Przyszły święta, a z nimi kurczaczki i bazie, okna trzeba było pomyć, na balkonie posprzątać. Czasem się zdarza, że się komuś takie szczęście trafi, że na balkon wprowadzi się para gołębi i sobie gniazdo uwije. Sporo osób tego szczęścia, co prawda, nie docenia: bo bałagan, bo odchody.

Ale to jest przecież radość — patrzeć, jak z jajek na wiosnę wykluwają się śmieszne biało-żółte pisklaki, którym rodzice przynoszą prosto do dziobów jedzenie. U gołębi sprawa jest prosta: panuje równouprawnienie, mama i tata poświęcają potomstwu tyle samo czasu, nikt nie musi nikomu ustępować, związki są traktowane poważnie, tak samo jak obowiązujące w nich zasady. Czasem, dla odmiany, dobrze jest sobie poobserwować coś dobrego i prostego, bez wikłania się w ludzkie, arcyludzkie.

Mycie okien nie jest najłatwiejsze, zwłaszcza kiedy się — jak ja — ma lęk wysokości. A tu przecież trzeba jeszcze wyczyścić spore szklane powierzchnie po to, żeby lepiej mogło przez nie wpadać światło, żeby rozjaśniać, a może nawet, żeby powyganiać spod naszych dachów zimowe mroki, żeby kwiatki lepiej rosły, żeby wszystko, co mroczne, wyblakło i się rozjaśniło. Słońce to przecież gigantyczne źródło energii, którą w swojej ludzkiej mądrości nauczyliśmy się przerabiać i magazynować. Według wiceministry klimatu i środowiska aż 30 proc. energii pochodzi w Polsce ze źródeł odnawialnych i nic tej zielonej rewolucji nie powstrzyma, choćby obrońcy węgla gardła sobie zdarli od wykrzykiwania „oze-sroze” i innych głupot.

Dużo się na te święta gotuje. Na wielkie śniadanie trzeba koniecznie przyszykować żurek i wielkie mnóstwo sałatki warzywnej. Sałatka taka jest prosta tylko z pozoru, ponieważ każda rodzina ma w jej sprawie swoje imponderabilia, których broni jak Kmicic Częstochowy, i nie dopuszczamy tu żadnych dyskusji. Wiadomo, że w sałatce ma być groszek (a nie kukurydza!!!), marchewka, pietruszka, seler, mnóstwo majonezu, nieco musztardy, jabłko i ogórek kiszony. I pod rygorem wykluczenia z rodziny nic nie wolno zmieniać, chociaż słyszałam, że niektórzy nie dodają jabłka. Nie będę tego w ogóle komentować. Oprócz tego na śniadanie je się mazurki, bułeczki, maślane baranki i chrzan. Nie ma w Polsce świąt bez chrzanu. Nawet jeśli na co dzień nie stosujemy rodzimego wasabi, to przy okazjach uroczystych jest absolutnym must eat.

Jak się już posprząta, umyje, ugotuje, to się trzeba ubrać nieco ładniej i zasiąść przy tym stole, żeby odprawić rytuały przywołania wiosny, odnowienia świata, odkrycia nadziei na to, że będzie jakaś przyszłość. W wielu domach sprawę znacząco utrudniają kwestie polityczne, niepotrzebnie pojawiające się w rozmowach. Nagle okazuje się wtedy, że całkiem miłe grono ludzi zaczyna sobie skakać do gardeł, gubiąc z pola widzenia racjonalność i sens. Każdy ma rację, każdy się zna, każdy najlepiej wie. Żurek stygnie, sałatka się grzeje, a wuj ze szwagierką potęgują z każdym zdaniem przekonanie, że nigdy już nic nie zjemy, bo przy stole siedzą z nami Tusk, Kaczyński oraz Trump i nie chcą sobie pójść.

Ostrzegam, polityka jest podstępna, bo potrafi się wprosić, nawet jeśli ją wystawiliśmy intencjonalnie i wprost za drzwi, to ona wraca boczkiem, chyłkiem, nie wiadomo jak ani którędy. Są też inne tematy, na które trzeba wielkiego zasobu dobrych manier, żeby się opanować, pamiętam, jak kiedyś, w czasach jeszcze pandemicznych, był na śniadaniu u nas pewien dalszy wuj, który się nad śledzikiem upierał, że szczepienia to zło, a mój ojczulek — lekarz — tak bardzo nie chciał wdawać się w polemikę, że prawie przekroił talerz. W takich momentach żałuję trochę, że nie można przenieść obyczaju z drugiego dnia świąt na pierwszy i na przykład polać wszystkich chłodną wodą.

Niestety, nie wolno, bo tradycja ma to do siebie, że czerpie siłę z powtarzalności. Jeśli jakikolwiek rytuał ma spełnić swoje zadanie, musi zostać przeprowadzony w całości. Jak się to zrozumie, to człowiek trochę sobie i innym odpuszcza, ja przynajmniej przestałam szukać furtek dla innowacji i może to jest oznaka starości, ale ta repetycja mnie od pewnego czasu mocno wzrusza. Zwłaszcza kiedy myślę sobie o tym, że do skończoności naszego życia dokłada się niestabilność panująca w świecie dookoła. Zamiast niecierpliwości czuję w sobie wdzięczność: za to, że mam te okna do umycia, nawet jeśli ich nie umyję (a nie umyję); za ten balkon, chociaż nie spadło na mnie błogosławieństwo gołębiego gniazda; za to całe jedzenie, bo się nim możemy dzielić. I nawet za kłótnię, bo jesteśmy w niej razem, tak samo bezradni i pogubieni.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version