Fundacja Mocni w Duchu zbudowana wokół kontrowersyjnego jezuity Remigiusza Recława musi oddać Funduszowi Sprawiedliwości 9 mln zł. To nie jedyny jej problem. Była pracownica sądzi się z władzami fundacji, zarzucając im mobbing, a Recław toczy otwartą wojnę z zakonem jezuitów, w której wspiera go ojciec milioner.
Ministerstwo Sprawiedliwości wezwało 31 marca osiem podmiotów do zwrócenia ok. 90 mln zł na rachunek Funduszu Sprawiedliwości. Najwięcej oddać muszą Fundacja Profeto (ponad 66 mln zł) oraz Fundacja Mocni w Duchu 9 mln. Mają na to 15 dni.
Ta druga fundacja działa przy klasztorze jezuitów w Łodzi, a jej mózgiem jest o. Remigiusz Recław, jeden z najpopularniejszych kapłanów na YouTube. Wokół wspólnoty narosło wiele problemów. W ostatnich latach kilkoro jej członków miało myśli samobójcze i leczyło się na depresję. Chorowali na nią też sami zakonnicy. W łódzkim sądzie toczy się sprawa o mobbing, wytoczona przez jedną z byłych pracownic fundacji.
Nazwisko Recława pojawiło się w opublikowanych przez Onet i TVP rozmowach między byłym dyrektorem Funduszu Sprawiedliwości Tomaszem Mrazem a ówczesnym wiceministrem sprawiedliwości Marcinem Romanowskim w jednym szeregu razem z Tadeuszem Rydzykiem i Pawłem Lisickim (naczelny „Do Rzeczy”.) Mraz mówił później, że Romanowski otrzymywał polecenia od Zbigniewa Ziobry, które podmioty mają zwyciężyć w konkursie.
Sam Recław wszedł w ostatnich latach w otwarty konflikt z prowincjałem zakonu jezuitów w Polsce, kiedy ten zdecydował się przenieść z Łodzi na parafię w Szczecinie. Ojcem Recława jest znany milioner, który zapowiedział, że zniszczy zakon, jeśli jego syn nie odzyska dobrego imienia.
Problemy wspólnoty „Mocni w Duchu” opisałem ponad rok temu, jako dziennikarz Gazeta.pl.
Miliony na niedokończoną budowę
Fundusz Sprawiedliwości miał wypłacić Fundacji Mocni w Duchu w sumie 16 mln zł. Przed wyborami parlamentarnymi w 2023 r. do Łodzi wpłynęło 9 mln zł. Po zmianie władzy Ministerstwo Sprawiedliwości zablokowało dalsze przelewy podmiotom, wobec których miało wątpliwości.
Fundacja Mocni w Duchu działa przy kościele Najświętszego Imienia Jezus przy ul. Sienkiewicza 60. w Łodzi. W PRL-u w tej świątyni pomoc i schronienie znajdowali opozycjoniści. To najmniejsza parafia w mieście – liczy ok. 500 osób – ale największa wspólnota, w której modli się nawet 5 tys. osób tygodniowo.
Jezuici zbudowali tam tzw. ruch charyzmatyczny, który czerpie ze zwyczajów kościoła zielonoświątkowców. Jego członkowie wierzą w charyzmaty, dary Ducha Świętego, które mogą wlać się w nich w trakcie wspólnej modlitwy, czego według Biblii doświadczyli apostołowie w wieczerniku. Gdy spłynął na nich duch, zaczęli wieszczyć i mówić w różnych językach. Kościół katolicki zaakceptował ruch charyzmatyczny w trakcie Soboru Watykańskiego II. Niektórzy mówią, że w obawie przed rozłamami.
Miliony z Funduszu Sprawiedliwości Fundacja Mocni w Duchu przeznaczyła na projekt „Żyj bez lęku”. Jego głównym celem było stworzenie „wielofunkcyjnego ośrodka szkoleniowego”. Za te pieniądze (7,1 mln) zburzono stary budynek przy kościele jezuitów w Łodzi i postawiono nowy, kilkupiętrowy. W środku miały powstać: duża sala teatralna, sala prób zespołu tworzonego przez członków wspólny i kilkanaście pomieszczeń, gdzie mogłyby się odbywać warsztaty.
