Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę, która umożliwiłaby językowi śląskiemu uzyskanie statusu języka regionalnego — co od dawna postulują środowiska Ślązaków. To już druga taka decyzja prezydenta wybranego z poparciem Prawa i Sprawiedliwości, wcześniej ustawę wprowadzającą podobne regulacje zawetował Andrzej Duda. Z czego wynika takie podejście prawicy?
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Weto Nawrockiego nie zaskakuje, obecny prezydent wielokrotnie demonstrował, że sytuuje się na prawo od swojego poprzednika, a współczesna polska prawica, coraz bardziej nacjonalistyczna w swoim przekazie, jest wroga śląskiej tożsamości i w ogóle wizji polskiej wspólnoty dopuszczającej jakąkolwiek wielokulturowość czy tożsamość, której nie dałoby się wpisać w prawicową wizję narodu o w zasadzie jednorodnej historii i pamięci.
Czy Karol Nawrocki przejmuje się nauką?
Prezydent uzasadniając weto stwierdził, że „faktów naukowych nie ustala się głosowaniem w Sejmie”, a w kwestii statusu języka śląskiego trzeba słuchać ekspertów. Ci zaś, jak argumentuje Karol Nawrocki, „wskazują, że mowa śląska jest dialektem języka polskiego”. Dlatego też, „nie możemy tworzyć precedensu, w którym większość polityczna rozstrzyga kwestie naukowe”.
Prezydent ma oczywiście rację, że „faktów naukowych nie ustala się głosowaniem”. Problem w tym, że takie argumenty nie brzmią przekonująco ze strony prezydenta reprezentującego obóz polityczny regularnie ignorujący ustalenia nauki, tam, gdzie kłócą się one z jego ideologią — np. w kwestii orientacji psychoseksualnych człowieka — albo z interesem jego elektoratu, jak w kwestii paliw kopalnych. Nawrocki powtarzający „fedrować, fedrować, fedrować” i opowiadający o energetyce przyszłości opartej o węgiel, nie sprawia wrażenia polityka szczególnie przejmującego się ustaleniami nauki.
Argumenty językoznawców nie są też wcale tak jednoznaczne, jak przedstawia to prezydent. Faktycznie większość mówi o śląskim jako o dialekcie języka polskiego, takie jest też stanowisko Rady Języka Polskiego z 2011 r. Jak jednak w trakcie konsultacji nad zawetowaną ustawą mówił przewodnicząca Rady, prof. Katarzyna Mosiołek, od tego czasu zmieniła się „sytuacja społeczno-lingwistyczna etnolektu śląskiego”.
Jest on dziś bardziej skodyfikowany niż był w 2011 r., wzrosła liczba opublikowanych w nim tekstów literackich i osób deklarujących jego codzienne używanie. Jak przyznała ekspertka, stopień kodyfikacji śląskiego jest dziś większy niż kaszubskiego, gdy ten w 2005 r. otrzymał status języka regionalnego. Co biorąc pod uwagę aspiracje Ślązaków by uznać ich język, regularnie podnoszone w sferze publicznej, jest dobrym argumentem za podpisaniem ustawy.
Oflagowywanie Śląska
O co więc chodzi, jeśli nie o naukę? Jak zawsze, o politykę. A w polityce współczesnej polskiej prawicy mówienie o języku czy tożsamości śląskiej — a już broń Boże o narodzie — jest przekroczeniem tabu i czerwonej linii. Dla prawicy Śląsk o własnej, osobnej śląskiej tożsamości jest zagrożeniem dla polskości albo — jak kiedyś uprzejmy był się wyrazić Jarosław Kaczyński — nawet „przyjęciem opcji niemieckiej”. Stąd wracające w prawicowych narracjach o Śląsku przekonanie, że uznanie jakiejkolwiek śląskiej odrębności to pierwszy krok do śląskiego separatyzmu albo germanizacji tego regionu.
