One są przecież mądre te bociany. Może chociaż żaby mamy w Polsce smaczne.

Jedną z moich największych życiowych przyjemności jest jazda pociągiem. Najlepiej niech to będzie pociąg jadący szybko, koniecznie z wagonem ciszy, żeby nikt nikomu nie przeszkadzał rozmawianiem, żeby tylko od czasu do czasu, przy okazji bardzo rzadkich postojów na węzłowych stacjach, w głośnikach odzywał się szemrzący delikatnie kobiecy głos przypominający o tym, byśmy zabrali ze sobą nasze personal belongings, okraszony chopinowskim motywem, słusznie nazwanym przez prof. Rusinka „Nokturnem Pendolino”. Nic mnie tak nie koi, chociaż kiedyś popełniłam srogie faux pas, bo jak pewna pani organizatorka zapytała, jakie bym chciała bilety, to odpisałam: „Wszystko jedno, tylko koniecznie proszę w waginie ciszy”. Zdałam sobie sprawę z literówki dopiero po wysłaniu wiadomości, cofnąć nie było jak, ale nikt do tego na szczęście nie nawiązał później, bo to w końcu była jakaś impreza wysoce kulturalna, z ludźmi na poziomie. Chociaż oczywiście to nowe określenie ze mną zostało i tak sobie o tym w moim osobistym idiolekcie właśnie myślę.

Jechałam zatem pociągiem w powyborczy wtorek, żeby wziąć w Gdańsku udział w ważnej debacie o wolności, za oknem przebiegała mi Polska, w wagonie było jak makiem zasiał, a ja patrzyłam jak urzeczona na te pola, łąki, lasy, jeziora, rzeki oraz bezmiar nieba, którego błękit stanowił idealne tło dla gdzieniegdzie porozrzucanych wacików chmurek. Komponowało się to wszystko ze sobą niczym doskonały sernik ze świeżo zmieloną kawą w wagonie restauracyjnym Wars. Kiedyś jeden mój niemiecki kolega też wybrał się w podróż polskim pociągiem i zadzwonił do mnie przerażony z pytaniem, czy ta nazwa wagonu z jedzeniem to jest jakiś koszmarny żart, czy egzotyczna forma upamiętnienia i dlaczego te „wojny” są po angielsku, dlaczego w liczbie mnogiej. Nie znał biedak naszej pięknej warszawskiej legendy, ale może właśnie dobrze mu tak, nigdy dość aktywowania sumienia i budzenia historycznie uzasadnionego poczucia winy, które odkłada się tak pięknie w komórkowej pamięci pokoleń.

Zresztą jak myślę o Warsie i Sawie, to mi z kolei przychodzi do głowy mój sycylijski student, który przyjechał do Warszawy na semestr, a został na życie. Spodobał mu się najpierw śnieg, bo go nigdy wcześniej nie widział, a potem zakochał się w naszej stolicy tak mocno, że kiedy jemu i jego polskiej żonie urodziła się córeczka, to ją nazwali Sawa. Nie znałam nigdy wcześniej nikogo o tym imieniu, a przecież jest śliczne i takie nasze. Warsa też nie miałam okazji nigdzie poza pociągiem spotkać.

Wracam do tematu głównego, czyli gapienia się w okno wagonu ciszy. Otóż całkiem niespodziewanie za tym oknem zobaczyłam bociany. Chodziły sobie po łące, były majestatyczne na długich czerwonych nogach i pracowicie szukały żab. Nagle zdałam sobie sprawę, że zapomniałam przez to wszystko ich wyglądać i celebrować fakt, że wciąż nad Wisłę trafiają i przynoszą ten rodzaj spokoju, który gdzieś mi się ostatnio zgubił pod wyborczymi plakatami, debatami, porażkami sztabów, skandalami, brudami, kolejnymi błędami, niemożnością uwierzenia, że to się dzieje naprawdę. Najważniejsze sprawy przysypał mi ponury kampanijny piach obietnic bez możliwości pokrycia, wzajemnej niechęci, gromadzenia się pod totemami własnych plemion, budowania wirtualnych wizerunków, gangsterów, kawalerek, bążurów i zabiegania o poparcie ze strony ludzi, od których by się w normalnych okolicznościach kubka mąki nie pożyczyło. Zamiast myśleć o tym, co ważne, szukałam drogi wśród ustaw, których nie było, i ustawek, które były jak najbardziej. I na koniec chciałam się całkiem załamać, pewnie bym to zrobiła, gdyby nie ogarnął mnie płomienny wkurw na bylejakość tej całości, zwanej „debatą publiczną”, tej farsy pod tytułem „życie społeczne” i tej odbierającej ochotę do życia, fatalnie zrobionej, tasiemcowej, niekończącej się nigdy telenoweli pod tytułem „kampania”.

A tu tymczasem bociany do nas przyleciały. Jak je na tej łące zobaczyłam, zrozumiałam, że jednak nie może być tak całkiem źle. One są przecież mądre te bociany. Ja bym nie trafiła z Afryki bez mapy, a one trafiają. Wracają do tych swoich gniazd, niosą radość i taką myśl, że nie jest wcale najgorzej, że może chociaż żaby mamy w Polsce smaczne. Zrobiło mi się znacznie lepiej, bo przypomniałam sobie o czymś bardzo ważnym. O czymś, co pozwala przeżyć nawet w bardzo trudnych warunkach – o nadziei. Nie takiej heroicznej, co „umiera ostatnia”, ani naiwnej jak „matka głupich”, ale o tej, która każe wypatrywać dobrych omenów i się z nich cieszyć.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version