Prezes NBP Adam Glapiński właśnie zrozumiał, jak bardzo potrzebuje premiera Donalda Tuska. Stąd intensywne sygnały miłosne, które śle do rządu. Na tym tle doszło już do kłótni między zasiadającymi w zarządzie banku ludźmi PiS, a prezes ujawnił ich zarobki. To ostatnie miało być zasłoną dymną.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
To nigdy nie było proste uczucie. Adam Glapiński i Donald Tusk na przemian ze sobą współpracowali i opowiadali, jak bardzo się nie lubią.
W kampanii przed zwycięskimi wyborami sejmowymi w 2023 r. Tusk opowiadał, że wyprowadzi „Glapę” z NBP. Nie spodobało się to byłym prezesom NBP, związanym z obecną władzą. Hanna Gronkiewicz-Waltz, Leszek Balcerowicz i Marek Belka wysłali Tuskowi sygnał, by nie podążał tą drogą, bo próba usunięcia prezesa banku centralnego zostanie źle przyjęta przez unijne instytucje i rynki finansowe.
Tusk przyhamował z tym wyprowadzaniem, ale po przejęciu władzy uruchomił Trybunał Stanu, czyli sąd dla najważniejszych polityków i urzędników. Zdaniem premiera „Glapa” powinien zostać skazany za to, że nie dbał o stabilność złotego, tylko swymi decyzjami wspomagał rząd PiS. Za tym idzie zarzut złamania nakazu apolityczności prezesa NBP.
Szkopuł w tym, że Trybunał utknął, bo kieruje nim związana z PiS Małgorzata Manowska, szefowa Sądu Najwyższego. A ona po prostu nie zwołuje posiedzeń TS, coby nie sądzić „Glapy” i innych partyjnych kolegów.
Jednak coś zaczęło się zmieniać. Pojawiły się sygnały o przełamywaniu lodów i o odnowieniu relacji rządu z prezesem. Czyżby zwyciężyło dobro Polski? Zaiste, choć jak to często bywa w przypadku „Glapy” dobru Polski towarzyszy jeszcze większe dobro jego samego.
Otóż po utracie władzy przez PiS Glapiński zrozumiał, w jak trudnej życiowo sytuacji się znalazł. Nie chodzi o to, że Tusk realnie może mu coś zrobić — bo nie bardzo może i zapewne doczeka konstytucyjnego końca swych rządów w NBP w połowie roku 2028. Ale do tego czasu premier jest w stanie znacznie utrudnić mu komfort w NBP. Bo może mu odstrzelić ważnych dla niego ludzi.
Chodzi zwłaszcza o Martę Kightley, koleżankę ze Szkoły Głównej Handlowej. Kightley została pierwszą zastępczynią prezesa NBP, bo za rządów PiS Glapiński wychodził to u Jarosława Kaczyńskiego, z którym łączy go polityczny sojusz i pragmatyczna biznesowa współpraca od ponad trzech dekad. Szkopuł w tym, że już na początku marca przyszłego roku kadencja pani Marty się kończy. Może co prawda zostać w zarządzie na kolejne sześć lat, ale to nie jest proste. Wiceprezesów NBP powołuje co prawda prezydent na wniosek prezesa NBP, ale premier musi dać swą kontrasygnatę. I o tę zgodę z determinacją walczy „Glapa”. Kompletnie odpuścił walkę o innego odchodzącego wiceprezesa NBP — Piotra Pogonowskiego, byłego szefa ABW w rządach PiS. Na niego Tusk nie zgodzi się na pewno.
Prezes NBP Adam Glapiński i wiceprezeska banku Marta Kightley
Foto: Radek Pietruszka / PAP
Żeby zrozumieć, jak ważna jest to gra, trzeba opisać, kim dla Glapińskiego w NBP jest pani Marta. To nie tylko oddana żołnierka, która zgodzi się na wszystko i zaakceptuje każde oczekiwanie szefa. Przede wszystkim to ona — jako pierwsza wiceprezes — akceptuje urlopy Glapińskiego, jego delegacje i faktury. To dzięki niej Glapiński w ogóle rzadko bywa w pracy, wystarczy, że jest ona — jej rękami zdalnie rządzi NBP.
Jeśli zabraknie pani Marty, życie „Glapy” stanie się koszmarem. W obecnym zarządzie NBP, który składa się prawie wyłącznie z nominatów PiS, nie ma nikogo takiego, kto w ciemno i bez szemrania będzie kwitował jego urlopy, delegacje i wydatki.
Dlatego też Glapiński zaczął swój miłosny tan wokół ministra finansów Andrzeja Domańskiego, wiedząc, że ma on bezpośrednie przełożenie na Tuska. Efekty tych zalotów już widać — zarząd NBP pokłócił się o kluczową opinię dotyczącą budżetu państwa. Choć finanse publiczne trzeszczą w szwach, Glapiński złagodził bankową opinię, co skończyło się buntem pozostałych pisowców.
Finalnie zarząd przegłosował prezesa i przyjął ostrzejszą opinię, ale jeszcze na ostatniej prostej Glapa przypudrował to i owo. W dodatku — cóż za finezja — ujawnił zarobki zarządu NBP. Nie chodziło nawet o zemstę czy spacyfikowanie innych członków zarządu. Chodziło o zasłonę dymną. „Wiadomo — kombinował „Glapa” w swym niepodrabialnym stylu — że pospólstwo rzuci się na milionerów z NBP, a moja finezyjna gra pozostanie niezauważona”.
Glapiński wysyła do rządu jasny sygnał — jeśli zgodzicie się na Martę, nie będę robił rabanu na rynkach i w Unii, że niebezpiecznie się zadłużacie, a i politykę monetarną będę się starał wymuszać na Radzie Polityki Pieniężnej taką, żeby was bolało jak najmniej. Gra jest trudna, bo Tusk ma już na koncie odmowę kontrasygnaty dla kandydata na wiceprezesa za swych pierwszych rządów, gdy w NBP także rządził PiS. Inna rzecz, że ostatecznie ustąpił.
Tym ciekawiej będzie obserwować, co jeszcze pan Adam zrobi dla pana Donalda.





