Kto podejmie decyzję o tym, czy USA przyjdą Polsce z pomocą jeśli Rosja nas zaatakuje? Prezydent Trump ogłaszając to na Truth Social? Pete Hegseth po kryjomu? A może trzeba będzie poczekać na interwencyjną depeszę ambasadora Rose’a?

Jedenaście dni po wstrzymaniu przez Pentagon planowej rotacji 4 tys. amerykańskich żołnierzy do Polski i trzy dni po słynnym wpisie prezydenta Trumpa o wysłaniu do naszego kraju „kolejnych” 5 tysięcy, nadal nie wiadomo, ilu Amerykanów będzie stacjonowało docelowo w naszym kraju – 11 czy 15 tysięcy?

Komentatorzy, eksperci i politycy głowią się próbując zinterpretować wydarzenia ostatnich kilkunastu dni. Szukanie głębszego sensu w impulsywnych posunięciach, za którymi nie stoi żadna strategia czy procedura, jest nie lada wyzwaniem. Politycy muszą gryźć się w język, bo mają do czynienia z prezydentem–narcyzem, który karze tych, co go krytykują, o czym przekonał się niedawno choćby kanclerz Friedrich Merz. Eksperci wytężają umysły, próbując znaleźć jakieś analogie do bezprecedensowych wydarzeń, ale koniec końców błądzą we mgle. Opinia publiczna jest zdezorientowana i przestaje wierzyć w amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa. Korzystają na tym tylko wrogowie Polski.

Najgorsza jest nie tyle niepewność co do ostatecznej liczby, formy i daty wzmocnienia amerykańskiego kontyngentu, ile chaos decyzyjny i komunikacyjny, jaki temu towarzyszy. Wygląda na to, że w Waszyngtonie tak jak w znanym polskim przysłowiu „nie wie prawica, co czyni lewica”. To znaczy prezydent nie wie do końca, co robią członkowie jego administracji. W czasie pokoju takie zamieszanie w sprawie liczby stacjonowania wojsk można jakoś przełknąć. W końcu – przynajmniej w teorii – wszystko skończyło się dobrze, bo zaskakująca decyzja Pentagonu została cofnięta/zmieniona przez prezydenta. Pytanie brzmi, czy i jak odbywać się będzie to w razie ataku ze strony Rosji?

Artykuł Piąty Traktu Północnoatlantyckiego, będący podstawą naszego bezpieczeństwa, przewiduje, że w razie napaści na któregoś z członków sojusznicy podejmą „działania, jakie uznają za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej”. Załóżmy, że jeszcze za kadencji Trumpa Putin dopuści się zbrojnej prowokacji wobec Polski i Litwy, by przetestować, jak zachowa się NATO i filar sojuszu – USA. W takiej sytuacji oczekiwalibyśmy jasnej i zdecydowanej reakcji Waszyngtonu – udzielenia nam wsparcia wojskowego. Niestety jestem w stanie sobie wyobrazić, że tak nie będzie i zanim administracja Trumpa zdecyduje się np. na wysłanie do Polski wsparcia powietrznego czy sił szybkiego reagowania, Rosjanie będą stać już pod Warszawą.

Od sojusznika takiego jak Stany Zjednoczone oczekiwalibyśmy konsekwencji i przewidywalności. Na tym zresztą opiera się siła NATO jako sojuszu obronnego. Problem w tym, że prezydent Trump, jak kiedyś zauważył komentator BBC, „wykorzystuje swoją nieprzewidywalność jako kluczową kartę przetargową”, by osiągnąć to, czego chce bez względu na koszty. Efektem ubocznym jest zniszczenie dotychczasowego porządku międzynarodowego, którego częścią jest przecież NATO. W erze Trumpa ład międzynarodowy zastępowany jest przez sztucznie kreowany „międzynarodowy chaos”. Skoro USA mogą zaatakować kogo chcą – Wenezuelę, Iran, Kubę – to ta sama zasada odnosi się sojuszniczych zobowiązań. Mówiąc wprost przyjdą Polsce/Litwie/Estonii z pomocą w razie ataku Rosji albo nie przyjdą. A będzie to zależało nie od zapisów w Traktacie Północnoatlantyckim, ale od tego, w jakim humorze będzie akurat prezydent USA, kto sprawuje władzę w tych krajach i jaki jest stosunek rządzących do Trumpa.

