We Francji nie tylko konserwatywna prawica, ale nawet większość lewicy w latach 60. XX w. nie miała odwagi prowadzić batalii o wolność kobiet w dziedzinie prokreacji.

„Każdego roku we Francji milion kobiet dokonuje aborcji. Naraża je to na niebezpieczeństwo, bo są zmuszone działać nielegalnie. Ten sam zabieg, kiedy jest dokonywany pod nadzorem lekarzy, należy do najprostszych procedur medycznych. O tych kobietach się milczy. Jestem jedną z nich. Przyznaję, że miałam aborcję”. Tak zaczynał się „Manifest 343 kobiet”, który ukazał się 5 kwietnia 1971 r. w tygodniku „Le Nouvel Observateur”. W dalszej części listu było żądanie legalnej i dostępnej dla wszystkich aborcji oraz antykoncepcji. Podpisały się takie sławy jak feministka i pisarka Simone de Beauvoir, aktorki Catherine Deneuve czy Marie-France Pisier, pisarka i reżyserka Marguerite Duras, pisarka Françoise Sagan oraz adwokata Gisèle Halimi.

Tydzień później pismo satyryczne „Charlie Hebdo” opublikowało karykaturę konserwatywnego premiera Michela Debré z pytaniem „Kto zapłodnił 343 zdziry od manifestu w sprawie aborcji”. Z ust premiera dobywał się komiksowy dymek z napisem „To było dla Francji”. Mimo że karykatura była ewidentną kpiną z natalistycznych poglądów premiera sprzeciwiającego się aborcji i antykoncepcji, najbardziej uderzyła w sygnatariuszki listu. Od tej pory wszyscy we Francji nazywali je zdzirami, a krytycznej wymowy rysunku, który miał ośmieszać hipokryzję polityków, prawie nikt nie pamiętał. Mimo to tabu zostało skutecznie przełamane.

Aborcja we Francji przez wieki była nielegalna. Po raz pierwszy wyraźnie jej zakazał edykt króla Henryka II z 1556 r. Pewne poluzowanie w tej kwestii przyniosła rewolucja francuska. Kodeks karny uchwalony w 1791 r. zdejmował odpowiedzialność karną z kobiety, ale utrzymywał ją dla tych, którzy jej w aborcji pomagali. Za Napoleona znów zaczęto karać także kobiety. Przepisy z 1810 r. utrzymały się przez cały XIX i początek XX w. Dopóki po I wojnie światowej nie zostały jeszcze bardziej zaostrzone.

Po I wojnie światowej, w której Francja straciła blisko 4 proc. ludności, parlament przegłosował ustawę mającą zapobiec kryzysowi demograficznemu. Nowe prawo zakazywało nie tylko aborcji, ale także wszelkiej „propagandy dotyczącej antykoncepcji”. Nie przyniosło jednak spodziewanych efektów. Politykę natalistyczną kontynuowano za czasów kolaborującego z Hitlerem rządu Vichy, który posługiwał się hasłem: „Praca. Rodzina. Ojczyzna”. Już 1 września 1941 r. tak zmieniono prawo, by wyroki za aborcję nie mogły być orzekane w zawieszeniu. A w lutym kolejnego roku aborcję uznano za „zbrodnię przeciwko społeczeństwu, państwu i rasie”. Karą za jej wykonanie miała być śmierć.

To właśnie na mocy tego przepisu 30 lipca 1943 r. zgilotynowano Marie-Louise Giraud. Mieszkała w Cherbourgu w Normandii. Była prostą kobietą, żoną marynarza i praczką. W czasie wojny podnajmowała pokój kobietom jeszcze biedniejszym od siebie, często prostytutkom. Jej życie mógł ocalić marszałek Pétain, któremu przysługiwało prawo łaski wobec skazanej na śmierć. Nie skorzystał z niego. Marie osierociła dwoje dzieci. Dla wymiaru sprawiedliwości ich los okazał się mniej ważny niż 27 płodów, które wcześniej usunęła, pomagając innym kobietom.

