Magister Matylda Olek-Stępień to twórczyni „Głowy w Formie”, szczególnego miejsca na mapie psychologii sportu w Polsce. Psycholożka z ponad dziesięcioletnim doświadczeniem pracy w sporcie, mająca na koncie ponad 4000 godzin konsultacji z przedstawicielami ponad dwudziestu dyscyplin sportowych. A do tego była siatkarka, instruktorka narciarstwa alpejskiego i wreszcie wykładowczyni akademicka Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.
W długiej rozmowie przyjrzeliśmy się temu, co w cyklu czteroletnim interesuje cały sportowy (i nie tylko) świat, czyli igrzyskom olimpijskim. Te w 2026 roku, w wersji zimowej, odbędą się na Półwyspie Apenińskim.
Olek-Stępień ma również doświadczenie w pracy z olimpijczykami. W specjalnej rozmowie dla WPROST szczerze ujawnia m.in. psychologiczną stronę tak ogromnego przedsięwzięcia, jakim są igrzyska. Jak duże jest to wyzwanie dla uczestniczek i uczestników, włączając w to grono oczywiście postaci z reprezentacji Polski.
Rozmowa z Matyldą Olek-Stępień, doświadczoną psycholożką sportu
Maciej Piasecki (Wprost.pl): Jak pod względem mentalnym powinno się podchodzić do wyzwania, jakim jest start olimpijski?
Matylda Olek-Stępień (psycholożka sportu): Jako psychologowie często mówimy o tym, że igrzyska to jest impreza, jak żadna inna – ale zadanie do wykonania jest tam, jak każde inne. Staramy się do tego podchodzić w ten sposób, spoglądając na perspektywę startującej zawodniczki czy startującego zawodnika. Czyli bardzo mocno zadaniowo.
Nie ukrywajmy jednak, że mentalne przygotowanie olimpijskie różni się od tego, które przerabia się przy okazji mistrzostw świata czy Europy. A przecież to też jest duży kaliber imprezy, spoglądając na karierę sportową. Natomiast to zadaniowe podejście, skupienie się na sobie, na swoich mocnych stronach i rytuałach, pozwala utrzymać startującym poczucie, że jest to wyzwanie, jak każde inne. Czyli wykonuję tę samą robotę, jaką wykonywałem do tej pory. A jeśli zakwalifikowałam się na igrzyska olimpijskie, to wiem dobrze, jak to wykonać.
W głowie olimpijki czy olimpijczyka może się jednak pojawić hasło: Najważniejsza impreza czterolecia. Co więcej, czasem jeden start na igrzyskach okazuje się być tym jedynym w karierze. Takie myślenie to błędne koło?
Niekoniecznie.
W kontekście przygotowania mentalnego, bardzo dużą uwagę przywiązujemy do tego, jaką narrację do startu na igrzyskach przypisuje sama zawodniczka czy też sam zawodnik. Nasze myśli tworzą naszą rzeczywistość, to jest podstawowa sprawa. To, co zawodnik będzie mówił do siebie, odpowiadał na pytania dziennikarzy, czy generalnie przekazywał innym osobom – stanie się pomagające, przeszkadzające, bądź neutralne.
Określenia, że „to się już nigdy nie powtórzy” czy „to jest najważniejsza impreza w życiu” często okazują się paraliżujące – w pracy z zawodnikiem analizujemy takie podejścia. Dodatkowo mogą zabierać sprawczość i tym samym wzmacniać lęk przed popełnieniem błędu. Dlatego też lepiej jest zmienić narrację w ten sposób, żeby przekonania o igrzyskach miały charakter bardziej pomagający.
Start olimpijski to narażenie na największą krzywdę ze strony „wszechwiedzących” kibiców? Myśląc o krzywdzie, przychodzi mi do głowy np. internetowy hejt.
Na pewno coś w tym jest. Igrzyska spotykają się zainteresowaniem tak dużym, że trudno jest to jakkolwiek porównywać do innych wydarzeń sportowych. Osób, które będą chciały komentować wynik zawodniczki czy zawodnika, jest dużo więcej. Właśnie z tej statystyki popularności wynika zagrożenie i krzywda, o którą zapytałeś.
Jak można na to przygotować olimpijkę czy olimpijczyka?
Przygotowując się na rozmowę z tobą, poszperałam trochę w kontekście zimowych sportów oraz generalnie panujących nastrojów przedolimpijskich w kraju. Przykładowo, trener kadry polskich skoczków w jednym z wywiadów przyznał, że „musimy otoczyć Kacpra Tomasiaka szczególną opieką”.