W słynnym wpisie na Truth Social prezydent USA w kuriozalny sposób wyjaśnił dlaczego zdecydował o wysłaniu do Polski dodatkowych żołnierzy. Powodem, przynajmniej oficjalnie, nie była chęć naprawienia błędu Hegsetha (choć źródła Polskiego Radia twierdzą, że sekretarz obrony konsultował wstrzymanie rotacji z Trumpem), ale chęć nagrodzenia lojalnego polityka: „W związku z sukcesem wyborczym obecnego prezydenta Polski Karola Nawrockiego, którego z dumą poparłem oraz naszymi relacjami z nim, z przyjemnością ogłaszam, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski kolejnych 5 tyssięcy żołnierzy. Dziękuję za uwagę! Prezydent Donald J. Trump”.

Prezydent Nawrocki nie ukrywał zadowolenia z decyzji Trumpa, także dlatego, że wpis mocno podłechtał jego ego. Komentując go zapewniał, że „pan prezydent Donald Trump jest konsekwentny”: Trzeciego września [2025 roku, podczas wizyty Nawrockiego w USA – red.], kiedy widzieliśmy się po raz pierwszy, powiedział, jak będzie i tak jest. Nie po raz pierwszy pokazuje, jak ważna jest dla niego relacja z Polską. Trzeba to uszanować i trzeba do tego podchodzić poważnie”. Nie zgadzam się z prezydentem, wydarzenia ostatnich dwóch tygodni pokazują, że wbrew oficjalnym zapewnieniom Polska nie jest traktowana przez ludzi Trumpa poważnie. W ujawnionej przez Politico poufnej depeszy dyplomatycznej do Departamentu Stanu ambasador Thomas Rose pisze, że odwołanie rotacji żołnierzy wywołało „poważny szok polityczny i psychologiczny” i podkopało zaufanie do USA. „Dominującą reakcją (…) jest poczucie zdrady, zwłaszcza biorąc pod uwagę powtarzające się publiczne przedstawianie Polski przez prezydenta Trumpa jako najbardziej wiarygodnego i oddanego sojusznika Ameryki w Europie” – czytamy.

Depesza rzuca też światło na delikatnie mówiąc merkantylne podejście administracji Trumpa do takich „wzorowych sojuszników” jak Polska: „Wstrząsy w ostatnich dniach mogą wzmocnić presję na odejście od amerykańskich systemów obronnych, przyspieszenie integracji obronnej Unii Europejskiej kosztem Ameryki oraz doprowadzić do szerzenia antyamerykańskich narracji politycznych i medialnych w całym regionie”.

Ambasador Rose dobrze wyczuwa nastroje w Polsce i UE, ale nie dostrzega głównego problemu. Antyamerykańskie narracje nie są tworzone przez wrogów czy konkurentów USA. Są pochodną chaotycznej, uznaniowej i nieprzewidywanej polityki Trumpa wobec europejskich sojuszników. Podstawą amerykańskiego zaangażowania w Polsce nie mogą być tylko polityczne pokrewieństwo, czołobitność czy uzależnienie od zakupów zbrojeniowych za oceanem. Pytanie ilu amerykańskich żołnierzy stacjonowałoby dziś w Polsce, gdyby kolejne rządy RP nie podpisały 128 kontraktów zbrojeniowych z USA na kwotę 63 miliardów dolarów? Czy Trump odwróciłby decyzję o odwołaniu rotacji, gdyby prezydentem był Rafał Trzaskowski?

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version