Kiedyś zakładano, że to oczywiste, iż dziecko będzie w kontakcie z rodzicem. Że więzi podtrzymywało się, bo „tak trzeba”. Dziś rodzice mają większą świadomość, że na relację trzeba sobie zapracować, bo to samo się nie wydarzy. O tym, na czym polega istota więzi — mówi psycholożka Agnieszka Stein.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Agnieszka Stein: Główna przyczyna trudności jest taka, że kiedy rodzice chcą zmiany w relacji z nastolatkiem, bardzo często oczekują jej przede wszystkim po jego stronie. Liczą na to, że on się zmieni, zacznie inaczej reagować, spełniać więcej oczekiwań, będzie łatwiejszy w kontakcie. Tymczasem zmiana relacji zaczyna się zwykle po stronie dorosłego.

W pracy z rodzicami nastolatków często widzę, że potrafią oni wymienić wiele dobrych elementów ich wspólnej relacji. Jednocześnie mówią, że kiedy dziecko było młodsze, było łatwiej, a dziś widzą rzeczy, które zrobiliby inaczej. Ten moment refleksji bywa bardzo ważny, bo pozwala się zatrzymać i spróbować spojrzeć na więź z perspektywy nastolatka, a nie tylko własnych oczekiwań i rozczarowań.

— Jeśli rodzice chcą bardziej jakościowej i świadomej więzi, to dobrą drogą jest zmiana własnego podejścia: uważniejsze słuchanie, większa gotowość do zrozumienia, ciekawość tego, co nastolatek przeżywa, i pokazywanie mu, że jest ważny. To jest baza do budowania relacji — nie poprzez presję i wymagania, ale poprzez obecność i gotowość do włożenia pracy. Więź bowiem powstaje zawsze. Jej natura jest taka, że tworzy się poprzez samo wspólne bycie i reagowanie na potrzeby dziecka. Może mieć różną jakość — być bardziej lub mniej bezpieczna, bardziej lub mniej wspierająca — ale istotą więzi jest relacja oparta na obecności, reagowaniu i byciu z drugim człowiekiem.

— To jest trudne, wręcz karkołomne, kiedy ktoś sam nie miał doświadczenia rozmów o emocjach czy potrzebach, a nagle ma się tego uczyć w relacji z własnym dzieckiem. Zwłaszcza gdy zaczyna się od relacji z nastolatkiem, może to być bardzo wymagające i momentami frustrujące. Dlatego sensowne jest myślenie o uczeniu się tych umiejętności w relacjach z innymi dorosłymi — z bliskimi osobami, takimi jak partner czy przyjaciel. To tam można ćwiczyć mówienie o emocjach, słuchanie i bycie w dialogu, bez presji, że wszystko musi się od razu udać.

— Z mojej praktyki wynika, że nastolatki bardzo potrzebują relacji, które są prawdziwe i otwarte. Nawet jeśli emocje są wyrażane nieporadnie, ich autentyczność ma dla młodych ludzi ogromne znaczenie. Często pod warstwą dystansu czy buntu kryje się silna potrzeba bliskości i bycia w relacji opartej na szczerości. Kluczowa jest więc nie perfekcja, ale gotowość i chęć budowania kontaktu.

— Tak i warto pamiętać, że autentyczne rozmawianie o emocjach przydaje się nie tylko w rozmowie z nastolatkiem. Przydaje się w związku, w przyjaźniach, czasami w pracy, więc to nie jest tak, że zestaw umiejętności komunikacyjnych z dzieckiem jest inny od tego w relacji z innymi ludźmi. Warto więc z tych umiejętności korzystać.

— Tak. Budowanie więzi wymaga także refleksji nad sobą. Wszyscy funkcjonujemy w kulturowym kontekście, w którym dzieci przez długi czas miały bardzo mało głosu. Ważnym elementem relacji rodzic — dziecko było posłuszeństwo. Dziecko nie miało prawa do wyrażania siebie ani do sprzeciwu wobec tego, w jaki sposób było traktowane przez dorosłych. Dziś widzę, że budowanie relacji wymaga świadomego zatrzymania się, odejścia od utrwalonych nawyków. To jest praca nad zmianą i przestawieniem się na nowy sposób bycia w relacji.

