Iran i Stany Zjednoczone rywalizują o to, kto pierwszy odnajdzie zaginionego amerykańskiego lotnika po tym, jak Teheran w piątek zestrzelił myśliwiec F‑15 znajdujący się w irańskiej przestrzeni powietrznej. — Musi unikać pojmania przez wroga tak długo, jak się da — mówi Houston Cantwell, emerytowany generał brygady, były pilot Sił Powietrznych USA.

To pierwszy potwierdzony przypadek utraty amerykańskiego myśliwca na terytorium Iranu od początku wojny. Pokazuje, jak daleko rozprzestrzenił się konflikt i jak szybko może dojść do eskalacji.

Teheran poinformował, że jego obrona przeciwlotnicza zniszczyła samolot, podczas gdy amerykańskie media podały, że jednego z dwóch członków załogi udało się uratować, a drugi wciąż pozostaje zaginiony. Wojsko irańskie utrzymuje, że myśliwiec został zestrzelony przez siły powietrzne Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, gdy znajdował się nad centralną częścią Iranu. Telewizja państwowa pokazała zdjęcia wraku i przekazała, że trwają poszukiwania jednego z pilotów.

Reporter irańskiej telewizji ogłosił, że każdy, kto schwyta amerykańskiego lotnika żywego, otrzyma „wartościową nagrodę”. Trump stwierdził, że incydent nie wpłynie na negocjacje z Iranem, opisując sytuację krótko jako „wojenną rzeczywistość”.

Pilot samolotu zestrzelonego za linią wroga przeżywa na początku ogromny szok. Potem robi to, czego nauczył się na szkoleniu. — Człowiek myśli: „Boże, jeszcze dwie minuty temu siedziałem w myśliwcu, leciałem z prędkością 800 km na godz., a teraz rakieta eksplodowała dosłownie pięć metrów ode mnie” — opowiada emerytowany generał brygady Houston Cantwell, były pilot Sił Powietrznych USA, obecnie związany z Mitchell Institute for Aerospace Studies. Cantwell ma na swoim koncie ponad 400 godzin lotów bojowych, m.in. w Iraku i Afganistanie.

Ekspert wyjaśnia, że piloci niemal natychmiast po katapultowaniu się korzystają z wiedzy zdobytej na szkoleniu SERE (Survival, Evasion, Resistance and Escape, czyli Przetrwanie, unikanie, opór i ucieczka). Nawet podczas opadania na spadochronie muszą podejmować kluczowe decyzje.

— Najlepszy ogląd sytuacji — gdzie możesz się udać, a których miejsc unikać — masz właśnie podczas opadania na spadochronie — tłumaczy.

Bezpieczne dotarcie na ziemię nie jest wcale pewne. Cantwell ostrzega, że katapultowanie często kończy się poważnymi urazami, takimi jak złamania nóg czy kostek. — Jest wiele relacji z Wietnamu, gdzie piloci mieli ciężkie obrażenia — otwarte złamania — tylko od samego katapultowania — przyznaje.

Po wylądowaniu pierwszym krokiem jest ocena własnego stanu. — Trzeba sprawdzić: w jakim jestem stanie? Czy mogę się poruszać? Jestem w stanie chodzić? — mówi Cantwell.

Następnie priorytetem staje się unikanie wykrycia. Piloci muszą ocenić, czy znajdują się za linią wroga, gdzie mogą się ukryć i jak komunikować się, by nie zostać wykrytymi. — Trzeba unikać pojmania przez wroga tak długo, jak się da — podkreśla.

W trudnych warunkach liczy się zaspokojenie podstawowych potrzeb. — Gdybym był na pustyni, najpierw próbowałbym znaleźć wodę — dodaje.

Najważniejsze jednak jest ukrycie. — Priorytetem jest dla mnie przede wszystkim nie dać się zauważyć, bo nie chcę zostać schwytany — mówi Cantwell. — Chciałbym dotrzeć do miejsca, skąd można mnie ewakuować.

