Młodzieżowe ośrodki socjoterapii to często ostatnia szansa dla dzieci, które nie radzą sobie w zwykłej szkole. Elwirze takie placówki kojarzyły się — niesłusznie — z największą patologią. Była sceptyczna, ale uznała, że nie ma wyboru.
Po pierwszej sprawie, która trafiła na policję, Elwira tak bardzo się nie martwiła. Antek był w piątej klasie podstawówki, razem z kolegą zrobili głupotę, bardzo to wszystko przeżył. Wrzucił do sieci przerobione nagie zdjęcia koleżanek z klasy. Łatwo go usprawiedliwiała: ADHD, czyli impulsywność, rozbita rodzina, złe relacje z ojczymem.
Tak, skrzywdził innych, ale tłumaczyła sobie, że każdy przecież popełniał błędy w dzieciństwie. Koleżanki przeprosił, były rozmowy wychowawcze z pedagogami, psychologami. Wydawało się, że zrozumiał. Aż do kolejnej sprawy, gdy w odstępie kilku dni zwyzywał nauczycielkę, ukradł z drogerii perfumy i kopnął kolegę w brzuch. Tym razem kurator straszył, że będzie proces sądowy. Postępowanie, podobnie jak poprzednie, umorzono.
— Antek często dostawał uwagi za złe zachowanie na lekcji. A to kogoś zaczepił, a to wyśmiał, nauczyciele się skarżyli, że nie ma do nich za grosz szacunku. W dodatku w domu co chwilę przyłapywaliśmy go na kłamstwie, drobnych kradzieżach. Były wizyty u psychologów, psychiatrów, ale bez efektu — opowiada Elwira, przedsiębiorczyni z branży gastronomicznej.
Momentem zwrotnym była historia z wyłudzeniem pieniędzy od dziewczynki z pierwszej klasy. Antek był wtedy w siódmej i niewiele się poprawiało mimo jego obietnic. Mówił, że pierwszoklasistka chwaliła się pieniędzmi i sama zaproponowała, żeby je wziął. Elwira: — Nie umiałam mu już w nic uwierzyć, choć bardzo chciałam. Pytałam różnych osób, co mam dalej robić. Pojawiały się porady od „zabierz mu telefon, komputer i wszystko” po „czekaj, wyrośnie”. Znajomy terapeuta podsunął mi pomysł wysłania syna do MOS-u, czyli młodzieżowego ośrodka socjoterapii. Mówił, że może go to zatrzyma, skłoni do refleksji. Przyznaję, takie placówki kojarzyły mi się z największą patologią i byłam sceptyczna. Z drugiej strony z braku innego rozwiązania zaczęłam tę opcję rozważać.
Tu się przychodzi dobrowolnie
— MOS-y wciąż są mało znane, a jeśli już się o nich mówi, to często w kontekście „niegrzecznej młodzieży”, którą się gdzieś zamyka. Tymczasem młodzieżowy ośrodek socjoterapii to publiczna szkoła dla uczniów, którzy z różnych powodów nie odnaleźli się w szkołach masowych. Trafiają do nas na wniosek rodzica i na podstawie orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego z uwagi na zagrożenie niedostosowaniem społecznym — tłumaczy Marta Podgórska, dyrektorka Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii nr 4 w Warszawie. Przyznaje, że czasem to kurator proponuje rodzinie ośrodek, a czasem zwykła szkoła sugeruje zmianę miejsca.
— Trzeba zaznaczyć, że nie jesteśmy ośrodkiem zamkniętym ani resocjalizacyjnym. To nie jest młodzieżowy ośrodek wychowawczy, gdzie wysyła sąd. U nas młodzież przychodzi dobrowolnie, z nadzieją, że znajdzie bezpieczne miejsce i realne wsparcie. Bez zgody i motywacji ucznia ten proces się nie uda — dodaje.
Zdarzają się jednak sytuacje dramatyczne. W dniu naszej rozmowy jedna z uczennic zgłasza myśli samobójcze pracownikom placówki. Na miejsce przyjeżdża karetka pogotowia, policja, także mama dziewczyny. — Obawa o śmierć ucznia to mój największy koszmar. Wiem od koleżanek w innych placówkach, że tego obawiają się najbardziej — mówi Podgórska.
W Polsce jest 86 takich ośrodków. Przeznaczone są dla uczniów od późnych klas szkoły podstawowej do momentu ukończenia szkoły średniej, zwykle między 11. a 19. rokiem życia, z możliwością kontynuacji nauki do 24. roku życia. W wielu MOS-ach działają też internaty. Mieszkają w nich uczniowie z innych miast, ale czasem także ci, którym trudno funkcjonować w środowisku domowym.