— Z każdej strony pojawiają się oczekiwania — kulturowe, rodzinne, międzypokoleniowe. Rodzicielstwo, godzenie ról jest i będzie trudne. Nawet z tego względu, że dziecko ma często obydwoje rodziców i już między nimi może być rozbieżność w tym, jak oni chcą podchodzić do niezależności nastolatka, do zmiany podejścia. Bywa, że jeden rodzic ma oczekiwania, drugi chce inaczej rozmawiać z dzieckiem, np. koncentrując się na jego wizji i potrzebach. Wynikają z tego pretensje.

Jeśli w tym wszystkim zgubimy samego nastolatka, jego doświadczenie i to, co on przeżywa, relacja zaczyna się rozmywać. Budowanie więzi nie polega więc na idealnym dopasowaniu się do jednej wizji wychowania, ale na powrocie do podstaw: obecności, autentyczności i gotowości do bycia w relacji.

— Są różne wizje tego, jaki nastolatek powinien być, często ze sobą sprzeczne.

— Im dziecko jest starsze, tym częściej warto zapraszać je do wspólnej rozmowy o tym, co można zrobić w danej sytuacji. Zamiast domyślać się, czego nastolatek potrzebuje, albo działać za niego, pomocne jest zadanie prostego pytania: czego ode mnie potrzebujesz, jak mogę ci w tej sytuacji pomóc?

Rodzice często przychodzą do mnie z pytaniem: co mam zrobić, jak zareagować w szkolnym konflikcie? Wtedy pytam, czy rozmawiali z nastolatkiem o tym, czego on by potrzebował. To jest zaproszenie do współudziału w szukaniu rozwiązania, a nie przejmowanie sprawy za niego.

Warto pamiętać, że w tym okresie przygotowujemy młodego człowieka do samodzielnego życia. Dlatego ważne jest, aby potrafił nazwać to, co się z nim dzieje, i stopniowo rozwijał umiejętności samodzielnego radzenia sobie z konfliktami.

— Pułapką jest pośpiech. Wydaje się, że jak samemu się coś zrobi, rozwiąże problem, to będzie łatwiej, prościej, szybciej, niż gdy mówi się o tym, czasami godzinami.

— To ciekawe pytanie. Można to porównać do relacji romantycznej. Gdyby bliska, ukochana osoba przyszła do nas i powiedziała, że ma trudną sytuację, nie zastanawialibyśmy się, czy warto z nią porozmawiać ani czy okazać wsparcie. To samo dotyczy podmiotowości nastolatka — jego granic, trudności i sposobów radzenia sobie z problemami.

Jeśli chcemy wiedzieć, co mogłoby pomóc, znacznie skuteczniej jest zapytać, niż próbować zgadywać.

— Kłopot zaczyna się wtedy, gdy skupiamy się wyłącznie na formie wypowiedzi, zanim dziecko dostanie narzędzia do komunikowania się i zanim powstanie bezpieczna baza do rozmowy. W takiej sytuacji rodzice często koncentrują się na tym, jakie słowa są „właściwe”, a jakie „niewłaściwe”, zamiast na tym, co za tymi słowami stoi.

Kiedy mówimy o szacunku, łatwo zatrzymać się na zdaniach typu: „Nienawidzę was” albo „Jestem głupi, nic nie umiem”. Tymczasem u dziecka, które nie ma jeszcze rozwiniętych kompetencji komunikacyjnych, są to często jedyne dostępne sposoby wyrażenia bardzo silnych emocji.

Jeśli w takiej sytuacji reagujemy wyłącznie komunikatem: „Tak się nie mówi” albo że te słowa są nie do

przyjęcia, to nie tylko nie pomagamy dziecku nauczyć się lepszego sposobu wyrażania siebie, ale też tracimy dostęp do tego, co dla niego naprawdę ważne. Rodzice nie słyszą dojrzałych komunikatów, bo ich jeszcze nie ma — ale mogą usłyszeć to, co dziecko czuje, jeśli skupią się na treści, a nie tylko na formie.

