Kiedy pojawia się coraz więcej oznak narastającego rozdźwięku między prezydentem Stanów Zjednoczonych Donaldem Trumpem a premierem Izraela Benjaminem Netanjahu, skutki izraelskiego ataku na syryjski obiekt wojskowy mogą zwiastować szerszą zmianę geopolityczną.

Zaatakowanym obiektem była baza lotnicza Abu al-Duhur w prowincji Idlib, która zaledwie kilka godzin wcześniej gościła delegację wojskową z Turcji. Według doniesień Turcy chcieli zrewitalizować tę infrastrukturę, umacniając tym samym relacje z rządem, który wyparł wieloletniego przywódcę Baszara al-Asada z Damaszku w grudniu 2024 r.

Nie dziwi więc, że tureckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych stanowczo potępiło atak — to kolejny już epizod w serii słownych potyczek pomiędzy dwoma sojusznikami USA na Bliskim Wschodzie. Kiedy kancelaria Netanjahu uzasadniła atak oskarżeniem Syrii o naruszenie porozumienia bezpieczeństwa „poprzez umożliwienie rozlokowania wojsk tureckich na lotnisku w pobliżu Aleppo”, rząd turecki odrzucił „bezzasadne zarzuty” mające „zalegalizować bezprawne izraelskie naloty godzące w suwerenność i integralność terytorialną Syrii”.

Jednak w ślady Turcji poszedł także Waszyngton, który skrytykował izraelską operację. Specjalny wysłannik USA, Tom Barrack, wyraził głębokie zaniepokojenie „niepotrzebną eskalacją”. To nie pierwszy raz, gdy amerykańska administracja wydaje się opowiadać po stronie tureckiego prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana, a nie Netanjahu. Amerykański przywódca wciąż nie udzielił także oficjalnego poparcia izraelskiemu premierowi przed kluczowymi wyborami zaplanowanymi na październik — ta rysa na ich relacji może okazać się istotna, zwłaszcza w obliczu krajowych napięć pchających obu liderów w przeciwnych kierunkach.

Jak ocenił Brian Katulis, analityk w Middle East Institute oraz były pracownik Departamentu Stanu USA, Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Pentagonu, „prezydent Trump i premier Netanjahu znajdują się obecnie w słabych pozycjach politycznych w swoich krajach — Trump wciąż notuje najniższe w historii swojej prezydentury wskaźniki poparcia (zarówno podczas pierwszej, jak i obecnej kadencji), a pozycja i reputacja Netanjahu są poważnie nadszarpnięte przez atak Hamasu z 7 października 2023 r. i jego konsekwencje”.

— Głównym celem politycznym Netanjahu jest dziś udowodnienie, że potrafi ponownie zapewnić bezpieczeństwo izraelskim obywatelom. Dlatego kontynuuje on intensywną kampanię militarną na wielu frontach, co odpowiada oczekiwaniom członków jego skrajnie prawicowej koalicji — powiedział Katulis w rozmowie z „Newsweekiem”. — Trump, w przeciwieństwie do Netanjahu, mierzy się z amerykańskim społeczeństwem zmęczonym wojną i odczuwającym gospodarcze skutki konfliktu z Iranem oraz nieprzewidywalnej polityki zagranicznej. Dlatego Trump dąży do deeskalacji, zupełnie odwrotnie niż Netanjahu.

Trump od dawna utrzymuje bliskie relacje zarówno z Erdoganem, jak i z Netanjahu, jednak jego podziw dla tureckiego przywódcy wydawał się rosnąć jeszcze przed tym, jak w zeszłym roku po raz drugi zamieszkał w Białym Domu.

Trump przypisywał Erdoganowi istotną rolę w odsunięciu Asada od władzy, a następnie zbliżył się do nowego rządu w Damaszku, na czele którego stoi prezydent Ahmad al-Sharaa, były przywódca islamistycznej bojówki. Trump spotkał się z Sharaą dwukrotnie w zeszłym roku, zniósł część sankcji wobec Syrii i rozpoczął budowę nowego partnerstwa regionalnego.

