Wiem, że pewnie dziwnie to zabrzmi, ale na Karaibach jednym z moich ulubionych miejsc nie była wcale przystań ani plaża, ale duża otwarta kuchnia, ponieważ często bywał tam osobisty kucharz Epsteina, Adam Perry Lang.

Choć później, na początku lat 2000., Lang stał się znany dzięki swoim grillowanym daniom, jego specjalnością były zdrowe potrawy, o które prosił go Jeffrey [Epstein – red.]: tofu, kebaby rybne, hummus. Lubiłam Langa, ponieważ traktował mnie i inne dziewczyny jak ludzi. Nawet jeśli stałam przed nim naga – co nie było niczym niezwykłym, bo Epstein lubił, gdy podczas pobytu na wyspie nie nosiłyśmy ubrań – kucharz nie pożerał mnie wzrokiem, tylko patrzył mi w oczy.

Przemycał mi też jedzenie, którego nie było w diecie zaakceptowanej przez jego pracodawcę. Raz Lang zapytał po prostu, na co mam ochotę, a przygotowanie mi ulubionej pizzy okazało się dla niego bułką z masłem. Później nie musiałam go już nawet prosić. Gdy kończyłam obsługiwać Epsteina albo któregoś z gości, kucharz miał już dla mnie przygotowany placek z dużą ilością sera. Siadałam na taborecie, a on podawał mi piwo i rozmawialiśmy. Choć to pewnie nie brzmi jak wielki bunt, tak właśnie odbierałam te chwile. Epstein chciał, żebyśmy były szczupłe, więc zakazał pizzy i piwa.

W tej kwestii podobnie jak w wielu innych, to Maxwell była człowiekiem od brudnej roboty. Wszyscy wiedzieli, jak bardzo jest zasadnicza, jeśli chodzi o jedzenie i organizację domu. W każdej z posiadłości znajdowały się instrukcje, które określały preferencje Ghislaine w każdej dziedzinie: od kawy (rzecz jasna wybierała Maxwell House) przez ustawienia temperatury (szesnaście stopni w sypialni, trzydzieści jeden w basenie) po papier toaletowy (koniec każdej rolki miał być zawinięty w kształt litery V). Pewnego wieczoru weszła do kuchni, gdy piłam z Langiem drinka; zbeształa nas, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia. Maxwell miała nade mną tak wielką władzę, że dobrze było mieć przyjaciela, którego nie aprobowała. Mniej więcej w tym czasie Epstein poszerzył listę moich zadań. Już wcześniej każdego ranka wymagał, bym go ubierała. Najpierw nakładałam balsam na jego stopy, później brałam skarpetki i wsuwałam je na jego palce i pięty, jak rodzic małemu dziecku.

– Kiedyś będziesz bardzo dobrą matką – mówił, gdy klęczałam przed nim, podając mu nogawkę spodni, żeby mógł w nią wsunąć nogę. Zaczął prosić mnie, abym co wieczór tuliła go do snu w różowej satynowej pościeli. Choć „utulenie do snu” może brzmieć jak eufemizm seksu, nie zawsze tak było. Mimo że w ciągu dnia miałam go pobudzać i zaspokajać seksualnie, wieczorem na ogół pragnął, by pomóc mu się wyciszyć, a później zostawić samego. Lubił, kiedy sięgałam pod kołdrę i masowałam jego stopy, a później czasem także skórę głowy. Dopiero gdy zasnął, wolno było mi podciągnąć mu kołdrę aż po brodę i cichutko wyjść z pokoju. Nie znam nikogo innego, kogo by o to prosił, a w tamtym czasie oznaczało to według niego, że jestem „numerem jeden” spośród wielu zajmujących się nim dziewcząt i służących. Ten tytuł napawał mnie dumą. Epstein świadomie zachęcał dziewczyny, które go obsługiwały, do rywalizacji, więc jego poważanie wydawało się nagrodą.

