Krystyna była starą babą, jak matki. Właściwie była babą o wiele starszą. Krystyna nigdy nie wyglądała, jakby się bała.
Zdarzenie reprezentatywne numer jeden: Krystyna jako młoda matka poszła do spowiedzi w naszej gotyckiej trójnawowej Bazylice pod wezwaniem Świętych Erazma i Pankracego. Księdzu nie spodobały się jej grzechy, a może chciał po prostu podręczyć przystojną kobietę, i zamiast od razu zadać pokutę, uderzył w tony zawodzące: „Oj, siostro, siostro, to są ciężkie grzechy, bardzo ciężkie; nie wiem, czy można je tak po prostu odpuścić, no nie wiem”. Krystyna, która się spieszyła i nigdy nie miała za grosz cierpliwości dla facetów brandzlujących się swoją władzą, odpowiedziała: „No cóż, trudno”, wstała z klęcznika, otrzepała własnoręcznie uszytą spódnicę i ruszyła w stronę wyjścia, stukając niskimi obcasami i zbierając po drodze z kościelnych ławek swoje dzieci.
Ksiądz zaś wyskoczył z konfesjonału i wzbudzając tysięczne echa, wołał przez nawę główną, czyniąc znak krzyża w powietrzu: „Siostro! Siostro! Proszę, niech siostra nie idzie! Odpuszczam! Odpuszczam! Słyszy siostra? Odpuszczaaaaam!”.
Zdarzenie reprezentatywne numer dwa: Krystyna uwielbiała wprawiać w zakłopotanie wszystkie rodzaje publiki, zapewniając: „Jeśli gdziekolwiek naprawdę dobrze się w życiu bawiłam, to z Irką na Syberii” albo „Na Syberii to byli naprawdę porządni ludzie”.
Podobno obie były tak piękne, że strażnicy w jakimś kołchozie czy sowchozie pozwalali im kraść jedzenie i tylko się uśmiechali. Ja zrozumiałam z tych opowieści znów wyłącznie tyle, że jedyną walutą kobiet jest atrakcyjne ciało (by uniknąć tego poniżenia, byłam umysłem, pamiętaj!). Irka była matką cioci Malinki, babcią Igi. Opowiadałam ci już, że razem z Krystyną jako jedne z pierwszych zajmowały puste domy po Niemcach w naszym mieście. Były pionierkami ojczyzny na tym, co nam przydzielono, tfu, co odzyskano na zachodzie po wojnie.
Opuściwszy Syberię, Krystyna poznała Józefa. Razem zajęli dom przy ulicy Morcinka, a Krystyna urodziła trójkę dzieci, wśród nich wujka Janka, znaną ci już Lalkę, a potem moją mamę. Jakiś czas później okazało się, że Józef, straumatyzowany rzezią wołyńską, ma – jak byś dziś powiedziała ty – PTSD, OCD, ADHD i anger management problems, w związku z czym ją bije, każe całej rodzinie bez przerwy myć ręce i generalnie jest trudny we współżyciu. Nie chcę wiedzieć, co jeszcze robił Krystynie, bo gdy siedziałam u niej kiedyś wieczorem przy łóżku, wypełniając obowiązek posiedzenia u babci, zajrzała do mojego egzemplarza „Bravo Girl”, a potem westchnęła ciężko, że gdyby ona dawno temu dowiedziała się od kogoś, dosłownie kogokolwiek, że seks uprawia się dla przyjemności, to wszystko potoczyłoby się inaczej (co dokładnie mogło się potoczyć inaczej, tego się nigdy nie dowiedziałam, bo przecież usłyszawszy, że ktoś stary mówi coś o seksie, że oto sugeruje mi się, że między hałdą zmarszczek mojej babci kryje się gdzieś autentyczna i może nawet niegdyś używana pochwa, zwinęłam się jak chore szczenię i tak trwałam aż do końca wizyty, modląc się o wybawienie i nie zauważając, że choć ja miałam „Bravo Girl”, a w nim dział „Mój pierwszy raz”, sama nie zdołałam pojąć, że seks może służyć mojej przyjemności) (a nie na przykład przyjemności napalonego żonatego nauczyciela; szmaty opadały ze mnie jak zardzewiała zbroja i zostawało nie-ciało, i zamykałam oczy). Krystyna więc odchowała dzieci, cały czas pracując w Szkole Podstawowej numer 10 jako administratorka, po czym – kiedy obowiązek życiowy został jako tako wypełniony i dzieci podrosły – rozwiodła się z Józefem i uciekła do Kanady.
