Łączy w sobie elegancję Zurychu z industrialnym klimatem londyńskich doków i atmosferą liberalnego Amsterdamu. Choć uchodzi za metropolię utożsamianą przede wszystkim z handlem oraz wielkim biznesem, to okazuje się, że Hamburg jest też kierunkiem wręcz stworzonym na idealny city break.
Przeszklona wiata, duży wyświetlacz z rozkładem jazdy i biletomat — niby zwykły przystanek, a nie do końca. Bo zamiast autobusu, czeka się tu na… statek. A właściwie jeden z kilkudziesięciu miejskich promów, które — jako zwykły środek transportu miejskiego obok autobusów, pociągów i metra — umożliwiają szybkie poruszanie się po mieście. Hamburg rozciągający się wzdłuż koryta niezwykle szerokiej tu Łaby wykorzystuje największą niemiecką rzekę nie tylko jako drogę łączącą swój potężny port (trzeci największy w Europie) z Morzem Północnym, lecz także jako element komunikacyjnego krwiobiegu tej półtoramilionowej metropolii. Pomimo wiatru, częstych ulew i innych niedogodności statki kursują zaskakująco punktualnie i często — niektóre linie nawet co 15 minut od bladego świtu do późnej nocy. Taka podróż, poza możliwością sprawnego poruszania się po mieście, oferuje szansę na poznanie najważniejszych miejscowych atrakcji z nieco innej perspektywy.
Spichlerz, który stał się ikoną
Choćby zaczynając od przystanku Elbphilharmonie, na który można dotrzeć promem nr 72. Górujący nad przystanią gmach to rzadki przykład tego, jak wzniesiona we współczesnych czasach budowla może zostać najbardziej rozpoznawalnym symbolem miasta — dotychczas udało się tu w zaledwie kilku przypadkach — m.in. Opery w Sydney czy dubajskiej Burdż Chalify. Podobnie jak one, otwarta w 2017 r. hamburska filharmonia niemal z miejsca stała się znakiem firmowym tej niemieckiej metropolii. I to mimo wszystkich komplikacji. Bo choć realizacja inwestycji niemiłosiernie się wlokła, a ostateczny koszt znacznie przewyższył planowany budżet, to mieszkańcy Hamburga mówią niemal jednogłośnie — „Elphi” (jak nazywają ją pieszczotliwie) jest naszą dumą.
Elbphilharmonie w Hamburgu
Foto: Marcin Wieczorkowski / Newsweek.pl
Budowla naprawdę jest imponująca — mierzy 110 metrów wysokości i wygląda niczym dwa, pochodzące z różnych epok, budynki nałożone jeden na drugi. Jej podstawa to wzniesiony w latach 60. ubiegłego stulecia spichlerz cesarski, natomiast powstała współcześnie „nadbudówka” to ultranowoczesna, szklana konstrukcja, której pofalowany dach ma przywoływać widok wzburzonej Łaby. Ale pozory mogą mylić — tak naprawdę budowla nie tyle powstała na spichlerzu, a właściwie w jego miejscu. Z dawnego magazynu pozostała tylko ceglana elewacja, natomiast wnętrze przebudowano na potrzeby nowoczesnego, wielofunkcyjnego obiektu. Poza salami koncertowymi, mamy tu jeszcze m.in. pomieszczenia konferencyjne, restauracje, hotel, a także niezwykle popularny zarówno wśród turystów, jak i lokalsów taras widokowy — darmowy, wystarczy tylko pobrać z kasy bezpłatny bilet.
Hamburskie doki nie tylko dla bogaczy
Elbphilharmonie to właściwie wstęp do odkrywania jednego z najbardziej fascynujących miejsc w Hamburgu — na wysepkach zlokalizowanych pomiędzy korytem Łaby a ścisłym centrum miasta sąsiadują ze sobą zabytkowa dzielnica spichlerzy i nowoczesna Hafen City. Obszar ten, jeszcze nie tak dawno funkcjonował jako niedostępna dla postronnych część hamburskiego portu, jednak wraz z rozwojem terminala kontenerowego oddalonego od serca miasta, jego charakter zaczął ewaluować. Ostatecznie w latach 90. postanowiono, że najstarsza część dzielnicy — Miasto Spichlerzy (niem. Speicherstadt) — pozostanie nietknięta, natomiast reszta zburzona, a w jej miejsce powstanie nowoczesna przestrzeń biurowo-handlowo-mieszkalna. I tak w istocie się stało — dzisiaj, niczym w londyńskich dokach, wzdłuż kanałów wznoszą się tu szklane biurowce, modne knajpy i eleganckie apartamentowce, a pomiędzy nimi gdzieniegdzie sterczą celowo pozostawione żurawie i inne elementy dawnej portowej infrastruktury. A co najciekawsze, nie jest to dzielnica tylko dla bogaczy — aż 30 proc. mieszkań jest tu subsydiowanych przez lokalny samorząd i wynajmowanych ludziom o niższych dochodach.