Niemniej jednak uważałam rytuał układania tego człowieka do snu – mogący trwać nawet godzinę – za coraz bardziej męczący. Co wieczór byłam po nim wyczerpana. Dopiero kiedy wróciliśmy na Florydę, uświadomiłam sobie, że te wieczorne rytuały coś w Epsteinie uruchomiły. Nagle zaczął mi się zwierzać. Pewnego dnia, gdy byliśmy w pokoju do masażu, pokazał mi ukryte drzwi znajdujące się obok obrazu przedstawiającego rozciągających się nagich ludzi. Byłam w tym pomieszczeniu dziesiątki razy, ale nigdy nie zauważyłam tego przejścia. Epstein otworzył je i pokazał mi coś, co można było nazwać pokojem trofeów. Na ścianach, od podłogi po sufit, przyczepiono zdjęcia młodych dziewcząt. Wszystkie nagie, wiele z nich z całą pewnością było niepełnoletnich, a fotografie przedstawiały je w lubieżny sposób. W kącie leżała sterta pudełek po butach, w których Epstein przechowywał pozostałe zdjęcia. Miał ich tak wiele, że skończyło mu się miejsce na ścianach. Odwróciłam się do niego, nie mogąc wydusić ani słowa. On też się nie odezwał, ale jego pełna zadowolenia mina zdawała się mówić: „Popatrz na moje podboje. Zobacz, jaką mam władzę”.

Maxwell sprawiała wrażenie, jakby i ona nabrała do mnie trochę zaufania, jednak nie była to dobra wiadomość, ponieważ powierzono mi nowe zadanie: rekrutowanie dziewczyn dla Epsteina. Po raz pierwszy doszło do tego na Karaibach. On, Ghislaine, Kellen i ja dostaliśmy się promem na wyspę Saint Thomas na kolację. Gdy wieczorem się przechadzaliśmy, Jeffrey powiedział do mnie i Kellen: – A może przejdziecie się we dwie po nocnych klubach i znajdziecie kogoś, kogo będzie można zaprosić na wieczór? Maxwell pokiwała głową z aprobatą. Znałam już wymogi: najlepiej, żeby kandydatki były białe, miały naturalny wygląd w stylu dziewczyny z sąsiedztwa, dzięki któremu wyglądały, jakby miały od dwunastu do siedemnastu lat. Bez kolczyków, tatuaży i z całą pewnością: żadnych prostytutek. Ale kluczowym kryterium, niezwiązanym z wyglądem, była podatność. Rekrutowane dziewczyny musiały być „na krawędzi”, jak to określali Epstein i Maxwell, by łatwiej zgodziły się na uprawianie seksu za pieniądze. Tego wieczoru coś do mnie dotarło: po raz kolejny byłam szkolona. Godzinami włóczyłam się z Kellen, gdy ta zagadywała dziewczyny, przechodziła od jednej obcej osoby do drugiej, z lekkością, flirtem. Choć tej nocy nie znalazłyśmy nikogo nadającego się na wyspę, poznałam scenariusz i wkrótce sama – niestety bardzo regularnie – postępowałam według tego schematu: „Pracuję dla miliardera, który lubi piękne młode dziewczyny. Ma kontakty w branży filmowej, modelingu i świecie sztuki i chętnie pomoże ci spełnić marzenia. Może chcesz się z nim spotkać?”.

Od miesięcy obserwowałam, jak Maxwell i Kellen tworzą piramidę rekrutacyjną. W Nowym Jorku przeznaczały na polowanie popołudnia. Wychodziły na ulicę o piętnastej, gdy kończyły się zajęcia w liceach, i szukały dziewczyn. Zwłaszcza Maxwell świetnie radziła sobie w rozgryzaniu potrzeb czy zachcianek poszczególnych kandydatek i dopasowywała swoją propozycję tak, by była jak najbardziej atrakcyjna. Po pierwszej wizycie dziewczynom mówiono, że następnym razem mogą zarobić dwa razy tyle, jeśli przyprowadzą koleżankę. Wiązało się to z podwójną korzyścią: pierwsza z nich nie tylko zarabiała wówczas czterysta dolarów (zamiast dwustu jak poprzednim razem), ale też na ogół nie musiała obsługiwać Epsteina, skoro on był zajęty nową. Zobowiązałam się do zrealizowania tego polecenia nie ze względu na perspektywę otrzymania dwukrotnie wyższej stawki, lecz na strach przed rozczarowaniem mojego „opiekuna”. Bałam się, że go rozzłoszczę – nadal miałam świeżo w pamięci jego groźby pod adresem Skydy’ego i widziałam, jak gwałtownie kończył relacje (o ile to dobre słowo na jego znajomości) z wieloma dziewczynami. W tamtym momencie byłam od niego całkowicie zależna, nie tylko w kwestii opłat za mieszkanie, ale i poczucia własnej wartości. Niektóre z jego ofiar mówiły o syndromie sztokholmskim – czyli pozytywnych uczuciach do swojego oprawcy, które są sposobem na przetrwanie. Dziś wiem, że ja też tak miałam. Musiałam wierzyć, że choć Epstein był chory – był seksoholikiem – to w głębi duszy wierzył we mnie i chciał dla mnie jak najlepiej. W moich oczach nie mógł być egoistycznym, okrutnym pedofilem. Wmówiłam więc sobie, że nim nie był.