Co tam robiła na początku – nie wiadomo; listy do Polski były w większości zatrzymywane, a telefony rzadkie i trudne do aranżacji. Wiadomo na pewno, że wśród kanadyjskiej Polonii poznała Karola, kombatanta, który walczył u słynnego generała Andersa. Karol z ogromnym nosem, z wielką czerwoną twarzą o niby nieinteligentnych, ale jednak wyjątkowo sprytnych oczach i stopami jak rzeczne barki mógłby zaszczycić swoją obecnością obraz malarza będącego dzieckiem Francisa Bacona i Chełmońskiego – ale zamiast tego wybrał karierę kanadyjskiego emeryta, który jeździ na ryby nieopodal Niagara Falls, je „syriał” na śniadanie i pije kupowany w kratach „Sewynap”. Babcia Krystyna i Karol, dzięki jego emeryturze uzyskanej po latach pracy w kanadyjskiej fabryce, kupili domek, oczywiście pokryty sajdingiem, i osiedlili się w St. Catharines, Ontario, dokąd nadludzkim wysiłkiem dziesiątek osób udało się im w końcu ściągnąć na kilka miesięcy moją matkę (wraz z sześcioletnią mną), aby dorobiła sobie parę kanadyjskich dolarów, zamiatając w okolicznym sklepie.
(To nie jest na temat, kochana córko, ale chcę ci powiedzieć, że pamiętam z owego pobytu tylko jedną rzecz: zabrano mnie do sklepu z zabawkami, żebym wybrała sobie Barbie. I były tam całe korytarze Barbie, wydłużające się w nieskończoność jak w ujęciach z jakiejś ekranizacji horroru Stephena Kinga; były tam całe nieprzebrane katedry boskiej wzniosłej Barbie, całe holokausty plastiku, a ja stałam przed tą kanadyjską obfitością nie jak dziecko przed cukiernią, ale jak małpa Kubricka przed obeliskiem – bo to była kwintesencja Nieznanego; wydarzenie wielkie, owszem, ale jakże niepokojące, może podobne do tego, jak czuję się dziś w zetknięciu ze sztuczną inteligencją. Wybrałam Barbie w niebieskiej sukni ozdobionej piórami, ale mama poradziła mi wziąć inną, która była w tej samej cenie i miała dodatkowe ubrania).
Zew ojczyzny brzmiał jednak w ich sercach jak uporczywy wilk, który wyłazi co wieczór pod las i monotonnie wyje, nie dając się odpędzić. Tak że kiedy tylko Wałęsa zrobił rozbieg, żeby przeskoczyć mur, babcia Krystyna wraz z Karolem wystawili dom w Ontario na sprzedaż i postanowili osiąść na starość w wolnej już Polsce. Spakowali dobytek, przeczekali kota i wyruszyli – do mojej mamy. Ale kiedy tylko Krystyna powróciła do miasta swej młodości, ku ogólnej konfuzji wszystkich matek prawie w ogóle nie przywiózłszy z sobą ciuchów, które mogłyby zasilić odmęty Wielkiej Kupy Ubrań (była zwolenniczką znanej teorii Barańczaka, którą, powinnaś to wiedzieć, poeta wykładał następująco:
jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć, kiedy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy lub świat:
kto ci powiedział, że wolno ci się przyzwyczajać?)
Więc kiedy tylko dotarła do Polski, dosłownie z miejsca zaniemogła, jakby dotknięcie ojczystej ziemi powodowało natychmiastowy paraliż, jakby była odkurzaczem samobieżnym Roomba, który doczołgał się do stacji dokującej, by odkryć, że ta nie działa, gdyż w międzyczasie nastąpiło jakieś zwarcie. Karol zaś nie zaniemógł i było to niefortunne, bo stawiało ich w sytuacji poważnego małżeńskiego rozjazdu. I im Karol był starszy, tym wyraźniej było widać, że mimo dziarskiej kamizelki z wieloma kieszeniami i kanadyjskiej czapki wędkarskiej, które miały jednocześnie sugerować sympatyczną swojskość, a zarazem budzić respekt, podkreślając ogólną zagraniczność ich posiadacza, Karol ma swoją żonę Krystynę – w jej nieprzydatnej do niczego, horyzontalnej wersji – centralnie w dupie. Jego plan początkowy był taki, żeby rodzina Krystyny opiekowała się na starość także nim, ale nie mógł się jakoś porządnie tego planu trzymać, a może po prostu wyczuł frajerów i zrozumiał, że jeśli ktoś, jak moja mama, jest bezradny wobec Ludzkiego Obowiązku, to on może robić, co chce, a jego plan i tak się powiedzie – więc ignorował prośby Krystyny o wodę czy podanie leków, wrzeszczał na mnie jak opętany, rzucił się z nożem na mojego ojca (błąd – ojciec, jak ci wspominałam, posiadał nóż sprężynowy), a mamę próbował po wielokroć obmacywać („Jak idiota” – powiedziała po latach, od razu chowając się za politowaniem, żeby przypadkiem nie mówić o uczuciu mdłości i poniżenia).
