Niby są w szczycie kariery zawodowej, mają zazwyczaj rodziny, stabilizację finansową i jeszcze niezłe zdrowie. Ale czterdziestolatkowie są zmęczeni i nie wiedzą, gdzie szukać energii do życia. Więcej nawet, okazują się najbardziej nieszczęśliwi ze wszystkich grup wiekowych.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Adrian kieruje zespołem projektowym w dużym biurze architektonicznym w stolicy. Ma 48 lat, choć nie wygląda na tyle — szczupły, zadbany, ze starannie przyciętą brodą i lekko tylko szpakowatymi włosami. — Ale czuję się staro — mówi. — Może nie jak osiemdziesięciolatek, ale jakoś ostatnio bez sił i energii. Miałem już rozpocząć sezon biegowy, ale do tej pory się nie zebrałem, w pracy nerwówka, więc wracam późno. Mam poczucie, jakby ktoś przestał dodawać paliwa do silnika, który napędza mój organizm do życia. Nawet byłem u psychiatry, ale nie stwierdził depresji. Powiedział, że mam odpocząć, ale ciekawe, kiedy — mówi gorzko Adrian.

I nie jest wyjątkiem wśród swoich rówieśników. Pokolenie 40-latków jest najbardziej przemęczone ze wszystkich dorosłych. Tak wynika z badania przeprowadzonego w 2022 r. przez instytuty badawcze UCE Research i Syno Poland. Badanie to wykazało, że uczucie zmęczenia i braku energii towarzyszy aż 41 proc. badanych w grupie wiekowej 36-55 lat, choć przecież ludzie w tym wieku jeszcze powinni cieszyć się pełnią sił i zdrowia. Okazuje się jednak, że już w okolicy czterdziestki zaczynają się subtelne, fizjologiczne zmiany w ludzkim organizmie, których pierwszym objawem jest właśnie przewlekłe zmęczenie i brak energii do życia.

Metafora Adriana o silniku, który przestał dostawać paliwo, jest w gruncie rzeczy bardzo trafna. Prof. Michelle Spear z University of Bristol w swoim nowym artykule w „The Conversation” potwierdza, że po 40. roku życia zaczynają coraz gorzej pracować nasze komórkowe fabryki energii — mitochondria. Wytwarzają one coraz mniej ATP — cząsteczek magazynujących energię i uwalniających ją m.in. na skurcze mięśni, pracę serca czy syntezę białek. Jak uważają naukowcy, to właśnie mitochondria pokazują stan organizmu i postępy procesów starzenia. Ich liczba zmniejsza się z wiekiem, bo w czasie produkcji ATP dochodzi do wytwarzania reaktywnych form tlenu, które stopniowo uszkadzają mitochondria.

Z artykułu opublikowanego właśnie w „Nature Metabolism Helth and Disease” wynika, że to osłabienie mitochondriów jest związane ze zwiększającym się niedoborem substancji chemicznej NAD+ — aktywnej formy witaminy B3, biorącej udział w produkcji energii i naprawie DNA. Autorzy tego badania — Khalishah Yusri, Sandra Jose i Karen S. Vermeulen z Narodowego Uniwersytetu Singapuru — wiążą spadające poziomy NAD+ z ogólnym starzeniem się organizmu i przewlekłymi zaburzeniami, w tym spadkiem funkcji poznawczych, utratą masy mięśniowej i chorobami metabolicznymi. A po 40. roku życia poziom NAD+ w ludzkim organizmie może spaść nawet o 50 proc. w stosunku do poziomu z wczesnej dorosłości.

Ale po czterdziestce przyspieszonym procesom starzenia się podlegają nie tylko mitochondria, lecz także inne kluczowe funkcje i organy. Wykazali to prof. Xiaotao Shena z NTU oraz prof. Michael Snyder ze Stanford University, którzy przez kilka lat obserwowali 108 ochotników w wieku 25-75 lat, aby wychwycić zmiany związane z procesem starzenia się ich organizmów. Naukowcy śledzili różne rodzaje cząsteczek w próbkach krwi i śliny pobieranej co kilka miesięcy od uczestników, w tym RNA, białka i produktów przemiany materii, a także zmiany w mikrobiomie jelitowym.

