mnie bardziej niż czyny interesują ludzkie motywacje.

Jedną z najważniejszych książek w moim życiu jest „Obcy” Camusa, gdzie bohater zabija człowieka na plaży bez wyraźnego powodu. I samo morderstwo nie jest kluczowe, ale to, co bohatera do tego doprowadziło.

Ostatnio nawet w Polsce pojawiła się fala zbrodni, gdzie mordercy nie uciekają, tylko dają się aresztować w blasku fleszy, chcą się pokazać światu, dokonać czynu irracjonalnego, bo skierowanego również przeciwko sobie. Może to potrzeba atencji, bycia zauważonym w świecie, gdzie każdy chce być widoczny? I dlatego dopuszcza się zbrodni? To mnie przeraża, ale też zastanawia.

— Tak, jestem wierzący. Czy chodzę do kościoła, to inna sprawa, ale uważam się za osobę wierzącą. A krzyżyk mam od przyjaciół z Ukrainy i jak się przyjrzysz, to zobaczysz, że to krzyż prawosławny, a nie katolicki. Jest dla mnie ważny, bo kojarzy mi się z konkretnymi ludźmi, a nie tylko z jakąś deklaracją przynależności.

— Został gwiazdą, ludzie słuchają go z namaszczeniem. Nastoletni ministranci też chcieliby zostać kimś. Przecież ich życie nie ogranicza się do posługi w kościele. Nagrywają hiphopowe kawałki, bo każdy chce grać hip-hop.

— Fabuła jest skomponowana na kontrastach. Kilka dni temu robiliśmy przedpremierowy pokaz „Ministrantów”. Po filmie podszedł do mnie ksiądz i powiedział, że cieszy się, bo nikt wcześniej nie pokazywał szeregowego proboszcza, który jest tylko pionkiem w strukturze i ma związane ręce. Struktura sprowadzi go do parteru, jeśli on się wychyli i wyjdzie poza urzędniczą rutynę.

— Nie widzą w tym nic złego, bo to pokolenie, które wciąż i wszędzie nagrywa, nawet spod ławki w czasie lekcji. Spotykam się często z opiniami, że nigdzie ministranci nie robią rzeczy tak ekstremalnych. Ale mój film to przecież nie jest dokument z życia parafii. Mamy szerszy problem z odbiorem świata, bo często nie widzimy różnicy między rzeczywistością a fikcją. Sporo osób pytało, czy ukradłem pieniądze z parafialnego sejfu, skoro to robią moi bohaterowie. Mnie się to nie przytrafiło, ale wyobrażam sobie, że gdybym miał dziś 14 lat i znalazł się w takich okolicznościach, to zrobiłbym to, co moi bohaterowie.

— Ta opowieść nie jest o czynieniu dobra. Raczej o wyrównywaniu rachunków z rzeczywistością, o dążeniu do sprawiedliwości. Dobro i sprawiedliwość nie muszą być jednoznaczne. I nie jest to walka dobra ze złem, ale sprawiedliwości z niesprawiedliwością.

— W jednej z początkowych scen ksiądz daje ministrantom wykładnię tego, co jest dobre, a co złe. Jest wzięta wprost z ilustrowanej Biblii dla dzieci, z jakiej sam się uczyłem na katechezie. Świadomość dzieciaków tworzona jest przecież przez komiksową wersję Biblii, a nie dogłębne studiowanie ewangelii.

— Znam ją dobrze, łącznie ze Starym Testamentem, choć tam są księgi, których obecnie naprawdę nie da się czytać, jak Księga Liczb czy Księga Powtórzonego Prawa — mają tak patriarchalną wykładnię, że trudno to studiować nawet z naszym polskim „przymrużeniem oka”. Ale to, co mi zostało z lektury Biblii, to, że wszystko tam odbywa się w skrajnościach: „Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni, i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust!” — mówi Biblia i my się na tej idei skrajności wychowaliśmy.

— Matka Filipa nie umie w sobie znaleźć miłości do syna, nawet jeśli próbuje. Lubię tę postać. Na początku chciałem nakręcić adaptację Nowego Testamentu: bardzo młoda matka ma syna, który uważa, że jest w specjalnej relacji z Bogiem. Jej syn odkrywa u siebie nadprzyrodzone moce, umie chodzić po wodzie i żeby uzdrowić moralnie ludzkość, sam składa się w ofierze.

— Matka Boska zawsze mnie fascynowała. Odnoszę wrażenie, że ona bała się Jezusa i go nie rozumiała. I między matką Filipa a jej synem nie ma żadnej płaszczyzny porozumienia.

— Zgoda. I nie jest w stanie wyrwać się z tej sytuacji. Często nam się wydaje, że wszystko jest w naszych rękach, można wyjechać, zacząć nowe życie. Ale ona przekroczyła punkt krytyczny i już tylko wegetuje. To, że Filip i jego matka odrzucają pomoc, jest silnym wyparciem sytuacji, w jakiej się znaleźli. Jeśli przyznasz, że potrzebujesz pomocy, to przyznasz się do słabości. Jeśli odrzucisz pomoc, to sam przed sobą udajesz, że wszystko jest w porządku.