Piszę ci o tym, żeby wyjaśnić, dlaczego nie mogłam być swoją matką – między innymi z powodu babci Krystyny; między innymi z powodu szpitala. Szpital wciąż chciał mnie przekonać, że nawet czytając Kartezjusza, nawet nie odrywając wzroku od liter (nawet z ręką faceta, który dał mi Kartezjusza, pod bluzką, na nie-piersiach) jestem jednak ciałem.
Zdarzenie reprezentatywne numer trzy, seria szpitalna: zanim babcia Krystyna trafiła do szpitala, przebywała w domu, który kupili z Karolem za swoje kanadyjskie oszczędności i w którym zamieszkaliśmy wszyscy razem, my na górze, oni na dole, Wielka Kupa Ubrań na strychu. I do tego domu przyszedł kiedyś akwizytor z bardzo drogim odkurzaczem piorącym. Ponieważ Krystynie szkoda było młodego człowieka (była zawsze pełna sympatii dla młodości i lubiła młodości wybaczać), zaprosiła go środka, wysłuchała życzliwie jego tyrady o roztoczach, po czym orzekła, że produkt jest w istocie interesujący, więc dziękuje i się zastanowi. Tydzień później akwizytor pojawił się nagle w szpitalu u jej łóżka, twierdząc, że zrobiła na nim tak wspaniałe wrażenie („rączki całuję”), że kiedy „zajrzał” i mąż powiedział mu o chorobie, z miejsca pobieżył odwiedzić ją w szpitalu, aby osobiście zapytać o samopoczucie. Krystyna podziękowała, opowiedziała o bardzo wątłym zdrowiu i, dość połechtana, dała chłopakowi pięć dolarów, „żeby kupił coś dziewczynie”, z portmonetki, którą zawsze trzymała przy łóżku, wiedziała bowiem, że stara baba ma tylko tyle siły, mocy i sprawczości, ile banknotów w portmonetce.
Akwizytor tymczasem pogrzebał w torbie i wyjął prospekty firmowe: „Chciałem też dodać, że jeśli pani weźmie teraz ten odkurzacz, to dorzucę dodatkową szczotkę do trudno dostępnych miejsc i…”. Krystyna z wysiłkiem uniosła się na poduszce do pozycji półsiedzącej i ryknęła na cały oddział: „Ty hieno cmentarna! Jak ci nie wstyd! Poszoł ty won, bo psami poszczuję!”.
Nikt nigdy tak nie spierdalał jak ten gość. Chyba że ksiądz ze zdarzenia reprezentatywnego numer cztery, również seria szpitalna, przekazanego nam w detalach przez drugą jego uczestniczkę: podczas owego zdarzenia Krystyna była już bardzo chora i aktywnie prowadzona ku wieczności przez nader miłego szpitalnego kapelana z pulchną twarzą i pobożną miną, który dawał jej pocieszenie, spowiedź i szykował się na ostatnie namaszczenie, z każdą wizytą przy jej łożu inkasując kilka dolarów ofiary ze słynnej już na cały szpital przyłóżkowej portmonetki. Trwało to do momentu, aż jej towarzyszka z sali, której nie odwiedzał nikt, wyszeptała nieśmiało, że nie wie, ile jej już zostało, i w związku z tym potrzebuje spowiedzi, a ksiądz z pobożnej zmienił minę na celebrycką, szybciutko zebrał się z łóżka babci Krysi i oznajmił, że akurat niestety spieszy się bardzo, po czym rzucił się ku drzwiom. „Tyyy! – ryknęła babcia Krystyna, porzucając z miejsca apostrofę »ojcze«. – Wracaj!”. Ksiądz wrócił, spojrzał pytająco i usłyszał: „Natychmiast siadaj i spowiadaj albo oddawaj kasę, bo ci dam takiego kopa w dupę, że będziesz kląskał jak pies!”.
Mimo bezsensowności tej groźby (bo czy pies kląska?!) i jej czczości (osteoporoza, serce), ksiądz usiadł, pospiesznie wyspowiadał, kasy nie oddał, ale szybko uszedł i tyle go widzieli na oddziale wewnętrznym cieplickiego szpitala, bo podobno wystarał się o transfer. Babcia mogła więc zasadniczo rokować, gdyby nie to, że zaprezentowała mi się już w momencie rozkładu.
Publikujemy fragment książki „Szmaty” Karoliny Lewestam wydanej nakładem Wydawnictwa Czarne.