Jak piszą naukowcy w artykule w naukowym periodyku „Nature Ageing”, w organizmach większości uczestników badania można było wychwycić dwa momenty w życiu, kiedy starzenie się gwałtownie przyspieszało — pierwszy skok następował u osób w wieku ok. 44 lat (drugi badacze odnotowali tuż po sześćdziesiątce). To jednak w pierwszej połowie piątej dekady życia zachodzą szybkie zmiany zarówno w poziomie kluczowych dla zdrowia substancji produkowanych w organizmie (np. enzymów trawiących alkohol), ale też w składzie bakterii jelitowych, co może skutkować zmniejszoną odpornością i osłabieniem.

Dla 46-letniej Ewy, nauczycielki w powiatowym mieście na wschodzie Polski, problemy zaczęły się jakieś trzy lata temu. — Po prostu rano przestało chcieć mi się wstawać, najchętniej spędzałabym całe dnie w łóżku. Wcześniej chodziłam na lekcje tenisa, na jogę z przyjaciółką, a nagle poczułam się jakaś połamana i pozbawiona energii. I dopóki nie opowiedziałam o tym lekarce rodzinnej, w ogóle nie przyszło mi do głowy, że może to mieć cokolwiek wspólnego z hormonami, miesiączkowałam przecież regularnie — wspomina Ewa.

Już 40-latki doświadczają spadku poziomu hormonów płciowych, choć przecież dla większości kobiet na menopauzę jeszcze za wcześnie. — Bo to nie menopauza, tylko perimenopauza — mówi dr Monika Łukasiewicz, ginekolożka i seksuolożka. — Faktycznie, produkcja hormonów płciowych zanika w okresie menopauzy, która statystycznie następuje w wieku 51-52 lat, jednak poziom kluczowego dla naszego zdrowia i samopoczucia estrogenu zaczyna powoli obniżać się już po 40. roku życia, a nawet wcześniej — tłumaczy dr Łukasiewicz. A niedobór estrogenu oddziałuje na cały organizm, nie tylko na płodność czy funkcje seksualne, jak do niedawna sądzono. — Dzisiaj wiemy, że receptory estrogenowe znajdują się we wszystkich ważnych organach, od kości po mózg. A to oznacza, że estrogen pełni w tych organach jakąś funkcję i jest potrzebny — mówi dr Łukasiewicz.

Co się dzieje, gdy zaczyna go brakować? — Jest dużo takich objawów, np. pojawiają się zaburzenia rytmu serca albo bóle stawów, bóle mięśni. Ale też wiele kobiet właśnie w tym początkowym okresie spadku hormonów płciowych odczuwa dojmujące zmęczenie, bo estrogen to też hormon dający życiowy napęd i energię — wyjaśnia dr Łukasiewicz. Podobnie zresztą jak testosteron, który w kobiecym organizmie wytwarzany jest w jajnikach i w nadnerczach w niewielkich ilościach, ale w ogromnym stopniu wpływa na samopoczucie. — Testosteron to też hormon, który odpowiada za energię życiową, za libido, nasz seksualny napęd. Z wiekiem, zwłaszcza pod wpływem stresu, jego poziom spada — mówi dr Łukasiewicz.

Podobnie dzieje się u mężczyzn. U nich również po 40. roku życia produkcja testosteronu w jądrach nie jest tak efektywna jak 10 czy 20 lat wcześniej. Co więcej, wydaje się, że w dzisiejszych czasach produkcja testosteronu wyhamowuje szybciej niż u poprzednich pokoleń, głównie przez stres i zanieczyszczenia środowiska. — Żyjemy dłużej — bo w ciągu 50 lat przedłużyliśmy długość życia o 30 proc. — ale jednocześnie dochodzi do wielu procesów, które są przyspieszone w porównaniu z poprzednimi pokoleniami. Obecnie poziom testosteronu u mężczyzn obniża się po 40. roku życia co roku o 2 proc., a u wielu mężczyzn nawet szybciej — mówi dr med. Ewa Kempisty-Jeznach, endokrynolożka i specjalistka w dziedzinie medycyny męskiej. — A spadek testosteronu powoduje przede wszystkim osłabienie libido, ale i napędu życiowego. Pojawiają się stany depresyjne, wahania nastrojów, zaburzenia snu, bóle stawów i mięśni. Dochodzi też do zmniejszenia produkcji czerwonych ciałek krwi, a w nich hemoglobiny, która niesie tlen — tłumaczy dr Kempisty-Jeznach.