Była jedną z dwóch ofiar drakońskiego prawa i jedyną kobietą. Wykonany na niej wyrok był ostatnim przypadkiem zgilotynowania kobiety we Francji. Drugim skazanym z tego samego paragrafu był mężczyzna, niejaki Désiré Pioge. Na co dzień zajmował się kastrowaniem koni. Udowodniono mu pomoc w trzech aborcjach.

Karę śmierci za aborcję zniesiono wraz z obaleniem kolaboracyjnego reżimu, ale w powojennej Francji natalistyczne prawo obowiązywało jeszcze przez 22 lata. Władze wolały tolerować ten pełen hipokryzji stan — teoretycznie nielegalny, ale szeroko praktykowany obrót środkami antykoncepcyjnymi oraz podziemie aborcyjne wykonujące co najmniej kilkaset tysięcy zabiegów rocznie — niż zmienić archaiczne przepisy.

W kampanii prezydenckiej 1965 r. kandydat socjalistów François Mitterrand proponował legalizację pigułki antykoncepcyjnej. Wygrał urzędujący Charles de Gaulle, konserwatysta, który na postulaty Mitterranda miał odpowiedzieć: „Chcecie zniszczyć to, co kobiety mają najcenniejszego — płodność. Kobieta jest stworzona, by rodzić dzieci. Jeśli zaakceptujemy pigułkę, nic już nie będzie się liczyło. Seks wszystko zdominuje!”.

Paradoksalnie jednak to właśnie gaulliści doprowadzą do legalizacji kobiecej antykoncepcji. A człowiekiem, który za tym stanie, będzie zaufany wieloletni współpracownik generała Lucien Neuwirth. Ten członek antynazistowskiego ruchu oporu część wojny spędził w Wielkiej Brytanii i to właśnie tam dowiedział się o dobrodziejstwach antykoncepcji. Jak wspominał pół wieku później, umówił się w Londynie na randkę z koleżanką z wojska, Brytyjką. Gdy doszło do zbliżenia, dziewczyna wsunęła mu do ręki dopochwową globulkę antykoncepcyjną. Neuwirth był w szoku.

Po wojnie został zawodowym politykiem. Jako poseł z robotniczego Saint­‑Étienne często miał do czynienia z biednymi kobietami ze swojego okręgu, które, udręczone wielokrotnym macierzyństwem, skarżyły mu się na swój los. Obserwując ich zmagania, nabrał pewności, że francuskie prawo należy zmienić, i zaczął głośno o tym mówić. Spadła na niego za to lawina obelg. Na drzwiach jego domu wypisywano, że jest mordercą dzieci, napadano na jego żonę, a córkę wyrzucono z prywatnej katolickiej szkoły. W parlamencie koledzy posłowie pytali go: „Co na to Watykan?” albo oskarżali o seksualizację młodzieży. Wyrazy poparcia dostawał na ulicy od nieznajomych kobiet, ale w polityce długo był osamotniony. Nie tylko konserwatywna prawica, ale nawet większość lewicy nie miała odwagi prowadzić batalii o wolność kobiet w dziedzinie prokreacji. „Skoro dał pan kobietom prawa wyborcze, powinien im pan również dać wolność decydowania o własnym macierzyństwie” — przekonywał de Gaulle’a. Generał w końcu przyznał mu rację: „To prawda, dawanie życia powinno być aktem świadomym. Niech pan działa”.

Wkrótce po tej rozmowie 18 maja 1966 r. Neuwirth przedstawił projekt ustawy legalizującej antykoncepcję, wskutek czego w parlamencie powstała komisja ds. zmiany prawa. Prawie rok później, po licznych posiedzeniach i burzliwych debatach (posłowie, a nawet i ministrowie obawiali się, że „fala erotyzmu zaleje kraj”, a „13-latki zaczną się prostytuować”), w nocnym głosowaniu (za pomocą podniesienia ręki, tak żeby w protokołach nie widać było nazwisk ani nie można było ustalić, kto jak głosował) zostaje uchwalona ustawa, która francuskim zwyczajem dostaje nazwisko swojego sprawozdawcy. La Loi Neuwirth znosi zakaz antykoncepcji, dopuszcza informowanie o sposobach planowania rodziny i zezwala na sprzedaż środków antykoncepcyjnych, w tym doustnej pigułki. Do Luciena Neuwirtha przylega przezwisko Pan Pigułka.