Kiedyś zapytałam Epsteina, czy jego zdaniem uda mu się ustatkować i ożenić. Powiedział mi, że nie wierzy w miłość w monogamicznym związku, za to w miłość z wieloma partnerkami – owszem. Wówczas myślałam, że w ten niezwykły sposób mówi mi, że mnie kocha. Ja też coś do niego czułam – nie do końca była to miłość, prędzej lojalność. Zdołał mnie przekonać, że mi pomaga, chroni przed przeciętnym życiem, na jakie nie zasługiwałam. Czułam się w pewien dziwny sposób zobowiązana. Tak zaczęłam robić najgorszą rzecz w moim życiu: wciągnęłam inne dziewczyny do obrzydliwego świata Epsteina. Miałam świadomość, jak bardzo jest to złe, ale racjonalizowałam swoje zachowanie, wmawiając sobie, że przynajmniej jestem z dziewczynami szczera do bólu. W przeciwieństwie do Kellen, której opowieść czyniła spotkanie z Epsteinem nie tylko korzystnym finansowo, ale i przyjemnym, ja ostrzegałam każdą potencjalną kandydatkę, że podczas masażu będzie musiała rozebrać się do naga i że ten bogaty mężczyzna może oczekiwać od niej bardziej intymnego kontaktu fizycznego. Jednak to nie łagodzi okropnej prawdy: gdy wybierałam dziewczyny, często głodne lub biedne, wiedziałam, że wykorzystuję ich słabości. Upadłam tak nisko, że przyprowadziłam Epsteinowi do wykorzystania kilka moich koleżanek. Żadna z dziewczyn mi nie odmówiła – widziały moje ładne mieszkanie; te, które się zgodziły, chciały chyba wierzyć, że obsługiwanie bogacza będzie łatwym zarobkiem. Ale znów – to nie jest żadne usprawiedliwienie. Wybrane przeze mnie dziewczyny zgadzały się na moją propozycję, co tylko pokazuje, jak dobra się stałam w dostrzeganiu tych najbardziej potrzebujących. Twarze zrekrutowanych kandydatek już zawsze będą mnie prześladować. Rozumiem ich ból i nigdy nie poradzę sobie z tym, że częściowo jestem za niego odpowiedzialna.

Gdy zaczął się 2001 rok, Maxwell i Epstein poinformowali mnie, że mają wobec mnie większe plany. – Musisz wyrobić sobie paszport, żebyś mogła podróżować z nami za granicę – oznajmiła Maxwell na początku stycznia. Wkrótce powiedziała mi, gdzie zrobić zdjęcia, i pomogła wypełnić wniosek. W rubryce zawód kazała mi wpisać „masażystka”. 20 stycznia były czterdzieste ósme urodziny Epsteina i Maxwell uznała, że musimy zrobić zamieszanie. Gdy zbliżał się ten dzień, zapytałam ją: – Myślisz, że chciałby dostać zegarek albo coś w tym stylu? Maxwell prychnęła. – Od ciebie nie chce zegarka – powiedziała, sugerując, że nigdy w życiu nie włożyłby czegoś, na co byłam sobie w stanie pozwolić. Stwierdziła, że jest wyłącznie jeden sposób, by sprawić mu przyjemność: – On chce tylko twoich nagich zdjęć. Kilka godzin później Maxwell zabrała mnie na patio przy basenie i nakazała mi zdjąć ubrania. Niemal z czułością dopracowała szczegóły planu. Ułożyła mi włosy i ustawiła mnie w pozach jej zdaniem eksponujących te części ciała, które Epstein lubił najbardziej. – Idealnie. Pięknie – podsumowała, ale brzmiała tak, jakby mówiła do siebie, nie do mnie. Wkrótce miałam dołączyć do innych dziewcząt w pokoju trofeów Epsteina.

Publikujemy fragment książki „Dziewczyna niczyja„, Virginia Roberts Giuffre, tłum. Alka Konieczka, Wydawnictwo Otwarte 2026.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version