Kacper Tomasiak to faktycznie dobry przykład. Nastolatek z marszu stał się liderem reprezentacji Polski w skokach narciarskich. Ale jeśli na igrzyskach będzie dla naszej kadry przeciętnie, to i on swoje zbierze po głowie.
Oczywiście nie życzymy tego Kacprowi.
Pełna zgoda.
Ale zarazem dobrze, że trener Maciej Maciusiak wspomniał o tej specjalnej trosce. Właśnie tu upatruję szansy na wykorzystanie potencjału młodego zawodnika. Poprzez mądrą opiekę sztabu szkoleniowego i bardziej doświadczonych zawodników.
Natomiast trzeba pamiętać, że trochę tak jak głosi stereotyp, pierwsze igrzyska są w pewnym stopniu po to, żeby doświadczyć ich atmosfery. Przeżyć je, zrozumieć skalę tego wydarzenia. A dopiero kolejne to realizacja celów wynikowych.
Dużo zależy od całego procesu prowadzenia danego zawodnika. Czy wsparcie psychologiczne pojawiło się w dłuższym okresie czasu czy dopiero dwa-trzy tygodnie przed igrzyskami? Wyposażenie zawodnika w odpowiednie umiejętności, zasoby, które będą pozwalać na stawianie czoła różnym okolicznościom, to proces. A w przypadku igrzysk rozmawiamy o jednych z najbardziej wymagających okoliczności w sporcie.
Dodatkowo skoki narciarskie podczas igrzysk w XXI wieku dawały Polsce medale. Oczywiście zachowując proporcje, bo reprezentacji od kilku sezonów bardziej nie idzie niż idzie, to pewnie czujesz, że ten balonik i tak będzie napompowany?
Presja w przypadku skoków narciarskich w naszym kraju rzeczywiście będzie wysoka. Najważniejszym pytaniem w kontekście Kacpra Tomasiaka i jego startu na igrzyskach będzie to, czy ulegnie narracji, o której rozmawialiśmy na początku. Jeśli pojawią się myśli, że to impreza, jak żadna inna, spełnienie marzeń każdego sportowca, a do tego wywodzi się z kraju z określonymi, olimpijskimi tradycjami. I że fajnie by było, gdyby poszedł w ślady wielkich mistrzów… Okej, to może w jakimś stopniu motywować, ale najczęściej ma to raczej przytłaczający efekt, zwłaszcza dla debiutanta olimpijskiego.
Dlatego tak dużą wagę przywiązuje do zarządzania sytuacją przez sztab szkoleniowy. Sytuacja mająca miejsce przy okazji igrzysk może być przez trenerów w umiejętny sposób stabilizowana.
Do tego Tomasiak debiutując na igrzyskach może również czerpać ogromnie dużo z doświadczenia olimpijskiego Kamila Stocha. Ten człowiek był na igrzyskach pięć razy w karierze i doświadczył praktycznie wszystkich olimpijskich bodźców.
Prezes Polskiego Związku Narciarskiego też coś tam skakał na igrzyskach.
Słuszna uwaga. Ale Adam Małysz nie jest aż tak blisko zawodników, wydaje mi się, że nie przebywa z nimi na co dzień. A na pewno nie jest to taki kontakt, jak młodszych skoczków ze wspomnianym Stochem. Ja bardzo często pracując np. na uczelni ze studentami, podaję przykład naszego trzykrotnego mistrza olimpijskiego. Prezentując jego wypowiedzi, w których opowiada w jaki sposób skupia się na zadaniu. Czyli dokładnie tego, co z punktu widzenia psychologicznego jest na igrzyskach najważniejsze.
Jest takie nagranie z Pjongczangu 2018, gdzie krok po kroku Stoch opowiada o tym, że jak już jedziesz na skocznię, to trochę się zamykasz. Myślisz o zadaniu, odtwarzasz sobie najważniejsze elementy skoku. Czyli realizujesz tzw. trening wyobrażeniowy. A wszystko po to, żeby jak już usiądziesz na belce „odciąć głowę”, jak mówił Adam Małysz. I ciało zrobiło dokładnie to, co najlepiej pamięta. Czyli uruchamia słynne automatyzmy.
Najgorzej, jeśli zawodnik chce za bardzo kontrolować to, co dzieje się dookoła. Dosłownie wszystko, niezależnie od wartości sportowej. A skoki narciarskie bazują przecież w głównej mierze na automatyzmach. Jeśli ich brakuje, wtedy jest dużo większa szansa na niepowodzenie.