Ale nie powstały. Zabrakło pozostałych siedmiu milionów, które miały trafić na konto fundacji w kolejnych transzach. Reszta dotacji poszła głównie na koszty administracyjne (1,8 mln) i koncert „11 przykazań”, który fundacja zrealizowała razem z kierowaną przez arcybiskupa Grzegorza Rysia archidiecezją łódzką. Na ten cel wynajęto halę Atlas Arena.
Mimo że fundacja działa przy parafii prowadzonej przez jezuitów, to nadzór nad nią ma właśnie kierowana przez abp. Rysia archidiecezja łódzka. Recław pełni dziś funkcję skarbika fundacji (wcześniej był jej wiceprezesem). Członkiem komisji rewizyjnej fundacji jest były prezes Sądu Rejonowego w Piotrkowie Trybunalskim, Bartłomiej Szkudlarek, który zespole Mocni w Duchu gra na gitarze.
Jedna z osób, które należały kiedyś do wspólnoty: – Dla mnie jest jasne, że w tym wszystko chodziło przede wszystkim o to, by Recław mógł zrealizować swoją ambicję posiadania telewizji religijnej.
Szczepionki z ludzkich płodów
Remigiusz Recław pojawił się w łódzkiej wspólnocie w 2007 r. Wcześniej studiował w Paryżu i na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie. Studia zaliczył pracą „Manipulacja człowiekiem przez reklamę”.
Miał mnóstwo pomysłów i energii – zajął się finansami, założył radio, pisał książki. Mimo że jezuici co kilka lat zmieniają parafię, to jego nikt nie przenosił. Dzięki 2 mln zł, które wyłożył jego ojciec, Recław otworzył w Łodzi tzw. szkołę rodziny ignacjańskiej, w której uczy się ponad 400 dzieci. Byli pracownicy zarzucali mu, że ludzie pracowali w niej ponad swoje możliwości, zarabiali mało, a Recław sprawował nad wszystkim kontrolę żelazną ręką. – Dla niektórych był spowiednikiem lub towarzyszem duchowym albo bliskim przyjacielem – mówił jeden z byłych pracowników szkoły.
Recław przez lata budował zasięgi w mediach społecznościowych. – Miał na ich punkcie hopla – słyszmy we wspólnocie.
Do dziś jest twarzą kanału Mocni w Duchu, który ma 281 tys. subskrybentów. Długo prowadził tam format Q&A (z ang. pytania i odpowiedzi). Odpowiadał w nim na pytania, które, jak sugerował, nadsyłali mu wierni. Na nagraniach mówił: o szczepionkach na covid („leki bazują na płodach ludzkich”), marszu kobiet („jako człowiek wiary, nie możesz uczestniczyć w strajku tzw. kobiet”), masturbacji („pan Bóg leczy twoje dłonie przez komunię świętą. Często mówię to osobom, które mają problemy z masturbacją – przyjmij komunię na rękę”), manifestacjach poparcia dla LGBT („to powinno być mocno karalne”), osobach homoseksualnych (żałował, że „WHO wykreśliła homoseksualizm jako chorobę”). Matkom gejów radził „pozostać z nimi w bólu”, bo to „taka sytuacja, jak [gdy] dziecko poszło do więzienia, dziecko kogoś zabiło”.
Recław miał mocną pozycję w Łodzi. Kiedy papież Franciszek mianował Grzegorza Rysia nowym arcybiskupem, Recław szybko został jego spowiednikiem, a prezydent miasta Hanna Zdanowska przyznała mu odznakę „Za zasługi dla Miasta Łodzi”.
