Dokument „Igrając z diabłem”, zwycięzca 66. Krakowskiego Festiwalu Filmowego, uświadomił mi, że życie Christophera Morrisa, amerykańskiego fotografa wojennego, na poziomie egzystencjalnych wyborów bliskie jest doświadczeniom Piotra Sobocińskiego, polskiego operatora, który zrobił błyskotliwą karierę w Hollywood. Obaj za pasję i talent byli w stanie zapłacić najwyższą cenę.
Filmy dokumentalne są jak snopy światła wpuszczone w zakamarki życia. Autorzy prowadzą nas w odnogi światów, do których sami byśmy nie trafili.
Dokumenty „Igrając z diabłem” Piotra Małeckiego i Maćka Nabrdalika oraz „Magic hour” Marcina Borchardta wciągają jak fabuła, tym mocniejsza, że w rolach głównych występują autentyczni ludzie.
Christopher Morris jest jednym z najsłynniejszym amerykańskich fotografów wojennych. Był nie do zatrzymania w pasji zdobycia jak najlepszego ujęcia, co oznaczało w praktyce podglądanie ludzkości w jej najbardziej bestialskich odsłonach. Sfotografował m.in. mord, którego dokonali Serbowie na pacjentach szpitala w Vukovarze. Zdjęcia posłużyły jako dowód w procesie przed międzynarodowym trybunałem. Spędził tygodnie w Groznym, oblężonej przez Rosjan stolicy Czeczenii. Dla zdjęć ryzykował życie. Założył elitarną agencję fotograficzną gwarantującą wojennym reporterom niezależność. Zrewolucjonizował język politycznej fotografii, uciekając od sztampowych kadrów.
Autorzy filmu — także uznani fotograficy, Piotr Małecki należy do agencji założonej przez Morrisa — spotykają się z bohaterem w jego domu na Florydzie. Morris, szczupły, ubrany na czarno, z kapturem naciągniętym na głowę, przed wspomnieniami chroni się w bliskości z żoną i córkami. Autorzy filmu obserwują go przy codziennych czynnościach i kiedy wspomina pierwsze randki z żoną. Ale to także moment dla reportera szczególny. W piwnicy sielskiego domu przez lata zgromadził archiwum śmierci. Tysiące zdjęć, często nigdzie niepublikowanych, będących świadectwem straszliwych zbrodni popełnionych w konfliktach zbrojnych na przełomie XX i XXI w. Morris postanawia zdigitalizować swoje archiwum. Poruszająca jest jego rozmowa z nastoletnimi córkami, którym przekazuje fotograficzny spadek, tłumacząc, jak powinny się z nim obchodzić. Ten zbiór fotografii to zobowiązanie wobec tych, którzy trwają już tylko na kliszach Morrisa. Fotograf z rosnącym niepokojem przygląda się coraz bardziej spolaryzowanej Ameryce. Chodzi na antytrumpowskie wiece i jednocześnie prowadzi telefoniczne rozmowy z matką, która popiera Trumpa. W niepokoju wrażliwca, który na własne oczy widział, jak działają mechanizmy nienawiści, wyczuwamy, że igramy z diabłem.
Na krawędzi fizycznej wytrzymałości, ale jednocześnie w rytmie własnej pasji żył Piotr Sobociński, polski operator, bohater dokumentu „Magic hour”. Po sukcesie „Czerwonego” w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego, Sobociński trafił w latach 90. do Hollywood na plany filmowe z Meryl Streep („Pokój Marvina), Melem Gibsonem i Rene Russo („Okup”). Kręcił z Paulem Newmanem, Reese Witherspoon, Gene’em Hackmanem w „Półmroku”.
Borchardt nakręcił opowieść o spełnionym amerykańskim śnie głównie w oparciu o filmy, które robił sam Sobociński. Operator wraz z rodziną przeniósł się do Hollywood. Dokumentował codzienne sytuacje układające się w historie pod tytułem szczęśliwe życie: dom nad oceanem, zwiedzanie Ameryki, ukochana żona, która zrezygnowała z kariery aktorskiej, żeby rodzina mogła być razem. Przy okazji powstał portret klanu, którego świat kręcił się wokół filmu. Nestor rodu, Witold Sobociński, to legenda polskiej sztuki operatorskiej. Nadawał ton rodzinnemu życiu. To on wciągnął syna do świata wysmakowanych kadrów, które pokochała fabryka snów.
Sen miał swoje mroczne strony. Sobociński mówi w filmie, że do hal zdjęciowych wyjeżdżał przed świtem, wracał do domu w środku nocy. Widzimy go podczas pracy w pełnym napięciu, w walce z ciągle nowym sprzętem, tłumem ludzi, przed którymi nie można się przyznać, że się czegoś nie wie. Ze smutkiem wyznaje, że nie zauważył, kiedy minęła zima i że już skończyło się lato.
Był coraz bardziej zmęczony, ale film to narkotyk. Przyjaciel, Louis Mandoki, namówił go na jeszcze jeden film. Piotr Sobociński zmarł na zawał w wieku 43 lat. Borchardt, dzięki czułej pracy z archiwaliami, złapał tę ulotną chwilę w życiu Piotra Sobocińskiego, magic hour, kiedy jego świat wyglądał najpiękniej. Obaj synowie Sobocińskiego są uznanymi operatorami, a córka Maria Sobocińska jest aktorką. Wspaniały dokument.