Muzeum Morskie w Hamburgu
Foto: Marcin Wieczorkowski / Newsweek.pl
Kompletnie inny klimat panuje za to w położonym po sąsiedzku Mieście Spichlerzy — to jedno z najbardziej pocztówkowych miejsc w Hamburgu urzeka majestatycznie pnącymi się nad kanałami zabytkowymi magazynami z czerwonej cegły. Co mostek, to lepsza perspektywa, a turyści biją się o najatrakcyjniejsze spoty do zdjęć — najlepiej ze spichlerzami i majaczącą w tle Elbphilharmonie, która w promieniach zachodzącego słońca wygląda z daleka niczym UFO lądujące na dachach dawnych portowych zabudowań. Z uwagi na ogromną wartość historyczną i autentyczną XIX-wieczną zabudowę dzielnica trafiła w 2015 r. na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Przechadzając się tutejszymi wąskimi brukowanymi uliczkami, natkniecie się na showroomy projektantów mody, restauracje czy utrzymane w klimacie kolonialnych składów kawiarnie, odwołujące się do czasów, kiedy kwitł tu handel cennymi dobrami przewiezionymi z Dalekiego Wschodu. Ale to nie wszystko — na terenie Speicherstadt ulokowało się też ciekawe Muzeum Morskie czy największa na świecie makieta kolejowa (i nie tylko!) — Miniatur Wunderland. W dwóch spichlerzach, połączonych przeszklonym mostkiem, stworzono imponującą instalację zajmującą łącznie ponad 10 tys. m kw., z pieczołowicie odwzorowanymi miastami, atrakcjami turystycznymi i pojazdami. Po zaaranżowanych krainach porusza się ponad 1,2 tys. pociągów, a nawet… kilkadziesiąt samolotów, bo znalazło się tu miejsce na model hamburskiego lotniska, z którego co kilka minut — za pomocą specjalnych wysięgników — ląduje lub startuje odrzutowiec! Jest tu nawet wyświetlana w czasie rzeczywistym tablica odlotów i przylotów, pozwalająca śledzić „akcję” na płycie lotniska.
Speicherstadt z widokiem na Elbphilharmonie
Foto: Marcin Wieczorkowski / Newsweek.pl
Czerwona cegła rządzi
Zaledwie kilkanaście minut spaceru dzieli to miejsce od drugiego wpisanego na listę UNESCO obszaru. To Kontorhausviertel — pierwsza w Europie dzielnica biurowa z prawdziwego zdarzenia. Powstała wraz ze wzrastającą pozycją tutejszego portu. Hamburg w latach 20. i 30. XX w. stawał się jednym z najważniejszych punktów na handlowej mapie świata, a prężnie rozwijające się firmy potrzebowały armii pracowników nie tylko w dokach, lecz także biurach. Wtedy zrodziła się idea budowy kamienic, od początku zaprojektowanych pod potrzeby przedsiębiorców. Na południowym krańcu tutejszej starówki zaczęły powstawać okazałe, wielokondygnacyjne budynki w stylu północnoniemieckiego ekspresjonizmu, z charakterystycznymi fasadami z czerwonej cegły i dużą liczbą okien. Na pierwszy rzut oka — oszczędne w formie, z drugiej strony — pełne detali odwołujących się do marynistycznej historii miasta.
Budynek Sprinkenhof w dzielnicy biurowej Kontorhausviertel
Foto: Marcin Wieczorkowski / Newsweek.pl
Trzeba tu koniecznie zobaczyć potężny Chilehaus, z bryłą w kształcie statku i elewacją ozdobioną płaskorzeźbami odwołującymi się właśnie do kultury Chile. Budynek ufundowany przez bajecznie bogatego hamburskiego przedsiębiorcę Henry’ego B. Slomana zaprojektował Fritz Höger, który do budowy wykorzystał aż 4,8 mln cegieł klinkierowych. Gmach, podobnie jak przed dekadami, nadal pełni funkcję biurowca, dlatego nie można go zwiedzać, natomiast możliwe jest wejście do lobby — tutaj odtworzono dawny wygląd z początku poprzedniego stulecia, wliczając w to nawet spis pierwotnych najemców.
Część z budynków tworzących Kontorhausviertel zmieniło jednak swoje przeznaczenie. Wystarczy spojrzeć na pięknie odrestaurowany Levantehaus, mieszczący się przy tętniącej życiem handlowej ulicy Mönckebergstrasse. Jeden z najmłodszych biurowców tej epoki, wzniesiony został w 1912 r. przez miejscowego architekta i dewelopera Franza Bacha, od początku uchodził za niezwykle zaawansowany technologicznie — gmach wyposażono już wtedy w nowoczesne toalety, centralne ogrzewanie, linie telefoniczne, a nawet windy typu paternoster, które działają do dzisiaj. W latach 90. podjęto jednak decyzję o zmianie charakteru budynku — dzięki przebudowie Levantehaus zyskał na parterze elegancki, utrzymany w stylu art deco pasaż handlowy, z kolei piętra tuż nad nim zajmuje luksusowy, pięciogwiazdkowy hotel marki Conrad z ponad 280 pokojami i apartamentami.
