Ojcowie zaangażowani w opiekę nad dziećmi, korzystający z urlopów rodzicielskich, mają w pracy kłopoty. — Jak biorę chorobowe na dziecko, to ścinają mi premie, dają gorsze dyżury — opowiada Marek.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Tomasz do korporacji szedł z przekonaniem, że to świat ludzi nowoczesnych. Takich, którzy naprawdę wierzą w równość. Na rozmowie rekrutacyjnej słyszał o „work-life balance”, „kulturze feedbacku”, „różnorodności”. I o tym, że firma wspiera rodziców i zachęca do korzystania z urlopów na dziecko. Pomyślał, że trafił do miejsca, w którym nie będzie musiał wybierać między karierą a rodziną.

To międzynarodowa firma technologiczna. Szybkie tempo, duże projekty. Dostawał dobre oceny roczne, był na ścieżce do awansu na senior managera. Kiedy urodził mu się syn, postanowił wziąć trzymiesięczny urlop rodzicielski. Nie tylko pomagać żonie, ale być z dzieckiem naprawdę. Przewijać, chodzić na szczepienia, usypiać. W jego zespole wcześniej żaden mężczyzna nie brał więcej niż dwa tygodnie.

— W teorii wszyscy byli zachwyceni. Mój przełożony powiedział, że to świetny przykład dla innych. HR przysłał mi nawet gratulacyjnego maila. Czułem, że robię coś normalnego — mówi. Po powrocie szybko zorientował się, że coś się zmieniło.

Projekt, który prowadził przez rok, dostał ktoś inny. Oficjalnie: „żeby zapewnić ciągłość biznesową”. Zespół, którym zarządzał, został włączony do większej struktury. Jemu zaproponowano rolę „ekspercką”. Tłumaczono, że to „bardziej strategiczna funkcja”. W praktyce — degradacja.

Na rozmowie rocznej usłyszał, że „w ostatnim czasie jego wpływ na wyniki był mniejszy”. Kiedy próbował tłumaczyć, że trzy miesiące był na urlopie rodzicielskim, usłyszał: „Tak, ale biznes nie czeka”. — Jeden z dyrektorów zapytał półżartem, półserio, czy teraz planuję pracować na pół etatu — opowiada.

Gdy syn zaczął chorować i Tomasz brał opiekę, atmosfera gęstniała. Spotkania planowano na 17.30. Słyszał: „Znowu musisz lecieć do przedszkola?”. Koledzy, którzy zostawali po godzinach, byli chwaleni za zaangażowanie. On był krytykowany za „brak dyspozycyjności”.

W firmowych materiałach dalej pojawiały się hasła o wspieraniu rodziców. Na LinkedIn publikowano zdjęcia ojców z dziećmi w biurze z okazji Dnia Ojca. — To chyba najtrudniejsze. Ta hipokryzja. Na zewnątrz progresywna organizacja, a w środku: jeśli wychodzisz o godz. 17 do dziecka, to znaczy, że jesteś słaby, nie pragniesz sukcesu — mówi.

Po roku usłyszał, że „na razie nie jest brany pod uwagę przy kolejnych awansach, bo potrzebna jest większa stabilność i przewidywalność”. Zrozumiał to jako sygnał: ojciec, który naprawdę korzysta z praw rodzicielskich, jest ryzykiem.

Pojawiło się poczucie winy. Kiedy wychodził wcześniej z biura, miał wrażenie, że zawodzi zespół. Kiedy zostawał dłużej, czuł, że zawodzi syna. Przez kilka miesięcy próbował udowodnić, że da się zrobić wszystko naraz. Odbierał dziecko z przedszkola, usypiał je, a potem siadał do laptopa. Odpowiadał na maile o północy, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że „odpuścił”. W weekendy nadrabiał prezentacje.

— Chciałem pokazać, że ojcostwo nie wpływa na moje wyniki. Ale zmęczenie było w pewnym momencie za duże — mówi. Zorientował się, że wpadł w pułapkę: im bardziej starał się być idealnym pracownikiem i idealnym ojcem jednocześnie, tym silniejsze miał poczucie, że w żadnej z tych ról nie jest wystarczający.

Poszedł na terapię, żeby wyjść z tego błędnego koła. Zrozumiał, że nie da się działać na 120 proc. i w pracy, i w domu. Wybrał rodzinę — bardziej zależy mu, żeby być przy dziecku, niż na kolejnym tytule w stopce maila.

— Kiedyś wierzyłem, że korporacja to merytokracja. Teraz wiem, że liczy się też to, czy wpisujesz się w model pracownika bez zobowiązań. A ojciec, który naprawdę jest obecny, psuje ten model — mówi Tomasz. I dodaje, że nie żałuje ani jednej chwili spędzonej z synem.

Naukowcy i ekonomiści ukuli termin „premii za ojcostwo”. Mężczyzna, który został tatą, mógł liczyć na kilkuprocentowy wzrost pensji. Ale tylko w konkretnych okolicznościach — jeśli zgodnie z oczekiwaniami społecznymi silniej angażował się w pracę, by zapewnić bezpieczeństwo finansowe powiększającej się rodzinie.