Są wśród nich ośrodki państwowe, jak np. Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii nr 1 SOS w Warszawie czy MOS Łomianki; są też placówki prowadzone przez zgromadzenia zakonne, jak Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii Dom Matki Dobrego Pasterza w Piasecznie, prowadzony przez Zgromadzenie Służebnic Matki Dobrego Pasterza; oraz niepubliczne ośrodki działające przy fundacjach i stowarzyszeniach.
Groźne skutki pandemii
Marzanna Gryszkiewicz-Szczygieł, pedagożka, socjoterapeutka, wychowawczyni w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii nr 2 Kąt w Warszawie, przyznaje, że pod pojęciem młodzieży zagrożonej niedostosowaniem społecznym kryje się wiele różnych trudności emocjonalnych, zaburzeń rozwojowych, problemów rodzinnych i edukacyjnych. Ich specyfika zmienia się na przestrzeni lat.
— W ostatnich latach spotykam się z ogromną liczbą doświadczeń przemocy rówieśniczej. Mówię o wyśmiewaniu, izolowaniu, zamykaniu w toalecie, popychaniu. Te dzieci często przychodzą do nas po bardzo trudnych doświadczeniach w poprzednich szkołach. Mamy też młodzież obarczoną skutkami pandemii — uczniów, którzy przez długi czas uczyli się zdalnie. Wielu z nich ma dziś poważne trudności w nawiązywaniu relacji. Łatwiej jest im pisać przez komunikator niż spojrzeć komuś w oczy. Często nie wiedzą, jak zacząć rozmowę, jak ją podtrzymać — opowiada. — Do tego dochodzą diagnozy: spektrum autyzmu, ADHD, zaburzenia depresyjne, lękowe, samookaleczenia, myśli samobójcze. To nasza codzienność.
— MOS nie jest miejscem dla każdego. Osoby głęboko uzależnione lub z silnymi zaburzeniami wymagają specjalistycznej opieki — gdy rozpoznajemy poważny problem, pomagamy znaleźć odpowiednią placówkę leczniczą. Staramy się nigdy nie zostawiać dziecka samego — nawet jeśli musi odejść, wskazujemy dalszą drogę — mówi Gryszkiewicz-Szczygieł.
Szkoła bez presji
Łucja mieszka z rodzicami w niewielkim miasteczku pod Warszawą. Jeszcze w siódmej klasie uczyła się w renomowanej katolickiej podstawówce. Mundurki, modlitwa przed lekcjami, wysokie wymagania i nieustanne przygotowania do egzaminu ósmoklasisty. Gdy zaczęły się kartkówki poprawiane nawet z trójki na czwórkę i zostawanie po lekcjach, dziewczynka coraz bardziej się spinała. Siedziała nad książkami godzinami, ale im bardziej się starała, tym gorzej jej szło. Rano nie mogła wstać z łóżka.
Psycholog, potem psychiatra. Diagnoza: depresja i fobia szkolna. Leki wyciszyły najostrzejsze objawy, ale pozostał lęk przed budynkiem szkoły. Udało się zwolnić Łucję z egzaminu ósmoklasisty — po opinii poradni i zaświadczeniu lekarskim — jednak to nie rozwiązało problemu. — Zniknął egzamin, ale nie zniknął strach — mówi jej matka, prawniczka. To psychiatra podsunęła pomysł: młodzieżowy ośrodek socjoterapii w Warszawie. Publiczna szkoła z mniejszymi klasami i wsparciem terapeutycznym.
Rekrutacja była stresująca — mało miejsc, wielu chętnych. Rodzice mieli wątpliwości: słyszeli historie o uczniach z poważniejszymi problemami, o papierosach palonych przed szkołą. Ale kadra przekonywała, że obowiązują jasne zasady, a w przypadku przemocy czy narkotyków jest natychmiastowa reakcja. Dziś Łucja jest w drugiej klasie. Wśród rówieśników z historiami depresji, samookaleczeń czy konfliktów z prawem po raz pierwszy przestała czuć się „tą gorszą”. Zobaczyła, że nie tylko ona mierzy się z trudnościami.
Największą zmianą okazał się brak presji. W MOS realizuje się ten sam program, ale w mniejszych grupach i bez codziennego straszenia ocenami. Relacja z nauczycielami jest bliższa. Gdy stres odpuścił, Łucja zaczęła dostawać dobre oceny, otworzyła się, znalazła przyjaciół.
Lekcja relacji
Marta Podgórska podkreśla, że ich absolwenci coraz częściej zdają maturę i idą na studia. Są na psychologii, resocjalizacji, na kierunkach medycznych. — MOS-y to normalne szkoły z pełną podstawą programową. Różnią się od zwykłych szkół stopniem indywidualizacji, kameralną atmosferą. W klasie może być maksymalnie 16 osób, u nas zwykle jest 10-12, w szkole — kilkadziesiąt osób. Każdy uczeń ma opracowany własny program edukacyjno-terapeutyczny (IPET), tworzony wspólnie z rodzicem. Każdy korzysta ze wsparcia specjalistów: psychologa, pedagoga, terapeuty pedagogicznego, doradcy zawodowego. Prowadzimy także socjoterapię — trzy godziny tygodniowo.