Depresje i myśli samobójcze
Wielu członków wspólnoty nie potrafiło wytrzymać szybkiego tempa, które Recław narzucał w pracy. O ile wcześniej wspólnota organizowała wielką imprezę na hali raz na trzy lata, to pod sterami Recława mieli to robić dwa, trzy razy w roku.
Paweł*, niegdyś w „Mocnych w Duchu”: – Była na etacie w „Mocnych” osoba, której z przepracowania odcięło prąd i myślała o samobójstwie. Uratowała ją farmakoterapia i psychoterapia. Dużo podróżowała po Polsce, kończyła działania z „Mocnymi” w jednym miejscu, jechała przez pół Polski, aby po paru godzinach snu zaczynać kolejne dzieło. Kiedyś w przelotnej rozmowie mówiła mi, że takich wyjazdów jest ok. 150 w roku. To tempo było nie do wytrzymania.
Prezeska Fundacji Mocni w Duchu Dorota Puchowicz broniła o. Remigiusza: – To jest facet, a nie kobieta, która się domyśli, że ktoś jest zmęczony. Poza tym to człowiek bardzo pracowity, mógłby pracować po 20 godzin na dobę i nie dostrzec, że to za dużo.
Inni członkowie wspólnoty opowiadają, że Recław ingerował w ich życiowe wybory – doradzał, z kim zawrzeć małżeństwo, odradzał studia i wyjazdy na doktoraty.
Jedna z byłych pracownic wspólnoty mówi, że z powodu konfliktu z Recławem miała myśli samobójcze. – Kupiłam sznur, sprawdziłam, czy belka wytrzyma – opowiada.
Józef, we wspólnocie przez 30 lat: – Widziałem ją wymiotującą ze zmęczenia. Coraz częściej słyszałem, że ludzie są przemęczeni, że mają problemy depresyjne. Zachorowała na nią też moja chrześnica, pracownica ośrodka. Brała na siebie coraz więcej obowiązków i nikomu nic nie mówiła, bo nie ma takiej natury.
Jedna z pracownic fundacji sądzi się dziś z jej władzami, oskarżając je o mobbing. W łódzkim sądzie odbyło się już kilka rozpraw w tej sprawie.
Paweł Sawiak, jeden z jezuitów, który pracował z Recławem i szybko zniknął z Łodzi, napisał kilka lat temu list do jednego z dwóch najwyższych hierarchów zakonnych w kraju – prowincjała Zbigniewa Leczkowskiego. Opisał w nim przypadki depresji ludzi związanych ze wspólnotą („w roku 2018, kiedy byłem dyrektorem Centrum Mocni w Duchu, na depresję chorowało i leczyło się terapeutycznie kilkoro naszych pracowników, w roku 2019 jedna z naszych pracownic wylądowała na 6 tygodni w psychiatryku z powodu klinicznej depresji. W tym samym roku na zaawansowaną depresję zachorowałem także ja”).
Sawiak prosił o ponowne przyjrzenie się sprawie: przyczynom częstych zachorowań, zachwianym relacjom między pracownikami i przełożonymi, sposobom zarządzania sprowadzonym do kontroli i władzy tylko jednego człowieka, możliwości wykorzystywania pracowników do pracy ponad siły, zmuszania pracowników do podpisywania krzywdzących umów o pracę pod przykrywką misji.
Zwracał też uwagę, że nie wszyscy w Łodzi powiedzą prawdę, bo dostają prezenty od Henryka Recława, którego synem jest Remigiusz Recław („tańsze samochody, płacenie za paliwo, smartfony, paczki”).
Ojciec milioner po przejściach
Henryk Recław to znany milioner, który na początku 90. lat przejął upadające przedsiębiorstwa państwowe i zakładał na ich fundamentach różne firmy budowlane. Nazywano go „królem betonu” i „magnatem koszalińskiego budownictwa”. W październiku 1991 r. został prezesem koncernu „Forum”, który wydaje dziennik „Głos Pomorza”, gazetę z blisko 40-letnią wówczas tradycji. Był też jednym z uczestników afery Banku Spółdzielczego. Śledztwo z połowy lat 90. obejmowało niespłacone pożyczki i kredyty wzięte lub poręczone przez Recława oraz firmy, w których był udziałowcem. Skończyło się wyrokami. Recław odsiedział w więzieniu w sumie ponad cztery lata.