To, gdzie się schować, zależy od specyfiku terenu. — W mieście może to być dach budynku, na wsi pole, na którym może wylądować śmigłowiec — wyjaśnia Cantwell, dodając, że najlepiej poruszać się po zmroku.

Ekspert zaznacza też, że podczas lotów bojowych zawsze miał przy sobie pistolet.

Combat Search and Rescue, czyli CSAR, to operacje wojskowe prowadzone w celu odnalezienia i ewakuacji personelu znajdującego się w nieprzyjaznym lub opanowanym przez wroga terenie. W przeciwieństwie do akcji humanitarnych czy ratownictwa po katastrofach, misje CSAR odbywają się pod ostrzałem i często głęboko na terytorium przeciwnika.

Czas ma tu kluczowe znaczenie, bo siły wroga zwykle także szukają zaginionych. Operacje takie prowadzą Siły Powietrzne USA, które wykorzystują wyszkolonych ratowników-żołnierzy, tzw. PJs, działających w osłonie śmigłowców, samolotów tankujących i myśliwców. Zespoły ratownicze są wyszkolone nie tylko bojowo, ale i jako ratownicy medyczni.

Ich zadania to lokalizacja izolowanych żołnierzy, udzielenie im pomocy medycznej i koordynacja ewakuacji pod ostrzałem. CSAR zwykle wykorzystuje śmigłowce typu Black Hawk, których załogi są gotowe do lądowania, zjazdu na linach czy nawet skoku na spadochronie na teren wroga, jeśli wymaga tego sytuacja.

Po nawiązaniu kontaktu zespoły oceniają obrażenia, zagrożenia i podejmują decyzję, czy udzielić pomocy na miejscu, czy natychmiast ewakuować poszkodowanych. Eksperci określają te misje jako jedne z najniebezpieczniejszych w nowoczesnych działaniach wojennych.

Gdy zestrzelony pilot stara się pozostać niewidoczny, amerykańskie zespoły ratownictwa bojowego już się mobilizują.

— Zanim w ogóle zacznie się jakakolwiek operacja… zawsze istnieje plan CSAR — mówi Scott Fales, emerytowany sierżant major i ratownik-żołnierz, który odegrał kluczową rolę w bitwie „Black Hawk Down” w Mogadiszu w 1993 roku.

Fales tłumaczy, że zespoły są w stałej gotowości zawsze, gdy amerykańskie samoloty operują nad terytorium wroga. Gdy tylko pilot zaginie, natychmiast rusza ogromna machina zbierania informacji. — Wykorzystuje się wszystko: od wywiadu osobowego, przez zdjęcia satelitarne, po wszelkie drony, jakie mamy do dyspozycji — sygnały wywiadu elektronicznego. Wszystko służy temu, by odnaleźć tego człowieka — wyjaśnia Fales.

Gdy miejsce pobytu zostanie zawężone, plany są doprecyzowywane już w trakcie lotu śmigłowca ratunkowego. — Strzelcy obserwują i wypatrują zagrożeń, piloci szukają miejsca do lądowania, a my nawiązujemy kontakt z zestrzelonym lotnikiem — opisuje Fales.

Po dotarciu na miejsce zespoły szybko potwierdzają tożsamość i oceniają ryzyko. — Jakie mamy bezpośrednie zagrożenie? Ile mamy czasu na ewakuację? Jakie obrażenia ma poszkodowany? — analizuje Fales. — Dopiero wtedy decydujemy, jakiej i jak dużej pomocy udzielić na miejscu, czy może lepiej po prostu zabrać go i uciekać, zależnie od sytuacji.

Fales wyraził nadzieję, że amerykańskiemu żołnierzowi, który jest gdzieś w Iranie, nic się nie stało. — Mam nadzieję, że znalazł go ktoś przyjazny i ukrywa go — powiedział Fales. — Albo wciąż się ukrywa.

Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version