Jak wykazało badanie przeprowadzone pod nadzorem dr hab. Ewy Cukrowskiej-Torzewskiej z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, sytuacja diametralnie się zmienia, jeśli ojciec korzysta z praw rodzicielskich i angażuje się w wychowywanie dziecka.

Blisko tysiąc menedżerów i menedżerek otrzymało do oceny fikcyjne CV, niektóre z nich zawierały informacje o przerwie związanej z urlopem rodzicielskim. Mężczyźni byli „karani” za każdą taką przerwę.

Dwa miesiące urlopu to średnio o 8 proc. mniejsze szanse na zatrudnienie i konieczność zaakceptowania o 8 proc. niższej pensji. Z kolei sześć miesięcy to o 16 proc. mniejsze szanse na pracę i o 15 proc. niższa pensja. Badanie pokazało, że menedżerowie oceniają ojców, którzy decydują się na urlopy rodzicielskie, jako pracowników mniej dyspozycyjnych i mniej elastycznych. Mówiąc krótko: gorszych.

Praca w policji to dla Marka pasja. Zawód, w którym się sprawdza. Ale nie chce stawiać pracy ponad rodzinę. Odkąd w jego życiu pojawiła się córka, stara się, by obowiązki rozkładały się po równo między niego a żonę. Gdy ona ma intensywny okres w pracy, to on bierze chorobowe na dziecko. Chodzi po lekarzach, odbiera córkę z przedszkola. Wpada na spotkania dla rodziców. Jest jednym z trzech ojców, którzy pojawiają się na nich regularnie.

Mówi, że w teorii policja jest miejscem pracy przyjaznym rodzinom. Szczególnie, od kiedy społeczne zaufanie do tej służby spada i jest coraz mniej osób chętnych do pracy. — Z Komendy Głównej płynie komunikat, że życie prywatne policjantów jest ważne. W social mediach pokazuje się, że dba się o pełne zrozumienie dla potrzeb rodziców. Praktyka niestety jest zupełnie inna — podkreśla mężczyzna.

Wystarczy, że nie ma go w miesiącu trzy dni, bo córkę rozłożyła choroba, i już może zapomnieć o dodatkach i premiach. Do tego dostaje niekorzystny grafik dyżurów — głównie noce czy weekendy. Nikt wprost nie mówi, że to kara. Ale wszyscy wiedzą, że tak jest.

Kiedy zdarzy się, że trzeba pilnie odebrać córkę z przedszkola, właściwie nie ma szans tego zrobić. I nie chodzi o sytuacje, w których funkcjonariusze są zawaleni robotą albo ścigają przestępcę. Marek ma na myśli momenty, w których spokojnie ktoś mógłby go na chwilę zastąpić. W odpowiedzi słyszy jednak, że ma siedzieć w robocie i tyle. Kończy się telefonowaniem po rodzinie, żeby ktoś pomógł i zabrał małą.

— Nie brakuje docinków ze strony kolegów, szczególnie tych młodszych, bez dzieci. W szatni złośliwie dopytują, czy nie ma kobiety w domu. Albo sugerują, że L4 na dziecko to tylko wymówka, bo mi się pracować nie chce — wyznaje Marek. Nauczył się puszczać to mimo uszu. Podobnie traktuje niesprawiedliwości w wynagrodzeniu.

Te trudności motywują go, by angażować się jeszcze bardziej, na przekór systemowi i stereotypom. Jest akcja „Cała Polska czyta dzieciom”? On poczyta. Trzeba córkę zabrać na urodziny koleżanki? Bierze ją i jedzie. Zdarza mu się przy tym słyszeć: „A gdzie matka?”, ale coraz rzadziej. Uważa, że jeśli ojcowie częściej będą skłonni spędzać czas z dzieckiem, to takich pytań będzie mniej.

— Żyjemy ciągle w patriarchalnej kulturze, w której chłop to ma pić browara po pracy, a żony co najwyżej pytać o obiad. Jak się nie dostosowujesz, to dostajesz po głowie. W policji czuję to szczególnie. Ale liczę, że faceci w końcu zrozumieją, że można inaczej — stwierdza Marek.

Od kilku lat wdrażana jest unijna dyrektywa work-life balance, która ma wyrównywać szanse ojców i matek na rynku pracy. W Polsce wprowadzono m.in. 9-tygodniową część urlopu rodzicielskiego, której nie można przenieść i która przysługuje każdemu z rodziców indywidualnie. Nie trzeba z tej opcji korzystać, ale niewykorzystana przepada. Zmiany zdają się mieć realny wpływ na rzeczywistość: z danych ZUS wynika, że z zasiłku z tytułu urlopu rodzicielskiego skorzystało w 2024 r. 12,3 proc. ojców. Rok później ten odsetek wzrósł do 16,7 proc.

Zmiany mogłyby być bardziej dynamiczne, gdyby mężczyźni nie obawiali się, jak będą traktowani w pracy, jeśli poświęcą uwagę dziecku. Jak zauważa psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Wieloch, obawy te nie są wyłącznie indywidualnym lękiem, lecz elementem mechanizmu, który w naukach społecznych określa się mianem efektu mrożącego.