Rozwijająca się współpraca Białego Domu z Sharaą odbywała się mimo wielokrotnych sprzeciwów Netanjahu. USA krytykowały izraelskie ataki wspierające druzyjskie milicje walczące z syryjskimi siłami bezpieczeństwa i oddziałami plemiennymi, apelując do Izraela o powstrzymanie działań mogących podważyć wysiłki nowego syryjskiego przywództwa na rzecz konsolidacji władzy i stabilizacji kraju po niemal 13 latach wojny domowej.

Po ostatnim szczycie NATO w Ankarze, który potwierdził bliskie relacje USA z Turcją pomimo pogorszenia stosunków z Europą, Trump po raz kolejny zignorował protesty Netanjahu, deklarując chęć zniesienia ograniczeń na sprzedaż myśliwców F-35 dla Stambułu, mimo wcześniejszego zakupu przez Turcję rosyjskich systemów S-400.

Jednocześnie historyczna więź Trumpa z Netanjahu przetrwała już wiele wcześniejszych kryzysów. Obejmując urząd w styczniu 2025 r., pomimo krytyki izraelskiej ofensywy w Gazie i wywierania presji na zawarcie rozejmu, administracja Trumpa generalnie wspierała Izrael — zwłaszcza poprzez dwukrotne bezpośrednie uderzenia w Iran, najpierw podczas 12-dniowej wojny w czerwcu 2025 r., a następnie w ramach szerzej zakrojonej kampanii trwającej od 28 lutego. Mimo to sygnały rozbieżności interesów Netanjahu i Trumpa nie ustają, a wspólna wojna z Iranem trwa już niemal sześć miesięcy i wciąż brakuje znaków wskazujących na decydujące rozstrzygnięcie. W tym samym czasie narastające napięcia między Erdoganem a Netanjahu tylko wzmacniają dążenie Trumpa do tego, by gracze regionalni przejmowali inicjatywę we własne ręce.

— Jednoczesne pochwały prezydenta Trumpa pod adresem Erdogana i sojusz z Izraelem, mimo trwającej rywalizacji między Stambułem a Tel Awiwem, pokazują, że podejście Trumpa do Bliskiego Wschodu opiera się na wzmacnianiu samodzielności, zdolności do samoobrony i odporności każdego z krajów — ocenił Katulis. — Fundamentalnym przesłaniem Trumpa w polityce zagranicznej jest: dbajcie o własne sprawy, żebym mógł realizować moją agendę America First i odciążyć USA od zobowiązań bezpieczeństwa.

Jednak, jak ostrzega Katulis, „ta strategia zachęca kraje takie jak Izrael czy Turcja do samodzielnego testowania granic swojej siły i wpływów, ale jednocześnie zwiększa ryzyko sytuacji, w której lokalne starcia przerodzą się w poważne konflikty”.

Już dziś regionalni gracze wyraźnie przyspieszają budowę nowych mechanizmów odstraszania w obliczu niepewności co do zakresu amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa.

Jednym z najważniejszych ostatnio wydarzeń w tym zakresie było podpisanie paktu wzajemnej obrony przez Turcję, Arabię Saudyjską i Pakistan — tzw. Paktu Mekki. Formalizacja rosnącej współpracy tych trzech sunnickich potęg następuje w momencie, gdy Iran konsoliduje przewagę swojej głównie szyickiej „osi oporu” w trwającej wojnie, a Izrael rozbudowuje własny, zróżnicowany heksagon sojuszy i partnerstw obejmujący Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indie, Grecję i Cypr.

Ali Burak Daricili, adiunkt na Politechnice Burskiej i były oficer tureckiego wywiadu, ocenił, że decyzja Turcji o dołączeniu do paktu to „odpowiedź na strategiczną oś, którą Izrael buduje z Grecją, grecką administracją cypryjską i Indiami”.

— To porozumienie jest także ważne dla bezpieczeństwa Syrii — powiedział Daricili w rozmowie z „Newsweekiem”. — Ściślejsza współpraca Turcji, Arabii Saudyjskiej i Pakistanu może zrównoważyć coraz bardziej niekontrolowane działania Izraela w regionie.

Daricili zwrócił uwagę na to, że „taki sunnicki blok strategiczny może ograniczyć możliwości Iranu w odbudowie wpływów na Bliskim Wschodzie”. Jednocześnie zauważył, że rywalizacja Erdogana z Netanjahu może być wyjątkowo niebezpieczna, ponieważ „Turcja i Izrael już teraz toczą poważną konkurencję i spory na kilku polach — w Syrii, a nawet na dalszych frontach, takich jak Sudan czy Somalia”.