Do tego u obu płci rośnie poziom kortyzolu. — Nie tylko z powodów fizjologicznych, ale także kumulującego się stresu. A zbyt wysoki poziom kortyzolu dokłada się do poczucia zmęczenia, bo wywołuje przewlekły stan zapalny w organizmie — mówi dr Łukasiewicz.

Na szczęście medycyna zna już skuteczne sposoby na uzupełnienie niedoboru hormonów płciowych. U kobiet jest to hormonalna terapia menopauzalna, w której pod postacią żelu czy plastra dostarczany jest do organizmu estradiol oraz progesteron, a u mężczyzn — uzupełnienie poziomu testosteronu. — Ważne jednak, aby ta terapia była indywidualnie dobrana przez lekarza, a nie stosowana samodzielnie, co często u panów się zdarza — dodaje dr Kempisty-Jeznach.

O ile z niedoborem hormonów jakoś można sobie radzić, to zupełnie inaczej jest ze stresem, który dopada 40-latków. — Spójrzmy na liczby: czterdziestka to już połowa drogi do osiemdziesiątki, którą większość z nas postrzega jako umowny kres życia — mówi Izabela Słoniewska, psycholożka i psychoterapeutka. — To po czterdziestce często po raz pierwszy na poważnie zaczynamy zastanawiać się, w jakim miejscu jesteśmy w życiu, z czego jesteśmy zadowoleni, a czego nam się nie udało zrobić. Trochę czujemy, że na niektóre rzeczy jest już za późno i musimy się z tym pogodzić. To wszystko generuje dużo stresu — tłumaczy psychoterapeutka.

Do tego dochodzą stresy dnia codziennego. — Często osoby po 40. roku życia mają jeszcze względnie małe dzieci, ale też starzejących się rodziców. To jest taka kanapka pokoleniowa i ten czterdziestolatek jest w środku — zapewnia byt swojej rodzinie i nagle uświadamia sobie, że jego rodzice już nie są tak sprawni jak kiedyś i zaczynają wymagać opieki — mówi Słoniewska.

I tak w piątej dekadzie życia lądujemy w sytuacji, w której musimy opiekować się wszystkimi dookoła, a najmniej mamy czasu na opiekę nad sobą. — Od pewnych obowiązków nie da się uciec, ale to właśnie 40-latki dokręcają sobie śrubę najbardziej, bo dopada je ten szczególny rodzaj społecznej presji na sukces. W końcu, jak się przekroczy tę magiczną czterdziestkę, to trzeba już pochwalić się pozycją zawodową, finansową, a często wydaje się ona niewystarczająca, więc trzeba pracować więcej i więcej. To błędne koło, w którym nie ma miejsca na relaks czy odpoczynek — mówi psychoterapeutka. Podobnego zdania jest dr Ewa Kempisty-Jeznach. — W świecie rywalizacji, ambicji, nowych osiągnięć technologicznych o prawdziwy odpoczynek jest bardzo trudno, wręcz już zapomnieliśmy, jak to jest czuć się głęboko zrelaksowanym — tłumaczy lekarka.

Nic dziwnego, że w całym świecie 40-latkowie okazują się być najbardziej nieszczęśliwi ze wszystkich grup wiekowych. Jak wykazał prof. David Blanchlower, ekonomista z Dartmouth College w USA, krzywa szczęścia wśród ludzi z perspektywy ich życia przyjmuje kształt litery U — od szczęśliwych dzieci, po coraz mniej szczęśliwych młodych dorosłych, aż po znowu szczęśliwych staruszków. Prof. Blanchflower wykazał to, badając związek między różnymi miarami dobrostanu a wiekiem w 145 krajach. Brał pod uwagę różne miary dobrostanu oraz czynniki takie jak wykształcenie, stan cywilny czy zawodowy respondentów. Okazało się, że krzywa U szczęścia osiąga swoje minimum między 40. a 50. rokiem życia. Pocieszające jest to, że po pięćdziesiątce zaczyna znów piąć się w górę. Może dlatego, że powoli zaczynamy dopasowywać się do mniejszych możliwości swojego organizmu?

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version