Rekrutują młodzi ludzie, bez mojego doświadczenia i kompetencji — opowiada Jan. Ma 43 lata, od dwóch szuka pracy na stanowisku menedżera. — Głupio mi, ale wypełniam kolorowanki, testy na inteligencję i umiejętność pracy w grupie. A potem i tak nikt nie dzwoni — mówi. Takich jak on są tysiące.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Pawła (49 lat, bezrobotny od roku) poznaję na warszawskich targach pracy. Przystojny, świetnie ubrany, podchodzi do kolejnych wystawców, wręcza swoje CV i bierze wizytówki. — Mam nadzieję, że ktoś doceni moje doświadczenie jako sales managera w agencji pracy tymczasowej i zatrudni na podobnym stanowisku — mówi, pakując do torby ulotki i foldery wystawców. Kiedy dzwonię pół roku później, w jego głosie nie słychać dawnego optymizmu.
— To były targi iluzji, a nie pracy — mówi. — Nikt nie zadzwonił ani nie odpisał na maila. Początkowo myślałem, że coś jest ze mną nie tak. Potem przywykłem, że każdy miesiąc poszukiwań to pożegnanie z kolejnymi złudzeniami o rynku pracy dla menedżera.
Na pierwszy ogień idzie mit urzędu pracy jako źródła realnych propozycji. Urzędniczka przekonuje, że ktoś tak elastyczny jak on — przez 20 lat oficer na statkach, przez trzy lata sales manager — bez problemu odnajdzie się w każdej branży. Proponuje kontakt z firmą kosmetyczną, która ma poszukiwać przedstawiciela handlowego. Paweł dzwoni — telefon odbiera ktoś mówiący łamanym polskim — ale nie dostaje odpowiedzi na podstawowe pytania o model pracy, oczekiwania i samochód służbowy.
Sięga więc po kolejną propozycję urzędu — ogłoszenie agencji pracy tymczasowej. Warunki i oczekiwania kopiuj-wklej jak w jego ostatniej firmie. — Pani z HR zachwycona. Zaprasza na rozmowę w czwartek. Dzwonię w środę, żeby potwierdzić. Pani odbiera, mówi, że odezwie się za tydzień. Jest południe, a ona rzuca na pożegnanie: „Dobranoc”. Do dziś nie zadzwoniła, a minęło pół roku — mówi Paweł. Kolejnym mitem okazuje się przekonanie, że pracodawca kieruje się w poszukiwaniach jasnymi zasadami.
W rozmowach z kolejną firmą — z branży budowlanej — dochodzi do ostatniego etapu rekrutacji. Ubrany elegancko czeka na video call, podczas którego ma dopiąć finanse. Kwadrans przed połączeniem dostaje SMS: „Rekrutacja została zakończona”. Nikt nie wyjaśnia dlaczego. Podobnie kończą się starania o etat menedżerski w przedsiębiorstwie cukierniczym. Nikt nie odpisuje na jego maila, mimo że bezbłędnie wypełnia test kompetencyjny.
Kieruje się więc kolejnym mitem o rynku pracy, czyli bierze sprawy we własne ręce. Z pytaniem o etat dla sales managera dzwoni do kilkudziesięciu przedsiębiorstw. W jednym słyszy, że szukają szkoleniowca dla operatorów wózków widłowych. Pracownik HR jest zachwycony, że Paweł, najpierw jako drugi, potem trzeci oficer na statku szkolił młodych marynarzy. — Były achy i ochy. A potem? Jak zawsze, czyli d*** — mówi Paweł.
Trybik w fabryce kłamstwa
Ghosting ze strony potencjalnego pracodawcy to tylko jedna z patologii rynku — mówi Jan (43 lata, dwa lata szuka pracy na stanowisku menedżera). W branży IT — w Krakowie, który uchodzi za zagłębie informatyków — pracował 15 lat. Zaczynał od tworzenia stron, był m.in. administratorem serwisów społecznościowych. Przenosząc się do Krakowa z małego miasta, miał kilka garnków, ubrania i kołdrę. Na ostatnim stanowisku kierowniczym wskoczył do wąskiego grona najlepiej zarabiających Polaków. Kupił dom za Krakowem, auto, działkę.