Trump pochwalił powstanie Paktu Mekki jako dowód na to, że „Bliski Wschód zaczyna się jednoczyć i tamtejsze kraje wreszcie będą mogły się realnie bronić”. Według Dariciliego strategia USA polega obecnie na „budowie nowego ładu i równowagi sił na Bliskim Wschodzie”, co ma doprowadzić do tego, że region ten stanie się „relatywnie stabilny i przewidywalny, a USA będą mogły bardziej skoncentrować się na Chinach, rejonie Azji i Pacyfiku”.

Jednak wydarzenia na Bliskim Wschodzie wielokrotnie torpedowały amerykańskie plany zwrotu ku Azji. Kurczące się zapasy amunicji wymusiły przekierowanie sprzedaży i rozmieszczenia broni z Japonii, Korei Południowej i Tajwanu, a konieczność wycofania lotniskowca USS Abraham Lincoln z Zatoki Perskiej pozbawiła Stany jedynego lotniskowca w zachodniej części Pacyfiku.

Groźba bezpośredniego starcia między Izraelem a Turcją to kolejny element nieprzewidywalności w amerykańskich wysiłkach na rzecz opuszczenia regionu. Daricili ocenił, że „Stany Zjednoczone podejmą poważne działania, by zapobiec takiemu scenariuszowi”, choć dodał, że „utworzenie oficjalnych mechanizmów deeskalacji między Turcją a Izraelem byłoby bardzo wskazane”.

Na razie, jak powiedział, Turcja „będzie działać ostrożnie i pragmatycznie”, prawdopodobnie również „czekając na wyniki kolejnych wyborów w Izraelu i biorąc pod uwagę możliwość, że Netanjahu nie zdoła utworzyć nowego rządu”. Ostatecznie, jak podsumował, „Turcja zdecydowanie wolałaby izraelski rząd, który będzie bardziej pragmatyczny i skłonny do dialogu”.

Netanjahu z kolei wydaje się skłonny do eskalacji w regionie — twierdzi Eyal Zisser, prorektor Uniwersytetu w Tel Awiwie i specjalista od historii i polityki Bliskiego Wschodu. Porównał on „bardzo agresywną” politykę rządu Netanjahu z podejściem byłego premiera Ariela Szarona, którego strategię podsumował jako „mów delikatnie, ale noś wielki kij” — podobnie jak dewiza przypisywana byłemu prezydentowi USA Theodore’owi Rooseveltowi.

— Ten rząd uważa, że najlepszą metodą jest ciągłe uderzanie w sąsiadów — powiedział Zisser.

W Izraelu narasta niechęć wobec Erdogana. Analitycy i byli urzędnicy oceniają, że Turcja oraz jej wpływy wśród państw sunnickich są dla Tel Awiwu większym zagrożeniem niż Iran. W niedawnym wywiadzie dla „Newsweeka” izraelski konsul generalny Ofir Akunis nazwał tureckiego przywódcę „ekstremistą” i „szaleńcem”, zarzucając mu, że doprowadził do zmiany relacji z przyjaznych na otwarcie wrogie — m.in. poprzez wsparcie dla aktywistycznych flotylli próbujących złamać blokadę Gazy.

— Mam nadzieję, że któregoś dnia w niedalekiej przyszłości do czegoś takiego dojdzie także w Turcji — powiedział wówczas Akunis. — I znajdziemy się wtedy w o wiele lepszej sytuacji, przypominającej to, jak było zanim ten szalony człowiek zmienił nastawienie wobec Izraela i zaczął zachęcać do zamachów terrorystycznych.

Jednak otwarty konflikt Izraela z Turcją to krok za daleko. Taka konfrontacja zagroziłaby interesom obu stron, a zdaniem Zissera, wpływ Trumpa na Netanjahu sprawia, że do jej realizacji raczej nie dojdzie.

— Izrael był na tyle ostrożny, że zaatakował Syrię, a nie Turcję — powiedział Zisser. — Po drugie, to przecież dwaj sojusznicy. A Izrael to nie tylko sojusznik, to kraj wasalny. Netanjahu robi wszystko, co powie mu Trump. To nie leży w ich interesie. W końcu nawet on zna swoje granice.

Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version