Kolejną odsłoną walki o prawa reprodukcyjne Francuzek był tak zwany proces Bobigny. Jesienią 1971 r., mniej więcej pół roku po ukazaniu się „Manifestu 343”, mieszkająca w podparyskim Bobigny 16-latka Marie-Claire Chevalier została zgwałcona przez swojego starszego kolegę z liceum. Zaszła w niechcianą ciążę. Najpierw dziewczyna w towarzystwie matki poszła do lekarza znanego z przeprowadzania nielegalnych zabiegów, ale kwota, jakiej ten sobie zażyczył, okazała się dla nich zbyt wysoka. Wynosiła trzykrotność pensji Michèle Chevalier, która oprócz Marie­‑Claire wychowywała samotnie dwie jej młodsze siostry. Ojciec dziewczynek odszedł dawno temu, nie uznając formalnie żadnej z córek.

Michèle zwróciła się więc o pomoc do swoich koleżanek z pracy, czyli z miejskiego przedsiębiorstwa transportowego. Jedna z nich zgodziła się przeprowadzić zabieg trzykrotnie taniej niż lekarz. Niestety Marie­‑Claire dostała w nocy krwotoku. Matka odwiozła ją do szpitala, a krwawienie udało się zatamować.

Kilka tygodni później gwałciciel został przyłapany na kradzieży samochodów. Żeby odwrócić uwagę organów ścigania od swojej sprawy, doniósł na Marie-Claire, że ta przeprowadziła aborcję. Dziewczyna, jej matka i trzy koleżanki matki zostały postawione w stan oskarżenia.

Proces, a właściwie dwa procesy, bo nieletnia Marie-Claire była sądzona osobno, rozpoczął się jesienią 1972 r. Adwokatką wszystkich tych kobiet była Gisèle Halimi, która za zgodą oskarżonych postanowiła zrobić z procesu wydarzenie publiczne i polityczne. Na salę rozpraw ściągnęła takich bohaterów walki o prawa reprodukcyjne jak pisarka Simone de Beauvoir i lekarz noblista Jacques Monod.

Przemawiając w czasie procesu, mówiła, że „prawo aborcyjne jest probierzem uciemiężenia, jakiego doświadczają kobiety”. Podkreślała, że choć w pełni utożsamia się ze wszystkimi oskarżonymi kobietami, to jako reprezentantka innej klasy społecznej nigdy nie doświadczy ich losu. A przecież kilkanaście miesięcy wcześniej podpisała manifest, czym przyznała się do dokonania aborcji. Mimo to ani ona, ani żadna z pozostałych 342 sygnatariuszek nie zostały pociągnięte do odpowiedzialności prawnej za swój czyn.

„To zawsze ta sama klasa społeczna, klasa kobiet biednych, znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej i społecznej, bez pieniędzy i bez koneksji, w którą to prawo uderza najbardziej” — grzmiała na wypełnionej po brzegi sali sądowej i zapewniała: „Dotąd nie przyszło mi bronić żony wysoko postawionego urzędnika państwowego, żony znanego lekarza, wybitnego prawnika, dyrektora firmy — ani kochanki żadnego z tych panów”.

Prawo zakazujące aborcji wprost nazwała anachronizmem. „Jest ono fundamentalnie sprzeczne z wolnością kobiety, istoty uciśnionej od zarania dziejów. Kobieta stała się niewolnicą jeszcze przed wynalezieniem niewolnictwa”. Skończyła swoją płomienną mowę następująco: „Co najważniejsze, Wysoki Sąd nie będzie mógł uniknąć odpowiedzi na to zasadnicze pytanie: czy człowiek, niezależnie od płci, ma prawo do samostanowienia? Tego pytania nie możemy już unikać”.