Według niej nie trzeba formalnych zakazów ani otwartej krytyki. Wystarczy, że kilku ojców poniesie zawodowe konsekwencje korzystania z urlopów rodzicielskich czy zwolnień na dziecko, by pozostali zaczęli rezygnować z przysługujących im praw w obawie przed podobnym scenariuszem. — To samoregulujący się system oparty na kalkulacji ryzyka — mówi.

Jak wyjaśnia, w wielu organizacjach nadal funkcjonuje wzorzec „idealnego pracownika” — osoby w pełni dyspozycyjnej, gotowej do pracy po godzinach i nieograniczonej obowiązkami opiekuńczymi. — Ten model historycznie był dopasowany do mężczyzny, który nie ponosi głównych kosztów opieki. Kiedy ojcowie zaczynają stawiać na partnerstwo w wychowaniu dzieci, przestają się w nim mieścić. Nawet jeśli firma deklaruje równość, z kultury pracy może wynikać coś zupełnie innego — podkreśla ekspertka.

Psycholożka podkreśla, że konsekwencje odbijają się na całym systemie. Jeśli mężczyźni wycofują się z opieki, bo obawiają się kosztów zawodowych, ciężar odpowiedzialności w praktyce spada na kobiety. To utrwala tradycyjny podział ról. Wtedy formalne zmiany w prawie nie przekładają się na rzeczywistość rynku pracy.

Jednocześnie zauważa, że widać dziś społeczne napięcie związane z pytaniem, kim ma być „prawdziwy mężczyzna”. Z jednej strony wraca tęsknota za modelem silnego, dominującego żywiciela rodziny, który koncentruje się na sukcesie i nie okazuje słabości. Z drugiej — promuje się nowy model męskości: czułej, zaangażowanej, obecnej. — Te dwa wzorce funkcjonują równolegle, ale instytucje rynku pracy często nadal premiują ten pierwszy — mówi Wieloch.

Do tego mężczyzna, który chce być blisko dziecka, może doświadczać wstydu, lęku przed oceną czy poczucia utraty statusu. Jeśli dodatkowo spotyka się z zawodowymi konsekwencjami, napięcie się pogłębia. Psycholożka stwierdza: — To nie jest wyłącznie kwestia pieniędzy czy awansu. To pytanie o to, czy jego sposób bycia mężczyzną jest społecznie uznany i bezpieczny.

Damian bał się, że jak nie będzie przynosił kasy do domu, to straci część swojej męskości. —Na szczęście mi przeszło. Nie muszę zarabiać, żeby być dobrym ojcem i partnerem. A na tym mi najbardziej zależy — podkreśla.

Starali się z żoną o dziecko przez sześć lat. W końcu zdecydowali się spróbować in vitro. Udało się za drugim razem. Poród był trudny, obciążający dla jego partnerki. Postanowił więc, że postara się maksymalnie odciążyć ją przy zajmowaniu się synem. Poza tym długo na niego czekali i Damian czuł, że chce być obecnym tatą.

W związku z tym, że pracował na umowie B2B, nie mógł skorzystać z urlopu rodzicielskiego. Ale za to w pełni korzystał z możliwości pracy zdalnej — wziął ją na trzy tygodnie ciągiem. Gdy wrócił do biura, okazało się, że ma przychodzić do biura dwa-trzy razy w tygodniu. I albo się dostosuje, albo może sobie szukać innej pracy. Potem jeszcze podkręcono limity — opcja zdalna wchodziła w grę tylko dwa razy w miesiącu.

Od koleżanek dowiedział się, że był obgadywany, bo jak to tak, że facet tyle uwagi poświęca dziecku. Tłumaczy, że w jego firmie pracowali głównie mężczyźni koło pięćdziesiątki, z zupełnie innymi wzorcami ojcostwa.

— Miałem pod górkę — wzdycha Damian. Po przedyskutowaniu sytuacji z partnerką uznał, że rezygnuje z pracy, jeśli nie może liczyć nawet na drobne ustępstwa. Zresztą i tak mieli niedługo wyjechać na rok za granicę. — Tam ciężko mi było znaleźć pracę, więc zajmowałem się domem i dzieckiem. I tak zostało, także gdy wróciliśmy do Polski — podkreśla.

Nie przeszkadza mu siedzenie w domu, nie ma potrzeby spełniania się w karierze zawodowej. Jego żona lubi swoją pracę, realizuje się w niej. Obojgu jest dobrze tak, jak jest. Co prawda dostał niedawno ofertę, jaka zdarza się rzadko, i zastanawiają się, co zrobić, ale Damianowi trudno byłoby zrezygnować z codziennego obserwowania, jak jego dziecko się rozwija.

Kilka razy spotkał się ze zdziwieniem ze strony znajomych, że wziął na siebie taką rolę. Niedawno w przychodni starsze panie dopytywały, czy będzie umiał ubrać dziecko. Odparł, że ubiera je trzy razy dziennie, więc dlaczego miałby nie umieć. — Coraz częściej jednak nic nie mówię. Wzruszam ramionami i robię swoje — mówi.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version