— Jak mówiło wprost, to słyszało, że tak się nie mówi, słyszało: „Nie myśl tak”.

— Jednym ze sposobów jest zaproponowanie alternatywnego komunikatu. Powiedzenie: „Słyszę, że nie pasuje ci to, co się dzieje, że chcesz inaczej”. Możemy podsuwać zdania, które wyrażą uczucia w inny sposób, i szukać, czy to jest to, co nastolatek chce powiedzieć, zakomunikować. Warto też jest dawać narzędzia, pokazywać, że myśli pojawiają się w głowie i każdy ma trudne myśli. One nie muszą być zaproszone, ale w głowie się pojawiają.

— Doświadczenia dorosłych są bardzo różne i trudno je jednoznacznie oddzielić czy sprowadzić do jednego wspólnego mianownika. Dzisiejsi 40-latkowie niosą ze sobą nie tylko własne dzieciństwo, ale także wiele lat dorosłego życia, z jego relacjami, kryzysami i wyborami. Tego wszystkiego nie da się łatwo „odkleić” od sposobu, w jaki dziś są rodzicami.

Widzę też wyraźną zmianę w tym, kto bierze odpowiedzialność za wychowanie. Coraz częściej do pracy nad relacją z dzieckiem przychodzą oboje rodzice, a nie tylko mamy. Zmienia się podział ról w rodzinie i sposób myślenia o zaangażowaniu w rodzicielstwo.

Jest również większa świadomość i gotowość do pracy nad sobą. Świat bardzo się zmienił i daje dziś znacznie więcej możliwości rozwoju, refleksji i szukania wsparcia. To wszystko wpływa na to, jak dzisiejsi rodzice patrzą na siebie, na swoje dzieci i na relacje, które z nimi budują.

— Gdybym miała wskazać różnicę, to mam wrażenie, że kiedyś o wielu rzeczach rodzicom się nie mówiło. Nie rozmawiało się z nimi, „bo oni i tak nie zrozumieją”. To myślenie coraz bardziej się dziś zmienia. Rodzice autentycznie chcą wiedzieć, co się dzieje w życiu ich dzieci. Wcześniej często uczyły się one, że lepiej radzić sobie z wieloma sprawami samodzielnie i nie wciągać w nie dorosłych.

Kiedyś zakładano też, że to oczywiste, że dziecko będzie w kontakcie z rodzicem. Dziś rodzice mają większą świadomość, że na relację trzeba sobie zapracować. Jest wielu dorosłych, którzy wybrali ochłodzenie kontaktów, ludzie częściej wyjeżdżają. Myślę, że kiedyś więzi podtrzymywało się, „bo tak trzeba”, a dziś rodzice chcą, żeby dzieci były blisko także w dorosłym życiu, i wiedzą, że to samo się nie wydarzy.

— Chcą, aby ich dzieci były autonomiczne. Coraz częściej rozumieją przy tym, że autonomia nie polega na pozostawieniu młodego człowieka samemu sobie, ale na wyposażeniu go w umiejętność szukania wsparcia. To zdolność rozpoznania, kiedy potrzebna jest pomoc, i wiedza, gdzie oraz do kogo można się po nią zwrócić.

W tym sensie autonomia oznacza także posiadanie różnych źródeł oparcia — nie tylko w rodzicach, ale też w innych dorosłych i w relacjach poza domem. Rodzice chcą być ważnym punktem odniesienia, ale nie jedynym, tak aby dziecko mogło stopniowo stawać się samodzielne, a jednocześnie nie zostawało z trudnościami samo.

Agnieszka Stein — psycholog, prekursorka rodzicielstwa bliskości w Polsce. Wspiera rodziców w towarzyszeniu dzieciom oraz w ich własnym rozwoju. Szkoli profesjonalistów, pracujących z dziećmi i rodzicami w nurcie rodzicielstwa bliskości. Autorka książek dla rodziców

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version