Dodatkowo każde dziecko w jej ośrodku ma swojego indywidualnego opiekuna. To osoba, która kontaktuje się z rodziną, wspiera wychowawcę klasy. Chodzi o to, by uczeń wiedział, że jest ktoś, do kogo może przyjść, jeśli ma problemy. Jest też tzw. sala wyciszeń. Jeśli podczas lekcji ktoś ma np. napad lęku, może wyjść i pobyć chwilę pod opieką dorosłego.
Gryszkiewicz-Szczygieł: — Socjoterapia nie jest psychoterapią. Dotyczy sfery poznawczej i sfery umiejętności. Jej celem jest nauczenie młodego człowieka funkcjonowania w społeczeństwie — rozpoznawania norm, budowania relacji, zdobywania wiedzy o sobie samym. Wszystko to dzieje się w grupie. Podczas zajęć młodzież rozmawia o swoich doświadczeniach, konfrontuje różne punkty widzenia, uczy się przyjmować informację zwrotną. Grupa pozwala młodemu człowiekowi sprawdzić, jak jest odbierany i jak sam widzi świat. Umożliwia korygowanie zachowań, które są przyczyną trudności.
— Czy tak nie powinna wyglądać każda szkoła w Polsce? Z innymi dyrektorami stwierdzamy czasem, że nasze ośrodki są bardziej normalne niż szkoły rejonowe — śmieje się Marta Podgórska, po czym poważnieje i mówi, że problemy są takie jak wszędzie, ale starają się je rozwiązywać. — Ja bym chciała chodzić do takiej szkoły.
Gdy o słabości MOS-ów pytam Marzannę Gryszkiewicz-Szczygieł, odpowiada, że jedyną jest ich mała liczba. Po chwili dodaje, że — jak wszędzie w szkolnictwie — problemem są niskie wynagrodzenia specjalistów, którzy w pracę wkładają całe serce.
Stygmat szkoły specjalnej
Antoś, syn Elwiry, w MOS czuł się samotny, choć nauczyciele zapewniali, że szybko odnalazł się w grupie. Mówił, że tęskni za starą szkołą, że na przerwach siedzi i patrzy w sufit. Kolegów nazywał wulgarnie pojeb***, nienormalnymi, dziewczyny z klasy — alternatywkami z kosmosu. Powtarzał, że nie ma żadnych problemów i już „wszystko zrozumiał”. W szkole umiał się powstrzymać od rozrabiania, dobrze sobie radził z nauką (z tym nigdy nie było większych problemów). Prosił matkę o powrót do starej rejonowej szkoły.
Pedagodzy ostrzegali rodzinę, że to zdecydowanie za krótko, żeby zobaczyć efekty, bo Antoś skorygował zachowanie tylko na pokaz, ale szybko wróci do starych nawyków, jeśli osiągnie swój cel. Elwira mimo to po raz kolejny uległa synowi. Wystraszyła się, że Antoś w MOS wpadnie w depresję i ona po raz kolejny będzie czuła się winna. Zresztą mówił jej, że niszczy mu dzieciństwo.
Bała się też, że nie przygotuje się dobrze do egzaminu ósmoklasisty. Usłyszała, że najlepszy wynik w tej placówce w czasie egzaminów na koniec szkoły podstawowej wynosił 70 na 200 punktów i że uczniowie „czasem nawet dostają się do techników”. Wypisała Antka po kilku miesiącach — z nadzieją, że syn jednak jakoś się zmienił nawet po krótkim pobycie.
— Z jednej strony są rodzice, którzy widzą w nas wybawienie i oczekują szybkich efektów. Z drugiej — tacy, dla których to decyzja wstydliwa. MOS to szkoła specjalna, a to słowo budzi lęk. Rodzice boją się stygmatyzacji, pytają, czy informacja o specyfice placówki będzie widniała na świadectwie, czy ich dziecko nie będzie miało utrudnionego startu w dorosłość. Tymczasem to szkoły dla młodzieży w normie intelektualnej, często bardzo zdolnej, która z powodów emocjonalnych czy społecznych nie poradziła sobie w tzw. normalnej szkole — tłumaczy Marta Podgórska.
Podkreśla, że MOS nie leczy w magiczny sposób. Dopiero wytrwała praca przynosi efekty. Ma świadomość, że część problemów uczniów ma źródło w ich sytuacji rodzinnej i tutaj pracownicy ośrodka mają ograniczone możliwości działania, ale prowadzą m.in. grupę wsparcia dla rodziców. Marta Podgórska wierzy jednak, że w każdym dziecku drzemie potencjał, tylko trzeba mu stworzyć dobre warunki rozwoju.

