Pięć lat w białoruskim więzieniu. Zamknięty proces, absurdalne zarzuty, presja psychiczna, izolacja, strach o życie bliskich. Kaciaryna Andriejewa, białoruska dziennikarka, w podcaście „Rachunek sumienia” po raz pierwszy tak otwarcie opowiada o tym, jak wygląda codzienność w kolonii karnej reżimu Łukaszenki.

Przez pierwsze lata masz wolę do sprzeciwu. Potem po prostu chcesz przetrwać. Starasz się być niewidzialna, nie rzucać się w oczy — mówi Kaciaryna Andriejewa, dziennikarka Biełsatu i gościni „Rachunku sumienia”. Andriejewa ponad pięć lat przesiedziała w białoruskiej kolonii karnej.

— Kiedy tam trafiłam, byłam młodą dziewczyną. Straciłam 10 kg z powodu braków żywieniowych. Fizycznie czułam słabość. W więzieniu praktykowano wsadzanie kobiet do karceru oraz stosowano presję psychologiczną. Kładziono przede mną kartkę i długopis, oczekiwano, że się przyznam do winy, poproszę o ułaskawienie. Ale ja tego nie zrobiłam — mówi Andriejewa.

Magdalena Rigamonti: Łukaszenka zabrał ci młodość, masz dziś 32 lata, a ostatnie pięć spędziłaś w więzieniu. Przez ten czas miałaś ograniczony kontakt z rzeczywistością. Jak się dziś odnajdujesz w tym galopującym świecie, wśród nowych technologii, których rozwój bardzo przyspieszył w ostatnich latach?

— W kolonii karnej pokazywano nam wiadomości. Ja byłam zainteresowana oglądaniem, co się dzieje, udawało mi się wyciągać własne wnioski. Ale muszę przyznać, że gdy wyszłam, było to bardzo dziwne, zobaczyć, jak technologie poszły do przodu. Wiem, że wielu dziennikarzy wykorzystuje dziś np. sztuczną inteligencję w swojej pracy. Ja się tego wszystkiego uczę. Chociaż jestem zwolenniczką takiego tradycyjnego dziennikarstwa, np. nie wahałabym się, by zrobić znów relację na żywo z jakiegoś bardzo ważnego wydarzenia — mówi Andriejewa.

Tomasz Sekielski zapytał Kaciarynę Andriejewę o to, jak wyglądała jej codzienność w więzieniu. — Pobudka zawsze o 6 rano, miałyśmy kilka minut na zebranie się, złożenie pościeli w kostkę. Nie można było się spóźnić. Potem śniadanie i szłyśmy do takiej dużej zakurzonej hali, gdzie pracowałyśmy. Część osadzonych naciskała na więźniarki polityczne, pospieszała je, żeby pracowały szybciej. Każde nieposłuszeństwo mogło skutkować tym, że więźniarki nie dostawały paczek od rodziny i musiały polegać tylko na tym, co podawano w więzieniu. A jedzenie było tam bardzo kiepskiej jakości — mówi Andriejewa.

Dziennikarka dodaje, że „dla wielu kobiet pobyt w kolonii był gorszy niż dla mnie”. Część spędziła dużo czasu w celach jednoosobowych. — Mnie udało się tego uniknąć, ale represje trwały cały czas. Najtrudniejsza była przemoc psychiczna. Nie pozwalano na dłuższe spotkania z rodziną. Z moim mężem miałam spotkać się we wrześniu 2024 r., ale tak się nie stało. Na podstawie fałszywych powodów zostałam pozbawiona tego spotkania. A już w październiku mój mąż również został zatrzymany. Nawet nie zdążyliśmy się zobaczyć — mówi dziennikarka.

Magdalena Rigamonti dopytuje, jakich form przemocy doświadczyła gościni podcastu. — Muszę przyznać, że to obecne wyzwolenie jest głównie fizyczne. Psychicznie, jeśli chodzi o moją rodzinę, mojego męża, to w Białorusi zostawiono zakładników. Czworo członków mojej rodziny mieszka i będzie mieszkać w Białorusi, mąż przebywa w kolonii. Doskonale rozumiem, że każde słowo, które wypowiem, może wpłynąć na ich stan. Muszę być bardzo ostrożna — mówi Andriejewa. Dodaje, że w przypadku męskich więźniów słyszy się nawet o przypadkach zgwałceń. Jeśli chodzi o kobiety, to takie doniesienia również się zdarzają, choć dominuje dręczenie psychiczne. — Uważam, że wobec kobiet to może być bardziej skuteczne i bolesne. Pozbawienie możliwości wysyłania czy otrzymywania listów, telefonów. Kobiety, więźniarki polityczne, czuły się najbardziej poniżoną kastą. To oczywiście było celowe działanie — mówi Andriejewa.

Kaciaryna Andriejewa została aresztowana razem z inną dziennikarką Biełsatu Darią Czulcową, gdy relacjonowały Marsz Pamięci zorganizowany w Mińsku ku czci zamordowanego przez białoruskie służby Ramana Bandarenki. Została skazana na dwa lata pozbawienia wolności. Gdy wyrok dobiegł końca i miała wyjść na wolność, wytoczono jej kolejną sprawę karną — za zdradę stanu. Skazano ją na osiem lat i trzy miesiące kolonii karnej. 19 marca tego roku Kaciaryna Andriejewa znalazła się w grupie 250 więźniów politycznych uwolnionych przez białoruski reżim Aleksandra Łukaszenki.

Kaciaryna Andriejewa jest jedną z 1 150 białoruskich więźniów politycznych uznanych przez Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiasna”. Wśród nich jest jej mąż Ihar Iljasz, przetrzymywany obecnie w areszcie śledczym jako podejrzany o „dyskredytację Białorusi” i „wspieranie działalności ekstremistycznej”. Tak mówi o nim w „Rachunku sumienia”: — Modliłam się: proszę, czy mogę zostać w więzieniu, ale nic złego nie stanie się mojemu mężowi — mówi Andriejewa. Dodaje, że o niczym nie marzy w tej chwili tak bardzo, jak o ponownym spotkaniu z ukochanym.

Kościół — dla jednych skompromitowana instytucja, cynicznie wykorzystująca religię jako narzędzie do zarabiania pieniędzy. Dla drugich opoka oraz źródło wszelkiego dobra i miłości. „Rachunek sumienia” to nie jest podcast tylko o Kościele. To podcast o ludziach, na których kariery, a czasem i całe życie, wpływ miała (lub nadal ma) instytucja, jaką jest Kościół katolicki. Jeśli nie macie w sobie uczuć religijnych, koniecznie posłuchajcie. Jeśli je w sobie macie — posłuchajcie tym bardziej.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version