Podobne argumenty w zawoalowanej formie pojawiały się w uzasadnieniu weta o śląskim jako języku regionalnym prezydenta Dudy. Poprzednik Nawrockiego uzasadniał swój sprzeciw, pisząc: „niedające się wykluczyć działania hybrydowe, jakie mogą być podjęte w stosunku do Rzeczypospolitej Polskiej, związane z prowadzoną wojną za wschodnią granicą, nakazują szczególną dbałość o zachowanie tożsamości narodowej. Ochronie zachowania tożsamości narodowej służy w szczególności pielęgnowanie języka ojczystego”. Nawrocki wypowiada się bardziej powściągliwie, deklarując tylko, że ustawa „buduje sztuczne podziały w naszej narodowej wspólnocie”. Ale sens jest podobny: śląska tożsamość traktowana jako coś innego niż wariant polskości jest konstruktem, przy pomocy którego próbuje się podzielić polską wspólnotę, stwarzającym dla niej — jak wprost deklarował Duda — wręcz zagrożenie.
Prawica w swoim podejściu do Śląska od lat konsekwentnie próbuje „oflagowywać” ten region, malować go na kolor biało-czerwony. W 2019 r. zdominowany przez PiS sejmik województwa śląskiego zmienił nawet Regionalnego Instytutu Kultury w Katowicach na Instytut Myśli Polskiej im. Wojciecha Korfantego, co spotkało się z krytyką wielu Ślązaków. Uzasadnienie do weta prezydenta Nawrockiego opiera się na podobnym myśleniu. Prezydent twierdzi, że „szanuje i bardzo ceni tradycję i kulturę Śląska”, która jest „integralną częścią dziedzictwa Rzeczypospolitej”. Problem w tym, że Śląsk przez większość swojej historii pozostawał poza granicami Polski, a już zwłaszcza Rzeczpospolitej szlacheckiej i jego mieszkańcy nie dzielili z nią swojej historii. Ślązacy niekoniecznie chcą być postrzegani wyłącznie jako kolejny lokalny, folklorystyczny wariant Polaków, choć wielu z nich identyfikuje się jako jednocześnie Polacy i Ślązacy albo głównie jako Polacy — i dobrze urządzone państwo powinno stworzyć im warunki do życia respektującego śląską odrębność w ramach obywatelskiej lojalności.
Polityczna kalkulacja
Prezydent myśli jednak nie o dobrych rozwiązaniach dla obywateli, ale o swoich szansach na reelekcję. Aby je sobie zapewnić, musi zmobilizować silnie nacjonalistyczną bazę, podatną na narracje o „śląskości jako ukrytej opcji niemieckiej”, niezdolnej wyobrazić sobie Polski jako kraju wewnętrznie różnorodnego, dopuszczającego odmienne warianty lokalnych tożsamości i pamięci historycznych.
Tego samego dnia, gdy prezydent zawetował ustawę, nową „o wspieraniu gwary i kultury śląskiej” złożył poseł PiS Marek Wesoły. Wprowadza ona np. możliwość finansowania zajęć z „gwary śląskiej” jako zajęć nieobowiązkowych w szkołach. Prezydent zapowiedział, że ją podpisze, bo zależy mu na wspieraniu kultury śląskiej w myśl zasady: Wsparcie kultury i tradycji: tak, polityczna gra śląską kulturą: nie.
Problem w tym, że dla najbardziej świadomej części śląskiej opinii publicznej taka ustawa nie wystarczy, samo określenie „gwara śląska” uznaje ona za obraźliwe. Prezydent zakłada jednak najwyraźniej, że może pozwolić sobie na zrażenie do siebie tej mniejszości, licząc na mobilizację prawicowej bazy, którą postulatom śląskiej odrębności jest albo wroga, albo w ogóle nie interesuje jej temat. Czy Karol Nawrocki się nie przeliczy w tych kalkulacjach, przekonamy się za pięć lat.