Dlatego właśnie mam wrażenie, że Kacper Tomasiak może skorzystać z tych wszystkich doświadczeń polskich skoków narciarskich z poprzednich igrzysk olimpijskich. Wsparcie merytoryczne i emocjonalne jest bardzo istotne, ono może tylko pomóc. Choć nie możemy zapominać o zasobach indywidualnych zawodnika. Bo jednak na belce startowej będzie już tylko on sam. I od niego będzie zależeć, na ile tę głowę uda mu się „odciąć”.
Masz doświadczenia ze współpracy w kontekście olimpijskich wyzwań?
Tak. Pracowałam m.in. z zawodnikami przygotowującymi się do systemu kwalifikacji olimpijskich, jak również do samej imprezy czterolecia. Warto to podkreślać. My o tematach olimpijskich mówimy czy piszemy, kiedy igrzyska są już blisko, bądź impreza po prostu trwa. Natomiast często zawodnicy podchodzący do tego procesu świadomie i profesjonalnie, poświęcają temu dużo więcej czasu.
Pamiętam zawodnika, który powiedział mi kiedyś wprost: Ja na igrzyska olimpijskie szykowałem się całe życie.
I co robisz, kiedy słyszysz takie zdanie?
To zależy od interpretacji samego zawodnika. Ja traktuję takie słowa, jako dużą świadomość, że ten człowiek może i chce być gotowy właśnie na tę imprezę. W taką stronę idziemy zresztą w pracy ze sportowcami. Narracja budująca pewność siebie. Czyli: Ja mam podstawy – techniczne, fizyczne, mentalne – bo posiadam twarde dowody na to, że ten okres czterolecia, olimpiady, przepracowałem rzetelnie jako zawodnik. To może być źródło dodatkowych zasobów pewności siebie.
Kiedy pracuję z zawodnikami, to nie ma dla nich nic tak ważnego, jak autentyczne poczucie dobrego przygotowania do zawodów. I to nie jest mówienie sobie, na zasadzie wyuczonej mowy wewnętrznej, oszukiwania. Oni to naprawdę czują. Że zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby się do igrzysk dobrze przygotować. To było pod moim wpływem. A teraz jadę i zrobię swoją robotę, jak tylko najlepiej się da. Takie podejście i narracja kierują bezpośrednio na zadanie i pomagają mieć sprawczość. Plus doceniają pracę, jaką się włożyło w drogę do upragnionego celu.
Co z motywacją dla tych, którzy wiedzą, że zajmą miejsca dalekie od medalowych? Zwłaszcza w odbiciu do wyników, które mogą być np. na poziomie rekordów życiowych, ale dających miejsca w drugiej dziesiątce, czy pod koniec pierwszej.
Sportowcy, którzy stają się olimpijczykami, to są ludzie, których nie trzeba dodatkowo motywować. Oni znają realia swojej dyscypliny, raczej dobrze wiedzą, po co tam jadą. To też jest praca nad tzw. urealnieniem celu. Naprawdę rzadko pracujemy z taką motywacją, jak ją rozumiemy potocznie. Czyli żeby chciało mi się jechać na igrzyska, skoro i tak pewnie skończy się na dwudziestym czy trzydziestym miejscu. Takie podejście może się pojawiać bardziej w głowie kibica.
W zakresie motywacji olimpijki czy olimpijczyka, to raczej rozmowa o mądrym zarządzaniu swoją energią i formą fizyczną. Żeby mieć odpowiednią energię na start. To jest impreza mentalnie bardzo wyczerpująca, energetycznie również dużo pobiera od zawodników. Ceremonia otwarcia, wioska olimpijska, stołówka i spotkania z innymi zawodnikami, często wielkimi gwiazdami sportu. To emocjonalnie może wyczerpywać. Dlatego tu pojawia się praca psychologów sportu, żeby ten wynik sportowy pozostał cały czas pozostał na celowniku. Żeby wracać do tego, po co przyjechało się na igrzyska.
Wspomniałeś, że to może być pozycja 20-30 na igrzyskach. Dla kibica to tylko wynik, dodatkowo daleki od medalu. A dla zawodniczki czy zawodnika będzie to miejsce, dzięki któremu odczuje satysfakcję. Wysoki poziom zadowolenia z siebie i tego, że zrealizował swoje zadanie. Bo widzi trochę szerszy kontekst niż sama pozycja w klasyfikacji końcowej. Z perspektywy kibica tu kłania się uboczny efekt wiedzy.
A może niewiedzy?
Tak, do tego dążę.
