Nie pamiętam, kiedy ostatni raz w literaturze zetknęłam się z taką ilością bestialstwa, cierpienia, bólu, jak w książce „Zieleniak” (wyd. Marginesy) Anny Augustyniak.
Opowieść jest hybrydą gatunkową, nie do końca spełnioną literacko. Ale z drugiej strony, trudno znaleźć formę pasującą do piekła, którego doświadczyły dziewczynki i kobiety zgromadzone przez Niemców w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego w obozie przejściowym na terenie Zieleniaka przy Grójeckiej.
Anna Augustyniak, pisarka, poetka, autorka m.in. biografii Ireny Tuwim, mieszkała przez wiele lat w pobliżu hali na Banacha. Kupowała tam owoce, warzywa, ubrania. Nie miała pojęcia, ile bólu wsączyło się w to miejsce. Drogowskazem w kierunku przeszłości była tablica upamiętniająca cierpienia kobiet umieszczona na murze w pobliżu hali w 2022 r., czyli 80 lat po tamtych wydarzeniach. O tablicę była awantura. Mieszkańcy dzielnicy nie chcieli przywoływać tragicznych wspomnień. Woleli, by to miejsce kojarzyło się z życiem, a nie ze śmiercią. Nad tragedią kobiet z Zieleniaka zapadła wieloletnia cisza. Groza tamtych wydarzeń zamroziła w bólu ofiary i świadków. Gwałt to nie tylko przemoc. To także, a może przede wszystkim wstyd. Powstanki, sanitariuszki, łączniczki otaczane są zasłużonym szacunkiem i czcią. Ofiary gwałtów czują się okryte hańbą. Matki i córki udawały przed sobą nawzajem, że to się nie wydarzyło. Musiało minąć wiele lat, żeby kobiety zaczęły opowiadać o tym, co im się przytrafiło.
Augustyniak w swojej powieści łączy fikcję z relacjami ofiar. Powstanie Warszawskie właśnie się zaczęło. Wpadamy do piwnicy domu na Ochocie. Lekarz z żoną, służąca, małżeństwo ze śliczną 8-letnią córeczką, bohaterowie stworzeni przez pisarkę przeprowadzą nas przez Zieleniak. Cztery rozdziały są jak cztery piekielne kręgi. W piwnicy sąsiedzi muszą wyzbyć się wstydu. Załatwiają fizjologiczne potrzeby na oczach ludzi, z którymi mijali się elegancko ubrani na schodach kamienicy. Kończy się jedzenie, woda, ubrania zaczynają śmierdzieć. Ale to dopiero początek. Pisarka zderza ludzi, którzy jeszcze ciągle zwracają uwagę dzieciom, żeby nie używały brzydkich słów, modlą się, wierzą w uniwersalne wartości, z tłuszczą pozbawioną zasad. „Ruscy mieli porozpinane mundury, genitalia na wierzchu, brzuchy obwiązane granatami. Wojenny oręż, broń wojskowa, ostateczne rozwiązanie”.
Barbara z mężem i śliczną córeczką ubraną w sukienkę w grochy przekraczają bramę Zieleniaka i słyszy szept: po co taka sukienka. Po kilku godzinach zorientuje się, że kobiety na targowisku robią wszystko, żeby się oszpecić, ukryć urodę, wiek. Liczą, że to je ochroni. Ale to złudzenie. Żołdacy nie widzą kobiet, widzą ciała, mięso, które można gwałcić, szarpać, kroić. Rosyjski generał o polskim nazwisku Bronisław Kamiński, z polsko-niemieckiej rodziny, dostaje najpiękniejsze dziewczyny. Na ogół nie wracają z jego kwatery. Poruszająca jest scena, w której dziewczynki bawią się okaleczoną lalką. Jedna mówi, że to jej córka, która przecież nie opierała się, gdy żołnierz wpychał się między jej nogi i ranił brzuszek, a mimo to po wszystkim wyrwał jej rączkę.
Na Zieleniaku nie chodziło o zaspokojenie seksualne, chodziło o zadanie bólu, o mord, o śmierć w męczarniach. Eros i Tanatos, bogowie pożądania i śmierci, stopili się w jedno. Rozdział „Ciało” autorka buduje ze strzępków wspomnień ofiar i świadków, i z własnych tekstów. Zdania brzmią jak jęki gwałconych kobiet. Po kilka linijek na odrębnych stronach, jakby autorka chciała uhonorować każdą z ofiar. Zdesperowani cywile zwrócili się do Niemców z prośbą o ochronę. Nie było reakcji. Rosjanie potraktowali plac i zgromadzone tam kobiety jak wojenny łup. Czytałam tę książkę ze ściśniętym gardłem, brzuchem, zimnem wchodzącym w ciało, zapominając o fabularnych potknięciach.
Po raz pierwszy o tragedii kobiet gwałconych i mordowanych przez rosyjskich żołdaków z oddziałów SS RONA usłyszałam trzy lata temu za sprawą monodramu Agnieszki Przepiórskiej „Ocalone”. Piotr Rowicki, autor scenariusza, na bazie skąpych wspomnień zbudował historię 12-letniej Ireny K. z ulicy Opaczewskiej, która trafiła do obozu na terenie dawnego Zieleniaka. Pijani, bezkarni i z dnia na dzień coraz bardziej bestialscy sołdaci wyciągali z tłumu cywilów dziewczynki, kobiety i bestialsko gwałcili je i mordowali na oczach mężów i dzieci. Reżyserka Maja Kleczewska nadała tej historii uniwersalny wymiar. Wojenne gwałty to nie są odosobnione przypadki. To regularnie stosowana broń wobec kobiet, odbierająca im godność, zdrowie, życie, ale też prawo do pamięci.