Nieletnia Marie-Claire została uniewinniona. Dwie koleżanki jej matki także. Ta, która faktycznie przeprowadziła aborcję, Micheline Bambuck, została skazana na rok w zawieszeniu i grzywnę. Natomiast Michèle Chevalier dostała karę grzywny, także w zawieszeniu. Od czego się odwołała, ale prokurator celowo nie wyznaczał ponownej rozprawy, póki sprawa się nie przedawniła.

W czasie, kiedy toczył się proces Bobigny, trwały już prace nad liberalizacją prawa antyaborcyjnego. Do tej pory jedynym wyjątkiem pozwalającym na dokonanie aborcji było zalegalizowane w połowie lat 50. tak zwane terapeutyczne przerwanie ciąży ze względu na zagrożenie życia ciężarnej kobiety. Kolejny projekt w 1970 r. zgłosił lekarz i poseł Claude Peyret. Chciał, by aborcja była również legalna w przypadku gwałtu bądź kazirodztwa oraz w razie pewności, że dziecko urodzi się z poważnymi wadami psychicznymi lub fizycznymi.

Do złożenia projektu skłoniło go jego własne doświadczenie zawodowe. Gdy był młodym lekarzem, odmówił wykonania zabiegu przerwania ciąży kobiecie, która kilka dni później zmarła, próbując usnąć płód metodą domową. Jego propozycja była mniej radykalna niż ta firmowana przez Narodowe Stowarzyszenie Studiów nad Aborcją (ANEA). Ta ostatnia jako przesłanki do dokonania aborcji wymieniała także: poważne uszkodzenie zdrowia fizycznego lub psychicznego matki, problemy psychiczne jednego z rodziców, niemożność zapewnienia właściwej opieki dziecku przez rodziców, fakt, że matka jest samotna i ma mniej niż 16 lat.

Do momentu, kiedy w 1973 r. parlament zaczął prace nad projektem, doktor Peyret już zdążył się zradykalizować. W wydanej w 1974 r. książce „Aborcja: o humanitarne prawo” napisał, że nie był w stanie z dnia na dzień wyrzec się swoich przekonań. „Musiałem przede wszystkim stoczyć walkę sam ze sobą. Jako katolik, jako lekarz i jako gaullista. Wszystkie moje zaangażowania musiałem przemyśleć od nowa”. W czasie dyskusji w parlamencie ze zdumieniem odkrył, że znajduje więcej wspólnego ze swoimi dotychczasowym wrogami niż z sojusznikami. Jego projekt był jednak zbyt konserwatywny dla jednych, a zbyt postępowy dla innych. Francja zmieniła się przez tych kilka ostatnich lat. Po „Manifeście 343 kobiet” i głośnym procesie Bobigny w 1973 r. ukazał się „Manifest 331 lekarzy”, którzy przyznawali się, że wykonywali aborcje, i tak jak poprzednio kobiety postulowali ich pełną legalizację.

Wiosną 1974 r. wybory prezydenckie wygrał Valéry Giscard d’Estaing. Podobnie jak poprzedni prezydent, następca de Gaulle’a Georges Pompidou, wywodził się z konserwatywnej, bliskiej de Gaulle’owi prawicy. Ale był młodszy, lepiej rozumiał świat i zmiany w nim zachodzące. W czasie kampanii obiecał legalizację aborcji. Po wygranej chciał powierzyć realizację tego zadania ministrowi sprawiedliwości Jeanowi Lecanuetowi, ale ten mu odmówił, zasłaniając się ­przekonaniami.

Zadanie przypadło Simone Veil, ministrze zdrowia. Nie po raz pierwszy podjęła się misji mało popularnej w jej własnym środowisku politycznym. Już wcześniej jako wiceministra sprawiedliwości broniła praw algierskich więźniów politycznych. Wtedy miała odwagę współpracować z komunistami i feministkami, wbrew przekonaniom dużej części własnego obozu politycznego.