Henryk Recław: – Nie widzę mojej winy i nigdy nie przyznałem się do winy.
Dziś prowadzi spółkę Wireland, która jest liderem w wyposażaniu sklepów w regały z drutu. Puls Biznesu plasował Recława na 144. miejscu na liście najlepszych polskich managerów.
W czerwcu 2020 r. jego firmę odwiedził Andrzej Duda, żeby promować tarczę antykryzysową.
Wyłączony monitoring
Prośby jezuity Sawiaka podziałały i zakon zdecydował się przeprowadzić w Łodzi audyt. Wzięło w nim udział kilkadziesiąt osób. Powstał raport. Prowincjał uznał, że zarzuty są poważne i powiedział o tym szerokiemu gronu jezuitów, nie tłumacząc jednak, czego dotyczą.
Na czas trwania audytu Recław został poproszony przez władze zakonne o opuszczenie Łodzi. Mimo tego niektórzy członkowie wspólnoty bali się przyjść do pomieszczeń parafii, w obawie, czy Recław ich nie podsłuchuje i nie podgląda za pośrednictwem kamer. Przeprowadzający audyt zakonnik zapewniał, że wyłączył monitoring.
Recław mówił później, że audyt odbywał się atmosferze kryminalnej: – Coś takiego nie miało precedensu w zakonie. Nie znam jezuity, który widział coś podobnego: prowincjał z teczką donosów.
W 2022 r., krótko po audycie Leczkowski odwołał Recława z Łodzi i przeniósł go do Szczecina. Nie ogłosił wyników audytu, wysłał tylko pełne ogólników pismo, w którym przeniesienie Recława nazwał normalnym ruchem kadrowym.
Recław czuł się pokrzywdzony. – Nie zostałem zapytany o wyjaśnienie czegokolwiek, nie mogłem do niczego się ustosunkować – mówił.
Prowincjał tłumaczył, że mocne przywództwo Recława utrudniało dalszy proces rozwoju wspólnoty. – Chodziło mi o pewien dyrektywny styl bycia liderem, niepozwalający rozwijać się świeckim współpracownikom – mówił Leczkowski.
Polowanie na donosicieli
Recław był w Łodzi jeszcze trzy miesiące. W tym czasie, jak mówią byli członkowie wspólnoty, zaczął szukać „zdrajców, którzy na niego donieśli”. Wytypował trzy osoby i pisał o nich w mailach. Ujawnił ich personalia na spotkaniu części wspólnoty. Podejrzewani o sprowadzenie do Łodzi audytu, byli nazwani „judaszami” i „zdrajcami”. Wieloletni przyjaciele z dnia na dzień zrywali z nimi kontakty.
Henryk Recław groził, że zniszczy zakon, jeśli nie oczyści publicznie jego syna i nie przeprosi:. „(…) Otworzę szeroką kampanię społeczną przeciwko nadużyciom władzy u Jezuitów oraz w innych zakonach. (…). Zabezpieczyłem na tę kampanię 1 mln złotych” – pisał liście do szerokiego grona jezuitów.
Samego prowincjała porównywał do Heroda, a jego syn polskie władze jezuitów nazywał „układem mafijnym”.
– Mocni w Duchu za Recława ze wspólnoty bezinteresownych idealistów stali się korporacją, w której krwioobiegu płyną elementy sekciarskie. Skuteczność, pieniądze, władza, psychomanipulacja. A do tego nieomylność jedynego lidera, który domaga się całkowitego posłuszeństwa i uznania, ingerencja w życie osobiste ludzi, w zawieranie związków, miejsce zamieszkania i pracy. Do tego niezłomne przekonanie u wielu, że tylko Remi ma rację – mówił Paweł, były członek wspólnoty.
*Imiona zmienione na prośbę rozmówców.