— Po covidzie w branży IT dochodzi do rewolucji. Firma ściąga ludzi do biur, a moje stanowisko likwiduje — opowiada. Od razu — jak mówi — rusza do boju. Wyszukuje ogłoszenia. Dopasowuje do oczekiwań i wysyła setki CV. Błyskawicznie orientuje się, że jest jednym z tysięcy bezrobotnych menedżerów z likwidowanych oddziałów firm, okrajanych start-upów i zwolnień grupowych z takich gigantów jak Facebook czy Google. Nowych miejsc pracy brak, bo Polska przestaje być wymarzonym lądem dla m.in. amerykańskich korporacji, które boją się wojny z Rosją.
— Na kilkaset wysłanych przez prawie dwa lata CV mam kilkadziesiąt rozmów o pracę — mówi Jan. — Rekrutują młodzi ludzie, bez mojego doświadczenia i kompetencji. Czuję się jak stolarz pytany o umiejętność wbijania gwoździa. Głupio mi, ale wypełniam kolorowanki, testy na inteligencję i umiejętność pracy w grupie.
Zna angielski, prowadził międzynarodowe projekty, ale podczas rekrutacji musi udowodnić, że potrafi w tym języku napisać maila. Zarządzał multidyscyplinarnym zespołem, ale podczas rozmowy o pracę dostaje zadanie stworzenia prostego use case, to podstawa tworzenia oprogramowania. Rozmawia z rekruterami m.in. z Indii, Niemiec, Danii czy Australii. Zdarza się, że ktoś podczas połączenia live wychodzi z pokoju albo zjada sałatkę. — Bywa, że przechodzę sześć etapów rekrutacji. Na finiszu słyszę, że jestem jednym z dwu kandydatów, ale potem nikt nie dzwoni. Czuję się jak trybik w fabryce kłamstwa — mówi.
Menedżerskie piekło
Czterdziestoparoletni, bezrobotny menedżer często trafia na podejrzane oferty pracy. Niewprawiony w poszukiwaniach może stracić czas i pieniądze — mówi Łodzianin Marcin (43 lata, od pół roku szuka pracy). Na pierwszy rzut oka ideał dla pracodawcy: skończył studia pedagogiczne, ale żadnej pracy się nie boi. Pracował jako listonosz, brukarz, budował sieci wodociągowe. Błyskawicznie sprawdza się w branży elektronarzędzi. Zna się nie tylko na wiertarkach, młotach pneumatycznych czy szlifierkach kątowych, ale też na metodach pracy z klientem. W początkach kariery pracuje w terenie po 10-12 godzin dziennie. To doświadczenie przydaje się, kiedy awansuje na regionalnego kierownika sprzedaży. — Pewnie robiłbym to nadal, ale firma wycofała się z Polski — mówi. — Na pożegnanie dostałem niezłą odprawę. Wcześniej mogłem też wykorzystać urlop rodzicielski do opieki nad trzyletnim synkiem.
Na znalezienie pracy daje sobie czas od października ubiegłego roku do końca marca. Postanawia, że jeśli nie uda mu się znaleźć etatu na stanowisku menedżerskim w branży budowlanej, pójdzie do fizycznej roboty. Nie stać go na bezczynność: mają z żoną kredyty na 500 tys. zł i trójkę dzieci. Żona od trzech lat choruje na nowotwór. Pracuje w branży finansowej, jest w fazie remisji i przez kilka miesięcy może utrzymywać rodzinę, ale Marcin musi mieć plan B. Dopuszcza pracę w magazynie, na kasie, jako operator wózków widłowych.
