Polskie nastolatki krzyczały „Wyp***dalaj do Ukrainy” i brutalnie pobiły młodych Ukraińców. Policja nie widzi przemocy na tle narodowościowym

To zdanie będzie mnie długo prześladować: „Zakatowaliby nas na śmierć, gdyby na miejscu nie pojawili się policjanci”. Tak „Gazeta Wyborcza” opisała to, co dokładnie tydzień temu stało się na warszawskim Moście Świętokrzyskim.

W czwartkowy wieczór, 7 maja, 16-latek z czwórką przyjaciół spacerował po Moście Świętokrzyskim. Rozmawiali po ukraińsku i rosyjsku, szli w kierunku prawego brzegu Wisły. Nagle od tyłu podjechało do nich dwóch chłopców na hulajnodze. Najpierw były zaczepki i szturchanie, a kiedy 16-letni Artem nie zareagował, napastnicy odjechali. Tyle że po chwili wrócili, w znacznie większej grupie.

I wtedy padły ciosy. Artema bito i kopano po głowie. Jego kolega został powalony na ziemię, stłuczono mu okulary i próbowano zrzucić go z mostu do Wisły. Trzeciemu złamano nos. Sprawcy, jak twierdzą pokrzywdzeni nastolatkowie, krzyczeli: „Wyp***dalaj do Ukrainy”. Uciekli, gdy na miejsce przyjechał policyjny radiowóz.

Artem przeszedł operację, ma pękniętą czaszkę i zmasakrowaną twarz. Twierdzi, że gdyby nie policja, on i jego koledzy zostaliby zakatowani na śmierć. Jego rodzice złożyli zeznania na policji. Mieszkają i pracują w Polsce, uciekli do Polski z Ukrainy przed wojną.

„Zakatowaliby nas na śmierć” — mówi ukraiński nastolatek pobity w Polsce przez polskich nastolatków. Grozę, jaka płynie z tego zdania, trudno opisać. Dlaczego dzieci biją inne dzieci? Dlaczego rodzice ich nie nauczyli, że tak nie wolno? Dlaczego nikt nie ostrzegł, że nawet poszturchiwanie może się skończyć tragicznie? A biciem i kopaniem można kogoś zabić? Dlaczego rodzice i nauczyciele nie wytłumaczyli tym polskim dzieciom, że za naszą wschodnią granicą trwa krwawa wojna? I że jeśli ktoś opuszcza swój dom z obawy przed utratą życia i dlatego przyjeżdża do Polski, to należy go przyjąć z gościnnością, gotowością pomocy i zrozumieniem. Bo uciekł przed bombardowaniami, atakami rakietowymi i dronowymi. Wiem, że polskie nastolatki mogą nie ogarniać horroru wojny, ale ktoś dorosły powinien im był to wytłumaczyć. I dopilnować, by zrozumieli.

Ale wstrząsające w tej sprawie jest również to, że policja, która prowadzi dochodzenie i próbuje zatrzymać sprawców pobicia, uważa — tu cytat z wypowiedzi nadkom. Pauliny Onyszko z Komendy Rejonowej Policji VI (Białołęka, Praga Północ, Targówek): „Obecne ustalenia i zebrany dotychczas materiał dowodowy nie wskazują, aby to zdarzenie miało podłoże na tle narodowościowym”.

„Wyp***dalaj do Ukrainy” to za mało, by uznać, że polskim dzieciom nie podobały się dzieci ukraińskie? Jakich dowodów jeszcze potrzeba funkcjonariuszom policji, żeby uwierzyli, że napastnikom nie spodobało się, że inne nastolatki mówią po ukraińsku i rosyjsku?

Na razie policjanci dają sygnał, że to, co wydarzyło się tydzień temu na Moście Świętokrzyskim, to zwykłe pobicie. I to jest fatalny sygnał dla wszystkich, którzy wzniecają w Polsce antyukraińskie nastroje, nie licząc się z konsekwencjami. Bo kiedy politycy Konfederacji i PiS publicznie szczują na Ukraińców, zapominają, że ich słowa mogą mieć tragiczne konsekwencje. Dają przyzwolenie na przemoc.

Słowa „Wyp***dalaj do Ukrainy” to przecież przemoc słowna. A za nią poszły kopniaki i bicie. Tak brutalne, że polskie dzieci mogły zakatować ukraińskie dzieci na śmierć.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version