Kibicom często wydaje się, że coś wiedzą. A nie dostrzegają, że to jest zaledwie kawałek tej całej układanki. Myślę, że bez kształtowania świadomości i pokazywania tego szerszego kontekstu sportowego trudu, trudno jest kibicowi to wszystko pojąć. Staramy się to oczywiście robić, jako specjaliści, ale też wy, jako dziennikarze. Sami zawodnicy obecni w mediach społecznościowych również pokazują tę długą drogę dojścia do celu. To nie jest taki „overnight success” (niespodziewany sukces tł. eMPe), że ja się obudziłem, czuję to i zaraz będę na igrzyskach olimpijskich.
To jest droga, który wymaga od sportowców systematycznej pracy, dyscypliny, wytrwałości. Ale też poświęceń. Choćby ról życiowy, czy to rodzica, spędzania czasu z bliskimi, bycia poza domem czasem 360 dni w roku. I tego już nie widzimy. Widzimy tylko jeden start olimpijski. To jest wycinek drogi i myślę, że jako kibice, powinniśmy mieć społecznie taką świadomość. Trochę możemy to porównać do pracy kogoś, kto awansował na wysokie stanowisko. I zapytać go, czy zrobił to przez tydzień czy dwa tygodnie. Najczęściej taka sama jest droga kariery zawodowej, tej pozasportowej.
Czy można przygotować się na sukces? Zwłaszcza ten duży, olimpijski?
Uważam, że to jest część przygotowań. Często z zawodnikami robimy takie przygotowanie na różne scenariusze.
Mamy plan A, B i C. Jeden z nich zakłada, że pójdzie nam lepiej niż się spodziewamy. I co wtedy? Zwłaszcza w takim kontekście, kiedy rywalizacja cały czas trwa, a idzie mi super. Co zrobić, kiedy za chwilę mogę być mistrzem olimpijskim?
Czyli skok na okolice rekordu skoczni w pierwszej serii?
Tak, dokładnie to mam na myśli. Jeżeli ja wcześniej się przygotuję, mam większe prawdopodobieństwo, że będę umiał się zarządzać swoimi emocjami. I to jest jeden kontekst tego zderzenia z sukcesem w sporcie.
Pamiętajmy, że sukces może się również okazać początkiem kryzysu. To taki eden do którego się trafia, tam już wszystko powinno być po prostu idealnie. I nagle pojawia się ważny wątek kryzysu zdrowia psychicznego. Mamy takie przykłady, społecznie bardzo użyteczne, w których Justyna Kowalczyk czy Magdalena Fularczyk-Kozłowska mówiły o tym, co stało się po osiągnięciu tego wielkiego wyniku, sukcesu w postaci mistrzostwa olimpijskiego. Złoto igrzysk okazało się być punktem startu największego kryzysu w karierze. Doprowadziło do depresji, czyli choroby, która jest bardzo poważna.
Wydawałoby się, że to dosyć nieintuicyjne. W końcu jak złoty medal olimpijski może być postrzegane, jako coś zagrażającego? A jednak.
Po sukcesie pojawia się pytanie: Co dalej?
Tak. Okazuje się, że osiągnięty zostaje cel sportowy, założony tak właściwie na całe życie zawodniczki czy zawodnika. Pojawia się zanikanie poczucia sensu. Szczególnie wtedy jeśli tożsamość medalistki czy medalisty była bardzo mocno związana ze sportem. To wielowymiarowy problem. Zwłaszcza jeśli sportowiec definiuje się poprzez osiągnięcie wyniku, stawiając to na pierwszy miejscu, ponad każdą inną sferę swojego życia.
Ważna jest też umiejętność odnalezienia się w sytuacji dużego sukcesu. Tego ogromu bodźców zainteresowania, ale też ryzyka, że sportowiec może stać się symbolem narodowym. A to droga do uprzedmiotowienia. To często wiąże się z kryzysem, nieprzygotowaniem zawodników na taką sytuację.
Choć chcę zaznaczyć, że są też osoby, które w takim wielkim zawirowaniu dobrze się odnajdą. Będzie to też kwestia wyboru, co odpuszczam, gdzie pojawię się na wywiadzie, co jest dla mnie najważniejsze. Tutaj też byłaby do wykonania praca mentalna odszukiwania siebie na nowo. Sensu, celu, po co ja tak właściwie to robię? Co jest moim nowym celem? Po co ja teraz uprawiam sport?
Takie pytania pojawiają się w głowach zawodników po osiągniętym sukcesie i trzeba o tym mówić, trzeba rozmawiać.
W kontekście sukcesu, dopytam jeszcze o postać Kamila Stocha. Trzykrotny mistrz olimpijski kończy karierę, ZIO 2026 będą jego ostatnimi. Wspominałaś o jego innej roli, wspomagającej. Zapytam jednak, czy fakt, że w ostatnich latach wynikowo Polak jest już daleko od swoich najlepszych czasów, jest trudny do udźwignięcia?
