Czas pędzi na łeb na szyję, a ja mam imperialne pragnienia, bo chciałabym zawrzeć w tym felietonie jakąś myśl, która przetrwa, chociaż chwilę dłużej, niż żyje jętka jednodniówka. Cóż jednak, jeśli przychodzą mi do zmęczonej informacyjnym szumem głowy wyłącznie dwie złote myśli, które ewentualnie mogłyby zasłużyć na podkreślenie wężykiem i wyrycie na blachę.

Autorem pierwszej był mój wuj Jarda, wybitny profesor biologii, który, ilekroć zamyślił się nad złożonością oraz różnorodnością ludzkiej natury, zwykł wzdychać i mówić: „Każdy jest jakiś”. Kocham to powiedzenie, bo jest w nim mądrość uniwersalna, oczywista i jednocześnie daleka od banału. Doceniam przy tym także otwartość maksymy, bo wuj nigdy nie sprecyzował, jaki właściwie każdy jest, ale pozostawiał nas ze wspaniale ogólnym „jakiś”, w które można było sobie wpisać dowolne cechy, przy jednoczesnym uzmysłowieniu sobie wielości dostępnych egzystencjalnych możliwości. Korzystam z tej myśli skrzydlatej, kiedy mnie ktoś zdenerwuje albo kiedy nie rozumiem czyichś motywacji bądź hierarchii życiowych priorytetów. „Każdy jest jakiś” – mówię sobie i z melancholijnym półuśmiechem, ale i z ciekawością ruszam dalej.

Druga maksyma, która nieodmiennie od lat mi towarzyszy, wypowiedziana została przez postać literacką, a konkretnie mojego ulubionego dziadka moich ulubionych dzieci z mojego ulubionego Bullerbyn. Poczciwina ten, podobnie jak wuj biolog, miał zwyczaj popadać w zamyślenie nad światem, a gdy osiągało ono poważną głębię, mawiał: „Ho, ho, tak, tak”. I to jest po prostu piękne, piękne, bo proste, bo nie ma w tym ani przesady, ani braku zaangażowania. Jest spora doza dystansu, lecz jest też czułość, wyrozumiałość i, na koniec, afirmacja. Bo chociaż „ho, ho”, to jednak „tak, tak”.

Dzięki tym złotym myślom żyję z umiarem ambicji, nieodmiennie w pokorze pamiętając, że nic lepszego nie powiem, że błądzę zaledwie po powiekach świata, wciąż i wciąż podejmując interpretacyjne zmagania z tymi dwiema sentencjami nie do przebicia, nie do przelicytowania. Pewnie się zastanawiacie, po co o tym piszę i dlaczego właściwie wydobywam najjaśniejsze diamenty ze skarbca mojej erudycji. Otóż dlatego, że jedynie słowa naprawdę trafne mogą jakkolwiek próbować odnieść się do rozpędzonej maszyny naszej codzienności, w której poniedziałek oddalony jest od piątku o całe eony, bo się tyle dzieje, że aż się nic nie wydarza, bo w ciągu kilku dni prezydent Stanów Zjednoczonych nakłada na wszystkich cła, żeby je potem zawiesić, potem nałożyć i zawiesić, ale głównie to jednak obciążyć nimi Chiny. Okręty różnych handlowych flot stoją w korkach na oceanach, w portach powstają piramidy z kontenerów wypełnionych towarami, których nikt nie dostarczy odbiorcom, bo po drodze cła wzrosły o tyle, że się zwyczajnie nie da, kostki globalnego domina wywracają się jedna na drugą, giełdy szaleją, a Trump mówi, że to dobrze. Jednocześnie podpisuje publicznie Executive Order w sprawie uczynienia amerykańskich pryszniców na powrót wielkimi (serio, powiedział „make showers great again”). Konkretnie chodzi o ciśnienie wody w kranach, które z powodów klimatycznych zostało obniżone przez Obamę i Bidena, ale Trump chce wyższego, ponieważ, znowu cytuję: „nie może umyć swoich pięknych włosów”. I kiedy z opadniętą na podłogę szczęką próbuję ratować resztki poczucia realności, z pomocą przychodzi mi mój cudowny wuj biolog Jarda i szepczę sobie cichutko, że „każdy jest jakiś”.

W tym samym czasie tu, u nas, w najlepsze trwa kampania prezydencka. Kiedy piszę ten felieton, znajdujemy się w dość ekstrawaganckiej sytuacji politycznej, ponieważ przed pierwszą turą wyborów ma się odbyć debata przed drugą turą. Nie wiem, czy to oznacza, że przed drugą będzie pierwsza, ale niczego dzisiaj wykluczyć nie sposób. Sam przebieg zmagań przed ewentualną debatą kładzie się cieniem na możliwości jej przeprowadzenia. Zaczęło się od tego, że kandydat Nawrocki (dla znajomych Batyr) wyzwał kandydata Trzaskowskiego (dla znajomych Trzaskowski) na udeptaną ziemię w Końskich (bo Schetyna powiedział, że wybory wygrywa się tu, a nie w Wilanowie) i żeby nie tchórzył. W odpowiedzi kandydat Trzaskowski wyzwał kandydata Nawrockiego na to samo. W konsekwencji spotkały się sztaby i telewizje mają to starcie transmitować. Na początku telewizje miały być trzy, ale sztab Nawrockiego chce jeszcze dwóch, więc robi się pięć, przy czym te dodatkowe dwie to telewizje kleszcze, wypasione na pisowskim garnuszku.

A nie mówiłam, że ho, ho i tak, tak?

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version