Ratusz z efektem „wow”
Stąd dzieli nas zaledwie kilkuminutowy spacer od jednej z głównych atrakcji Hamburga — zjawiskowego ratusza, którego wieża majestatycznie góruje nad Placem Ratuszowym i tą częścią śródmieścia. Budynek, jak przystało na bogate, portowe miasto, imponuje swoimi rozmiarami (sama wieża ma 112 m wysokości) i zdobieniami, choć… jest dużo młodszy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Wzniesiono go dopiero pod sam koniec XIX wieku — w stylu niemieckiego historyzmu — w miejscu poprzedniej, strawionej pożarem siedziby władz miasta. Hamburczycy przez ponad 50 lat odkładali pieniądze na nowy gmach i ogłaszali kolejne konkursy architektoniczne na jego budowę, ale trzeba było poczekać kilka dekad, by ich zadowolić. Ostatecznie zwyciężył projekt hamburskiego architekta Martina Hallera, który wyróżniał się nie tylko okazałą, neorenesansową elewacją, lecz także gigantycznymi rozmiarami — mieszkańcy chętnie przypominają, że gmach posiada więcej pomieszczeń niż londyński Pałac Buckingham…
Ratusz w Hamburgu
Foto: Marcin Wieczorkowski / Newsweek.pl
Ale nawet stając u samych bram ratusza, trudno zapomnieć, że Hamburg nieodłącznie związany jest z wodą. Obok budynku ciągnie się wąski kanał prowadzący do jeziora Alster — pięknego akwenu położonego właściwie w samym sercu metropolii. W jego tafli, podobnie jak w przypadku Zurychu czy Genewy, odbijają się fronty XIX-wiecznych gmachów banków i luksusowych hoteli. Ale im dalej od centrum, tym jezioro wyraźniej zmienia się w spokojny azyl z eleganckimi willami zatopionymi w parkowej zieleni — aby się o tym przekonać, warto wybrać się na rejs widokowy jednym ze statków odpływających z położonej parę kroków od ratusza przystani Jungfernstieg.
Centrum Hamburga z perspektywy jeziora Alster
Foto: Marcin Wieczorkowski / Newsweek.pl
Dzielnica wolności
Jeśli chcecie kompletnie zmienić klimat i z wymuskanego śródmieścia przenieść się w bardziej niezobowiązujące okolice, koniecznie wybierzcie się do St. Pauli. Dawna portowa dzielnica, w przeszłości ciesząca się raczej nieszczególną sławą, dzisiaj jest epicentrum życia towarzyskiego Hamburga. Eleganckie restauracje z przewodnika Michelin sąsiadują tutaj z szemranymi kebabowniami, a sztuka uliczna z małymi galeriami. Zakupy? Możecie wybrać pchli targ Flohschanze albo sięgnąć głębiej do portfela, by wydać majątek w jednym z modnych concept store’ów.
St. Pauli to tętniąca życiem całą dobę część metropolii będąca trochę skrzyżowaniem warszawskiego Placu Zbawiciela z amsterdamską dzielnicą czerwonych latarni. Tu wszystko wypada, choć… są pewne granice. St. Pauli uchodzi za rozpolitykowaną i bardzo lewicową, co widać na każdym kroku. Przy wejściu do jednej z miejscowych kawiarni można przeczytać, że „nie ma tu miejsca dla homofobii, mizoginii albo innych podobnych głupot”, z kolei z okolicznych murów krzyczą nasprejowane napisy „Chrzanić kapitalizm” czy „Stare klucze nie otworzą nowych drzwi”. Nawet stadion tutejszej drużyny FC St. Pauli, występującej na co dzień w 2. Bundeslidze, szczyci się specjalnymi wejściami m.in. dla osób trans czy niebinarnych, a tutejsi ultrasi podczas meczów wymachują tęczowymi flagami.
Targ Rybny w Hamburgu
Foto: Marcin Wieczorkowski / Newsweek.pl
Jednym z symboli dzielnicy jest także Targ Rybny, położony tuż nad Łabą — dawnym zwyczajem czynny jest tylko w niedziele od piątej do dziewiątej rano. W zabytkowej hali, gdzie przed wiekami odbywały się aukcje złowionych w nocy ryb, dzisiaj organizowane są koncerty. No i raczej nie handluje się tu już owocami morza. Oczywiście nadal można przegryźć popularną w całych północnych Niemczech kajzerkę ze śledziem, lecz poza tym dostaniemy tu mydło i powidło — są stragany z warzywami, ciuchami i pamiątkami. Ogromną popularnością cieszą się też kwiaty przywiezione prosto z Holandii, no i… piwo z nalewaka. Nie wypada? Przecież jesteśmy w St. Pauli, gdzie raczej nic nikogo nie szokuje. Poza tym nie ma potrzeby przyjeżdżać tu samochodem, skoro można bezproblemowo podpłynąć miejskim promem…
Czytaj także: Zamki, winnice i… kultowe muzea motoryzacji. Ten region Niemiec was zaskoczy