Perspektywa psychologiczna prawie zawsze różni się od ekspertów sportowych czy głosów dziennikarskich. Patrzymy na Kamila Stocha zapewne trochę inaczej.
Wiadomo, że nie siedzimy w głowie tego wielkiego mistrza. Pewnie, że tej formy fizycznej, takiej dyspozycji sportowej ze względu na wiek, zawodnik po prostu już nie przekroczy. Ciało może nie mieć już takich możliwości do walki z konkurentami, którzy są w swoim szczycie karier. To po prostu naturalna kolej rzeczy.
O Kamilu Stochu myślę w kategoriach zawodnika o ogromnym potencjale, ale zmiennej roli. Czyli właśnie tego, że może być ogromnym wsparciem dla całego zespołu. Natomiast indywidualnie nie wiemy, co osiągnie danego dnia. Pamiętajmy, że konkurs skoków na igrzyskach, to nie jest impreza pt. kto lepiej skacze, a kto lepiej wytrzyma ogromną presję i te okoliczności olimpijskie. Naprawdę, doceniajmy Kamila Stocha za to, co zrobił. Czego dokonał jako zawodnik.
Osiągnął właściwie praktycznie wszystko. Ile ma medali olimpijskich?
Cztery. Trzy złote indywidualnie i jeden brązowy w drużynie.
To wymaga ogromnej odporności psychicznej, sporych umiejętności mentalnych. Już nie wspominam o tej części sportowej, kwestiach fizycznych czy technicznych.
Nie masz jednak wrażenia, że to będzie wymagające, pojechać na igrzyska i mieć świadomość, że walka o medale – po tylu latach – zapowiada się bardzo trudna?
Na pewno nie będzie to łatwe, ale to jest tylko ta jedna perspektywa.
Ta druga to słowa samego Stocha po ostatnich igrzyskach, gdzie w Pekinie zajął w jednym z konkursów czwarte miejsce. Czyli otarł się o olimpijskie podium, mógł zdobyć swój piąty medal w karierze. Stoch powiedział po konkursie, że tak właściwie, to on cieszy się z samego faktu, że może być ponownie olimpijczykiem. Miał wielką radość z tego, że jego poziom sportowy i przygotowanie pozwoliło mu znaleźć się w Pekinie i czerpać z tego, że znalazł się w reprezentacji olimpijskiej.
Popatrzmy na to również statystycznie. Ile Polek i ilu Polaków jedzie na igrzyska, żeby pokazać swoje możliwości? To nie jest większość populacji. Taka perspektywa sprawia, że można mieć poczucie docenienia. Jest się jednym czy jedną z nielicznych. Taki przekaz od razu powoduje generowanie radości, satysfakcji i dumy z uczestnictwa w ZIO.
Pamiętam jeszcze, że Stoch dodał wtedy w Pekinie: Okej, dzisiaj na tablicy wyników jestem czwarty. Ale zrobiłem wszystko, co mogłem, żeby te skoki były dobre. I jestem zadowolony z mojego wykonania podczas wyzwania olimpijskiego. Czasem to da złoto, bo akurat inni zawodnicy skoczyli o pół metra mniej, bądź dostali niższe noty. A czasami da to czwarte miejsce. Na dyspozycje rywali zawodnik nie ma wpływu.
I w tym kierunku należy iść. Dla Stocha to mogą być trudne igrzyska, to prawda. Ale może to być również przepiękna klamra kariery.
Zaznaczę, że moje obawy nie wynikają z szukania sensacji, czy chęci „kopnięcia” mistrza, a zwyczajnej, ludzkiej troski.
Domyślam się, to jest ciekawy wątek i słusznie, że wziąłeś go pod uwagę.
Moim zdaniem Stoch może być inspiracją dla zawodników ze swojej dyscypliny, ale też całościowo – innych sportów. A przynajmniej tak myślę, że może być. Nie miałam okazji z nim współpracować i mogę opierać się tylko na jego sukcesach czy postawie we wspomnianych wywiadach. To niewielki skrawek, ale dający pewien obraz.
Widzę, że przygotowałaś coś specjalnego. Co to za olimpijskie zestawienie?
