– Wrocław pokochał Jacka Magierę, a Jacek pokochał Wrocław – powiedział ks. mgr Adam Skalniak, proboszcz parafii pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu.


Tak, to prawda. Choć Jacek Magiera urodził się w Częstochowie, gdzie został wychowankiem Rakowa. Choć to w Legii Warszawa spędził przeszło dwie dekady piłkarskiego życia, zliczając lata w roli zawodnika i trenera.


Wreszcie reprezentacja – najpierw młodzieżowa – a na koniec kariery i niestety również życia, ta najważniejsza, pierwsza w roli „prawej ręki” Jana Urbana.


Ale Wrocław okazał się być miejscem równie szczególnym do wyżej wymienionych. Przepełnionym emocjami, od tych wyjątkowo radosnych, zapisujących imię i nazwisko Jacka Magiery w dziejach WKS – choćby jako wicemistrza Polski. Ale też tych przykrych, niepowodzeń, które w zawodowym sporcie są nieodłącznym elementem drogi.


I to fatalne, niewytłumaczalne, piątkowe przedpołudnie 10 kwietnia…

Pożegnanie Jacka Magiery z Wrocławiem. Ostatnia notatka przed śmiercią


Wybierając się we wtorkowy (tj. 14 kwietnia) wieczór do kościoła, na mszę dziękczynną, muszę przyznać, że chciałem spróbować zrozumieć. Pogodzić się z tym, co siedzi we mnie od tego momentu, w którym dowiedziałem się o śmierci trenera Magiery. Bo choć nie byliśmy przyjaciółmi, a nasze relacje ograniczały się do kilku dłuższych wywiadów, paru krótszych i stosunkowo częstych spotkań w tej samej części Wrocławia, to odejście pozostawiło ogromną pustkę. Którą odnajdywałem w kolejnych ludzkich wspomnieniach, ukazujących się w ostatnich dniach z różnych stron wręcz hurtowo.


Co zresztą w pełni zrozumiałe.


Cytowany ks. Skalniak, a przede wszystkim ks. Sylwester Łaska, pokazali jednak, jakie oblicze może mieć śmierć. Proboszcz przypomniał, że to właśnie św. Franciszek, pod którego wezwaniem jest wrocławska parafia, o śmierci mówił per siostra. Święty z Asyżu traktował ją tak, wiedząc, że jest nieunikniona i siostrzana wobec wszystkich stworzeń. I nie można przed nią uciec. Franciszek nie traktował jej jako kary czy strasznego końca, a w kategoriach naturalnego etapu i przejścia do życia wiecznego, czyli zjednoczenia z Bogiem. Śmierć to wg. nauczania tego świętego część świata, a nie ludzki wróg.


Oczywiście w tak trudnym czasie nie jest łatwo przyjmować do siebie religijne nauki, ale trzeba oddać duszpasterzom we Wrocławiu, że z ogromnym wyczuciem potraktowali ten szczególny moment. Kościół za to po prostu pękał w szwach. Czuwanie przy trumnie i ostatnie pożegnanie trenera Magiery, przyciągnęło mnóstwo ludzi. Zarówno tych, którzy mieli ze zmarłym relacje bliższe, jak i tych, którzy znali go np. z nieco dalszej perspektywy.


A to była, a tak właściwie nadal jest, jedna z największych mocy, jakie charakteryzowały Jacka Magierę. Odnosiłem takie wrażenie właściwie za każdym naszym kontaktem i – tu ponownie – czytając wspomnienia innych, szybko zrozumiałem, że nie byłem w tym odosobniony. Mowa o zdolności do wysłuchania drugiego człowieka i potraktowania jego „momentu”, jako czegoś niezwykle ważnego. Bez nadęcia, a z otwartym umysłem – co więcej – sercem, chcąc znaleźć rozwiązanie, pomóc, być może wskazać też kierunek.


Szczerą, ludzką życzliwością i dobrocią.


To wszystko można też było również odnaleźć w bardzo osobistej, poruszającej homilii księdza Łaski. Przyjaciela rodziny Magierów, który opowiedział historię, którą pozostawiam – ustami nieodżałowanego autora – w nagraniu poniżej. Świadectwo, które sam otrzymałem kilkadziesiąt godzin po śmierci JM od mojego znajomego.


Myślę, że to lektura obowiązkowa, aby zrozumieć magię „Magica”.



Ksiądz wspomniał również o treści ostatniej notatki, jaką zanotował w telefonie Magiera.


To tu toczy się walka codzienna.


Robić.


Nie robić.


Chcę.


Nie chcę.


Dosłownie kilka minut później II trener reprezentacji Polski zasłabł w trakcie treningu w parku Grabiszyńskim. Niestety, jego życia nie udało się uratować.


– Pamiętajmy jednak, że Jacek nie odszedł. On tylko zmienił sektor na trybunach – skwitował homilię wyraźnie poruszony Łaska.


Nie ma co ukrywać, dookoła nie brakowało łez. Zwłaszcza przy fragmentach opowieści księdza o znaczeniu wiary w życiu trenera i temu, jak piękne świadectwo, jaką moc, pozostawił dla najbliższych. A oni, po starcie taty i męża, wzięli różańce i zawierzyli modlitwie – tak jak to robili wcześniej, wspólnie.


Kibice i generalnie ludzie związani z WKS nie zawiedli, dziękując JM za wszystko. Były specjalne słowa, był też symboliczny pokaz pirotechniki przy kościele. Całość w sposób godny. Kibicowska brać zapewne pożegna zresztą Magierę podczas sobotniego (tj. 18 kwietnia) meczu ligowego Śląska na Tarczyński Arenie.


Zespół walczy o awans, to na pewno będzie ważne, ale nie najważniejsze.


Na koniec, przy wynoszeniu trumny, „Magic” otrzymał długą, zasłużoną owację. Były też skandowane podziękowania. I pożegnanie z Wrocławiem, bo pogrzeb odbędzie się w czwartek (tj. 16 kwietnia) w Warszawie. Na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.


A Wrocław o panu nie zapomni, panie Jacku.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version