— Na razie jednak aplikuję na stanowisko kierownicze. I trafiam do menedżerskiego piekła — mówi. Hurtownia budowlana, która od niedawna poszukuje sales managera, wydaje się ciekawą propozycją. Marcin dzwoni, umawia się na spotkanie. Okazuje się, że firma poszukuje kogoś, kto łączyłby funkcję kierownika z przedstawicielem handlowym. W wolnych chwilach miałby też być sprzedawcą w hurtowni. Pensja? Najniższa krajowa, plus procent od tego, co uda mu się sprzedać. Dolny pułap sprzedaży to 300 tys. zł miesięcznie. Realna szansa na procent pojawiłaby się, gdyby pracował za trzech, po 12 godzin, siedem dni w tygodniu.
W innym kręgu menedżerskiego piekła trafia na ogłoszenie o naborze na stanowisko dyrektora generalnego niewielkiej firmy z branży chemicznej. Okazuje się, że to zwykła sprzedaż obwoźna za procent od obrotów. Trafia też na ogłoszenie o pracę w firmie sprzedającej garnki. Też na procent. Właściciel firmy z garnkami jest wspaniałomyślny i pozwala na sprzedaż produktów konkurencji.
Poznać słowa klucze
Czterdziestoparoletni menedżerowie to dzieci przełomu: wychowywali się na przecięciu ery analogowej i cyfrowej. Mają wyobraźnię, konkretne umiejętności. Ogarniają więcej niż ich dzieci z pokolenia Z. I niestety, utknęli w przekonaniach, które już dawno straciły kontekst — mówi Marlena Szymanek, ekspertka HR, obecna na TikToku jako Woonti. — Jednym z tych przekonań jest wiara, że za ciężką pracę w jednym miejscu należy się awans — dodaje. — Ktoś ma pracownika zauważyć i docenić, ale dziś to tak nie działa. Pracownik musi sam szukać ścieżek awansu. Również w innych firmach, bo skończyła się era jednego etatu na całe życie.
Szymanek uważa, że dzisiejsi bezrobotni menedżerowie pomału i boleśnie przekonują się, że najbezpieczniej mieć kilka źródeł dochodu. Dociera też do nich, że do lamusa odchodzi tzw. praca na wejście. Kiedyś można było zacząć karierę w dużych firmach od prostych prac, typu wklepywanie danych do komputera. Dziś te drobne czynności wykona sztuczna inteligencja. Skończył się też miałki rynek pracy, na którym to pracodawca miał dopasować do stanowiska umiejętności kandydata. Dawne CV to historia życia. Dziś to słowa klucze, czyli niezbędne kompetencje. — Pracodawca wymaga konkretów — mówi Marlena Szymanek. — Nie interesuje go tak bardzo wygrana w konkursie studenckim, ale np. niezbędna na stanowisku menedżera w branży metalurgicznej znajomość rynku stali i obostrzeń w handlu z Chinami. I twarde umiejętności technologiczne.
Ekspertka zauważa, że bezrobotni menedżerowie nie zawsze rozumieją, że na rynku pracy oprócz konkretnych kompetencji liczy się sieć kontaktów biznesowych. Nie wszyscy uzupełniają swój profil na LinkedIn. Zmieniając miejsce pracy, często palą mosty i nie zbierają referencji. Zasłaniając się źle pojętą dumą, traktują LinkedIn jako lans prezesów, tymczasem dziś to podpowiedź dla potencjalnego pracodawcy. Podobnie podchodzą do swoich mediów społecznościowych, a również dzięki nim rynek rozpoznaje specjalistów. — Warto, np. na swoim koncie na TikToku, pokazywać, w czym jesteśmy ekspertami — mówi Szymanek. — Idealnie, jeśli znajdziemy swoją niszę, np. w tematach dotyczących uprawy roślin czy gotowania. Im bardziej jesteśmy unikatowi, tym lepiej. Generujący tysiące wyświetleń film z naszych mediów społecznościowych czasem zadziała lepiej niż setki wysłanych CV.