Chciałbym podkreślić, że przygotowanie psychologiczne przed igrzyskami jest kluczowe. I pokazać szczególne elementy na które zwracamy uwagę, jako psychologowie sportu. Będę się posiłkować świetnym opracowaniem doktora Daniela Golda byłego prezesa Association for Applied Sport Psychology (AASP), który wraz z zespołem przeprowadził dla USOC (United States Olympic Committee) wszechstronne badania obejmujące trzy Igrzyska Olimpijskie i czas olimpiady pomiędzy nimi. Zajęli się przygotowaniem psychologicznym i tym, co jest kluczowe, żeby zawodnik mógł wykonać swoje zadanie podczas wyzwania olimpijskiego.
To, że jedzie na imprezę z określonym założeniem, to już wiemy. Wspominaliśmy o tym dzisiaj kilkukrotnie. Co jednak zrobić, żeby olimpijczyk faktycznie mógł być skupiony na celu? Pojawiła się w tym opracowaniu fajna metafora.
Mianowicie, że bycie na igrzyskach jest jak wizyta dziecka w sklepie ze słodyczami. Musisz nauczyć się czerpać przyjemność i smakować te słodycze, ale nie jeść ich tak dużo, żeby się rozchorować i te łakocie mogły ci zaszkodzić.
Wymienię kilka czynników, które – jak podkreślają sami autorzy – mogą się odnieść nie tylko do igrzysk, ale też imprez rangi mistrzostw kontynentalnych i po prostu, tych z wysokiej, międzynarodowej półki. To uniwersalne elementy.
Zamieniam się w słuch.
Pierwsze to radzenie sobie z rozproszeniami. Czyli tzw. dystraktorami. Ich na igrzyskach jest dużo. Obok nas na stołówce olimpijskiej może pojawić się jakiś idol, ktoś, kogo od lat podziwiamy. Nagła zmiana godziny startu. Śpisz w pokoju z kimś, kto chrapie. Pojawia się jakiś nagły remont, bo coś jeszcze nie jest zrobione w wiosce olimpijskiej, bądź sportowcy grzęzną w gigantycznym miejskim korku. To takie nieoczekiwane okoliczności, z którymi reprezentantki i reprezentanci muszą sobie umieć radzić już na miejscu. Trzeba mieć świadomość, że może ich to czekać, ale mimo wszystko, cel pozostaje niezmienny.
Osobnym punktem jest zresztą mieszkanie w wiosce olimpijskiej.
Kolejna kwestia to przygotowanie na radzenie sobie z mediami. Skoro igrzyska są imprezą sportową, jak żadna inna, podobnie jest z zainteresowaniem ze strony dziennikarzy. To umiejętność radzenia sobie z trudnym pytaniem czy np. prośbą o wypowiedź w momencie, w którym sportowiec potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby się odpowiednio wyregulować.
Dlaczego dziennikarze są najczęściej „winni” niepowodzeniom sportowców? Wiesz, że trochę hiperbolizuję, ale mam wrażenie, że stoimy na linii pierwszego frontu.
Od strony psychologicznej uważam, że to może być efekt wygaszania emocji po wykonaniu zadania. Jako psychologowie mówimy o potrzebnych 24 godzinach.
Ostatnio rozmawiałam z jedną z zawodniczek i ona przyznała, że miała tendencję do analizowania meczów, w których grała, tuż po ich zakończeniu. I zrobiliśmy eksperyment, żeby sama przekonała się, że jeśli nie robi tego od razu, a poczeka dzień czy dwa, to analiza jest wówczas zupełnie inna.
Dlatego właśnie uważam, że to może być kwestia niewyregulowanych emocji. Po starcie w zawodniku jest taka zupa emocjonalna. A jeśli ten start był nieudany, jeśli dużo się zadziało, ma w sobie trochę złości na siebie, na los, na przeciwników, pojawia się smutek, rozgoryczenie, frustracja… Wyobraźmy sobie taką sytuację z naszego życia i nagle ktoś nam tam podstawia mikrofon i zadaje pytania.
A wystarczyłoby zapytać dzień po starcie zawodnika czy zawodniczkę, a reakcja czy konsekwencja byłaby zupełnie inna. Nie dostawalibyście wtedy rykoszetem.
Problem w tym, że dzień po starcie niektórzy nie mieliby już pracy.
Racja. To jest trudne, tak wygląda specyfika waszej dziennikarskiej pracy. Często macie do czynienia z człowiekiem, który jest jeszcze pełny emocji. A nasze umysły podczas takich uniesień emocjonalnych działa zupełnie inaczej niż nawet teraz, kiedy my tutaj sobie siedzimy spokojnie i rozmawiamy przy kawie.