— Mamy naturalną umiejętność nieprzyznawania się do tego, co jest pod powierzchnią. Wystarczy nam fasada, dzięki której sami czujemy się lepiej. Nie widzimy, nie słyszymy, a więc nie mówimy głośno o tym, co się dzieje w naszej rodzinie czy społeczności. I próby przebicia tego muru hipokryzji i strachu są bardzo trudne. Mój bohater ponosi klęskę w swoim idealistycznym projekcie naprawienia świata. Ale wygrywa coś bardzo ważnego: rozmowę z matką, pojednanie z nią, a nawet miłość.

— Zrobiłem film idealistyczny z pełną świadomością. Ale bałem się, że zostanie uznany za lamerski. Bo opowiada o takich sprawach jak wiara, nadzieja, dobro, sprawiedliwość. Ten film jest w dialogu z ludźmi, którzy mają to samo dziedzictwo kulturowe co ja, czyli katolickie. Jak ktoś zupełnie nie zna struktury Kościoła, to może nie odnaleźć się w „Ministrantach”.

— Bo to nie jest historia opozycji antykomunistycznej, Solidarności, stanu wojennego. To historia dwojga ludzi, którzy się kochali w bardzo trudnych czasach. Mnie interesuje to, że oni świadomie poświęcają swoją relację walce politycznej. Składają ofiarę ze swojej miłości.

— Jeśli humanizm jest religią, to tak. Humanizm nie oznacza, że ktoś jest słaby z matematyki, a dobry z polskiego, oznacza człowieczeństwo.

— Szukam u wszystkich. I zawsze szukałem w swoich filmach. Czy to była „Cicha noc” o rodzinie spędzającej wspólnie Wigilię, czy „Jak najdalej stąd” o dziewczynie, która jedzie do Irlandii po urnę swojego ojca.

— Najtrudniejsze było opowiedzieć historię tak, żeby widzowie zrozumieli, o co Kuroniom chodziło. Nie damy tablic na ekranie, tłumaczących, kim był Jacek Kuroń i czym był KOR. Chcę, żeby widzowie zrozumieli, że Kuroniom najbardziej zależało na wolności, o którą walczyli. Przecież młodzi, a nawet w średnim wieku ludzie nie kojarzą Kuronia.

Nasi politycy zadbali o to, żeby zdeprecjonować każdą wartość, która mogłaby okazać się wspólnotową i jednoczącą. I postarali się, żeby nie było już ani jednej postaci, która byłaby wzorem dla całego społeczeństwa. 4 czerwca powinien być świętem narodowym, a dla wielu Polaków jest symbolem zdrady narodowej. Nie istnieje już nic, co nie zostało przez polityków splugawione. I tego mi najbardziej żal.

— Jak najbardziej. I mam świadomość, że może część kombatantów Solidarności obrazi się po tym filmie, bo ich wizja Kuronia nie zgadza się z moją wizją. Albo pokłócą się między sobą.

— Nie. Bo moralista uważa, że wie, co jest dobre, a co złe. Nie ma żadnych wątpliwości ani rozterek.

— Absolutnie tak. Podpiszę się pod tym obiema rękami. Ten niepokój moralny wynika z tego, że musimy gonić wydarzenia, które nam uciekają, i przestajemy je rozumieć. To, co zrobiły internet i media społecznościowe, spowodowało, że wszystko, co istniało przed nimi, stało się przedpotopowe. To największy przewrót od czasów wynalezienia silnika parowego i rewolucji przemysłowej w XVIII w.

— Tak i to bardzo. Totalnie wsiąkłem w historię Jacka Kuronia dopiero w momencie, gdy przeczytałem, że przesiedział w więzieniach w sumie dziewięć lat. I pomyślałem: „To jedna czwarta mojego życia!”. Facet przegarował dziewięć lat życia nie za to, że kogoś zabił, albo że ukradł 300 milionów, ale za ideały. I wciąż myślałem: Co on czuł w tym więzieniu? Co czuła jego rodzina? Przecież ci ludzie ryzykowali życiem. W filmie będzie scena, gdy stawiają Kuronia pod ścianą i udają, że go rozstrzelają. Esbecy robią to dla zabawy, ale on przecież naprawdę mógł czuć, że zaraz umrze.

W „Człowieku z żelaza” Wajdy Bogusław Linda pokazuje dokumentalną scenę, gdzie esbecy strasznie biją robotnika. Ale im nie chodzi o samo pobicie, tylko o upokorzenie tego człowieka. I ja tę scenę odegrałem w swoim filmie o Kuroniach jeden do jednego. Bo upokorzenie ofiary jest ważniejsze dla oprawcy niż sama przemoc. Kuroniowie doświadczali tego upokorzenia przez większość życia.

— Zadałem sobie dokładnie to pytanie. I wiem, że nie byłbym na to gotów.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version