Niestety, co zauważa Marlena Szymanek, wielu poszukujących pracy menedżerów nie akceptuje zmian. Grzęzną w bezimiennej masie. I dają się nabrać np. na puste ogłoszenia o pracy, które często są testem rynku i sposobem na zebranie danych.
Być Bogiem albo nikim
Nie mam złudzeń: 40-letni, bezrobotny menedżer jest niewidzialny na rynku pracy. Nigdy nie wróci do korporacji, która stawia na młodszych. Jeśli nie założy swojego biznesu, jedyne, na co dostanie szansę, to praca w firmie prywatnej — mówi Jerzy, 57-letni dyrektor sprzedaży z Poznania. — Sam niedawno prowadziłem rekrutację na stanowisko menedżerskie. Postawiłem na kobietę z pokolenia Z, która jako jedyna w firmie wywalczyła sobie dwa dni w tygodniu na home office.
Historia Jerzego to opowieść o pokoleniu wchodzącym w dorosłość po przełomie 1989 r. I wychowanym w tzw. kulturze zapierdolu. Skończył psychologię, ale przez 37 lat pracuje w 11 największych korporacjach świata. W rozkwicie kariery jest dyrektorem sprzedaży na Europę Centralną i Wschodnią. Dwa razy traci pracę. Tydzień przed pierwszym zwolnieniem robi najlepszy wynik sprzedażowy w historii firmy. Mimo to słyszy od prezesa: „Jurek, jesteś świetnym menedżerem, ale nie pasujemy do siebie”.
Przez cztery i pół roku szuka pracy. Nie potrafi pogodzić się ze stratą stanowiska menedżerskiego, które — jak mówi — jest filarem jego tożsamości. Chwalony i premiowany czuje się bogiem. Odcięty od sukcesu staje się nikim. I nie ma pojęcia, który jego obraz jest prawdziwy. A rynek — podobnie jak dla innych menedżerów 40 plus — nie jest dla niego łaskawy. Przez pierwsze lata jeszcze odbiera telefony od head hunterów. — Nikt jednak nie chce postawić na takiego wypaleńca jak ja — wspomina.
Na szczęście ma oszczędności. Na skraju podpoznańskiej wsi stawia dom z bali. To jego terapia. I plan na życie. Chce w tej chacie organizować warsztaty dla wypalonych menedżerów. Przez moment prowadzi też własny biznes: produkuje żywność ekologiczną. Po covidzie biznes siada. A po pierwszym od dawna telefonie od head huntera dociera do niego, że wyzwania, realizacja planów sprzedażowych i towarzyszące im emocje są wpisane w jego DNA. — Ale praca w firmie prywatnej, czyli miejscu, które jeszcze przyjmie menedżera 40 plus, to dramat — mówi. — Właściciele firm osiągnęli sukces, lecz wiele przeszli i są nieufni, kontrolujący, często stosują mobbing. Nikt, kto ma zdrową alternatywę, tu nie zostanie. Dla mnie, jako starego menedżera, alternatywy brak. A jestem coraz słabszy, mam problemy z ciśnieniem i sercem.
Paweł, którego poznałam na warszawskich targach pracy, ma za sobą epizod depresyjny. Jan, były menedżer z IT, stara się wykorzystać przymusową przerwę w zatrudnieniu. Dziesiątki godzin poświęca na pracę nad językiem angielskim. Zrobił trzy certyfikaty i odbył dziesiątki rozmów, które mają mu pomóc w powrocie do branży. Marcin, który z pracy na poczcie przeskoczył do zarządzania w branży elektronarzędzi, pomału godzi się z degradacją. Ale w głębi serca wierzy, że — wbrew informacjom o niewidzialnych menedżerach 40 plus — ktoś go jednak zauważy. I doceni.