Rozumiem twój dziennikarski punkt widzenia i zgadzam się, że żyjemy w świecie instant. Przepływ informacji jest błyskawiczny. Dlatego też całościowo patrząc z perspektywy zawodnika, u niego też powinny być jakieś własne, wyrobione wymogi sytuacyjne i kontekst działań. Jeżeli zawodnik pracuje nad marką osobistą, to jedną z jego umiejętności powinno być poradzenie sobie z emocjami po starcie. Żeby wyjść do was, powiedzieć, być może trochę ogólnie, nieco wyuczoną formułkę, ale jednak te kilka zdań, z którymi będzie się mógł czuć później dobrze.
Czyli spotkaliśmy się po środku. Jakie są jeszcze pomysły na sukces olimpijski?
Spodziewanie się niespodziewanego. Coś, na co zawodnik nie ma wpływu.
Wspominałam o tym przy okazji nadchodzącego, dużego sukcesu. Ale jest też druga strona tego medalu. Wspominał o tym przed laty Robert Korzeniowski. Naszego mistrza wyprzedził w trakcie jednego ze startów chiński zawodnik. To były czasy, kiedy Korzeniowski dobrze wiedział, że jeśli utrzyma własne tempo, to trochę nie ma konkurencji w chodzie na 50 km. Ale jednak to był moment, ten atak Chińczyka, w którym sam przyznał, że takiego scenariusza się nie spodziewał. Ostatecznie zdecydował się pójść tempem Chińczyka, zostawiając z boku swoje własne założenia. Skończyło się na karze za nieodpowiednią technikę dla Polaka.
Korzeniowski przyznał, że tamtą lekcję, właśnie zupełnie nieoczekiwaną, mocno sobie przerobił na przyszłość. Wypisywał sobie przykładowych pięć sytuacji, które mogą go spotkać podczas startu. Czyli będą prawdopodobnie nieoczekiwane, ale odnotowywał przy tym swoją reakcję. Przykładowo: Zjawił się obok mnie zawodnik, ale ja będę trzymał swoje tempo. Gdybym cały czas szedł takim tempem, mogę osiągnąć sukces, bo mnie na to sportowo stać.
Nieoczekiwane sytuacje można rozszerzyć na zdarzenia pozasportowe. Będąc z kadrą na mistrzostwach Europy pamiętam, że rozważaliśmy, co by było, gdyby droga, którą jeździliśmy na trening, nagle się zakorkowała. Albo była nieprzejezdna. Wzięliśmy mapę i opracowaliśmy alternatywną trasę, która też była właśnie takim przygotowaniem na nieoczekiwane. Podobnie może być z usterką sprzętu meczowego.
Do tego kolejny punkt, czyli dbanie o swoje rutyny. Badacze z USA podkreślają w swoim opracowaniu, że sportowcy właśnie na igrzyskach jeszcze bardziej mogą sobie pomóc, jeśli rzeczywiście korzystają z wcześniej wypracowanych rutyn. Mogą się ich trzymać i szukać w nich schronienia w dynamicznym środowisku olimpijskim.
Wspominałaś o tym przy okazji przypadku skoczków narciarskich i automatyzmów.
Zgadza się, dobrze to oddaje, o czym mowa.
Ostatnie dwa czynniki związane są z wysoką świadomością zawodniczki czy zawodnika. Wiedza o samym sobie. Pierwszy punkt to decyzja o udziale w ceremonii otwarcia. Nie ma tak, że jako psychologowie mówimy: Tak, idź, albo zostań i daj sobie spokój. Może się zdarzyć, że sportowiec przeznaczy całą swoją energię na ceremonię i później, jak przyjdzie do startu w przeciągu 24-48 godzin, może z tego nic nie wyjść. Z drugiej strony, to wyjątkowa okazja do wzięcia udziału w takiej zbiorowej radości. Więc można się też odpowiednio, dodatkowo „naładować” na start olimpijski.
I ostatni, dosyć zaskakujący czynnik, czyli wpływ rodziny i przyjaciół. Tu znowu kłania się świadomość zawodnika. Czyli jak wpływa na mnie taka obecność na trybunach w trakcie startu na igrzyskach. Trafiają się bowiem zawodnicy, dla których taka forma wsparcia społecznego, jest naprawdę niezwykle istotna. I dawała poczucie bezpieczeństwa, mogli skupić się na swoim zadaniu. Ale jak można się domyślić, jest też grupa odwrotna. Stanowiło to element rozproszenia i przeszkadzała na walki o sportowy wynik.
W ostatecznym rozrachunku nie ma jednak jednej recepty na olimpijski sukces, nawet jeśli te wszystkie punkty przerobimy. Czy się mylę?