26 listopada 1974 r. przedstawiła w parlamencie projekt prawa dopuszczającego aborcję „na życzenie” do 12. tygodni od daty ostatniej miesiączki. Dyskusje nad projektem były długie i pełne agresji. Jak wspominał Neuwirth, który wspierał w nich Veil, „dla niej to było straszne. W głowach wielu osób aborcja wciąż rymowała się ze śmiercią. (…) Simone Veil, jako kobieta, była jeszcze łatwiejszym celem niż niegdyś ja. Znów obudziła się cała ta zła Francja: maczystowska, tradycjonalistyczna i zacofana. A przede wszystkim pełna hipokryzji”.

„Możecie być pewni, kapitał już zaciera ręce, by inwestować w przemysł śmierci. Już niedługo zobaczymy we Francji »aborcjarnie«, specjalne rzeźnie, gdzie będą ćwiartowane zwłoki maleńkich ludzi. Niektórzy moi koledzy mieli okazję zwiedzić takie przybytki za granicą” — grzmiał Jean Foyer, główny przeciwnik Veil w parlamencie, dawny minister sprawiedliwości.

Po trzech dniach ustawę przegłosowała izba niższa parlamentu, a dwa tygodnie później Senat. „Za” była lewica i tylko część ław rządowych, dokładnie tak samo jak w 1967 r., w czasie głosowania nad legalizacją antykoncepcji. 17 stycznia 1975 r. nowe prawo zostało ogłoszone w dzienniku ustaw. Początkowo miało wejść tylko na okres próbny pięciu lat.

Zawierało też inne bezpieczniki. Przed dokonaniem zabiegu wymagana była konsultacja dwójki specjalistów, a swoją zgodę na zabieg kobieta musiała złożyć na piśmie. Lekarzom przyznano klauzulę sumienia, kto nie chciał, mógł odmówić wykonania zbiegu.

Simone Veil z pewnością nie należała do pokolenia kobiet, dla których „aborcja jest OK”. Prezentując swój projekt, zastrzegła, że „musi zostać wyjątkiem, ostatnią deską ratunku w sytuacjach bez wyjścia”. Tłumaczyła, że proponowane przez nią przepisy mają przede wszystkim pomóc kontrolować aborcję i zmniejszyć jej częstotliwość. Z tych właśnie powodów razem z ustawą przedstawiła także prawo zlecające otwieranie ogólnodostępnych centrów planowania rodziny oraz wprowadzające refundowanie przez państwo środków antykoncepcyjnych, także dla niepełnoletnich, na co wcześniej nie zgadzał się de Gaulle.

W 1979 r. ustawę przedłużono na czas nieokreślony. W 1982 r. uchwalono przepisy, według których aborcja miała być pokrywana przez ubezpieczenie zdrowotne, a w 2001 r. przedłużono czas na wykonanie aborcji o dwa tygodnie.

W tym samym, 2001 r. przegłosowano drugą w historii ustawę noszącą nazwisko Luciena Neuwirtha. Na zakończenie swojej kariery parlamentarzysta z Saint-Étienne, tym razem już jako senator, czuwał nad procedowaniem prawa o pigułce „dzień po”. Od tego momentu jest ona dostępna w aptekach za darmo, bez recepty, także dla nieletnich. I tym razem nie obyło się bez długich dyskusji i ataków, ale weteran walki o dostępność antykoncepcji powiedział prasie, że dzięki tej debacie „dostał zastrzyk młodości” i że jest szczęśliwy, że teraz antykoncepcja będzie dostępna nawet w środowiskach najmniej uprzywilejowanych.

1 lipca 2018 r. Simone Veil została, jako piąta w historii kobieta, pochowana w Panteonie, gdzie chowa się zasłużonych dla Francji bohaterów. A sześć lat później Francja jako pierwszy kraj na świecie wpisała do swojej konstytucji gwarancję wolnego dostępu do aborcji.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version