Gdyby było inaczej, to byłoby zbyt proste. Uważam, że generalnie psychologię sportu często szyjemy trochę na miarę, nie ma jednej recepty na sukces. Często mówię zawodnikom, że to jest ich rola – znalezienia sposobu na siebie. Wchodzą tu w grę cechy temperamentu, osobowości, ale też jakie mam wartości, jaką jestem osobą – introwertyzm, ekstrawertyzm. Po prostu, im więcej wiem o sobie, tym więcej można rozmawiać o potrzebach.
To można odnieść choćby do obecności bliskich na igrzyskach. Sportowiec może ich najpierw potrzebować, a cztery lata później chcieć wejść do „tunelu”, w którym skupi się w stu procentach na możliwym sukcesie. Albo w drugą stronę, na koniec kariery mieć obok siebie najważniejsze dla siebie osoby w życiu.
Całościowo to zarządzanie sobą w czasie wielkiej imprezy jest bardzo ciekawe. Bo to jest jakieś połączenie praktyki i badań. Połączenie tego wszystkiego razem może dawać nam takie wnioski, które dają dobry plan pracy przygotowania, w tym wypadku do igrzysk.
Przed ZIO 2026 głośno zrobiło się w Polsce o zamieszaniu wokół powołań. Przepraszano w Polskim Związku Narciarskim. Później do gry wkroczył Polski Komitet Olimpijski. Co byś poradziła, gdyby ktoś taki, wykreślony z list olimpijskiej przez działaczy, zgłosił się i poprosił o wsparcie?
Pracowałam z takimi zawodniczkami, zawodnikami, którzy to przechodzili. Te sytuacje są bardzo różne, ale dotyczą właśnie tego, na co zawodnik nie ma wpływu. Czyli jakiś układów, działań, zmian przepisów, bo i tak się czasem dzieje w federacji jakiegoś związku. I nagle się może okazać, że kto nie miał szans olimpijskich, właśnie je ma. Okazuje się, że sportowiec specjalnie nie wybrał jakiegoś startu, bo wybrał wypoczynek, a wyjazd właśnie na tamtą imprezę – po zmianie okoliczności – mogło by dać kwalifikację olimpijską. Dla zawodniczki i zawodnika to są bardzo, bardzo trudne momenty.
Czasem wręcz przełomowe, w jedną bądź drugą stronę. To co my, jako psychologowie sportu robimy, to dajemy przestrzeń, bezpieczne miejsce, w którym można opowiedzieć o swojej perspektywie. O poczuciu niesprawiedliwości, niezrozumienia, bezradności, braku sprawstwa. Tutaj nie ma co wykonywać jakiś dodatkowych działań. Chcemy po prostu wysłuchać sportowca jako człowieka. Co czuje, w którym miejscu jest, dlaczego ma prawo tak czuć.
Taka sytuacja może być motorem napędowym, bo sportowiec wyjdzie z założenia, że nadal będzie robić to, co kocha, niezależnie od jakichś tam pozasportowych historii. Ale byłabym bardzo uważna. Bo tu wychodzi znajomość zawodnika, czy on tłumi emocje i zastępuje je takim fokusem na zadaniu, czy to naprawdę jest autentyczne. I okej, było mi smutno, przeżywałem złość, poczucie niesprawiedliwości. Trochę te emocje ze mnie zeszły, idę na trening i aktywność fizyczna pomoże mi w samoregulacji emocjonalnej.
To z czym ja się spotykałam w takich sytuacjach, to nawet przerwa od startów i treningów. Jeśli nie startuję, jestem trochę przymuszona do momentu odpoczynku i regeneracji. To bywa bardzo trudne emocjonalnie, ale czasem jest to potrzebne do tego, żeby zyskać tę perspektywę na przyszłość. Spojrzenie na sytuację i zadbanie o siebie, na ile zawodnik może. Czasami takim zadbaniem o siebie jest zgłoszenie się o pomoc i wsparcie profesjonalne. Zaczynam pracę z psychologiem sportu, ale nie tylko, bo generalnie zaczynam dbać o siebie, jako o człowieka. Dając sobie czas, ale też przeplatając lżejszymi treningami, które jednak ciągle pomagają mi radzić sobie w trudnym momencie.
Różnie zawodnicy na to reagują i byłabym równie ostrożna, żeby oceniać to z zewnątrz, bo nigdy nie wiemy, czy to jest tłumienie emocji i raczej takie na pozór efektywne radzenie sobie z nimi. Czy np. wycofanie się z mediów społecznościowych i kontaktów z dziennikarzami, to jest radzenie sobie z problemami, czy wręcz przeciwnie.















