Andrzej Domański w rządzie urósł do rangi cerbera, który siedzi na kasie i nie da nikomu ani grosza. Jego koledzy mówią, że cerber ma trzy głowy i każda mówi: „nie ma”, „nie dam”, „nie tym razem”. Chyba, że prosi premier, to zupełnie co innego. I dokładnie tak było w przypadku ustawy o tańszym paliwie.

CPN to nowy hasztag całego rządu i Koalicji Obywatelskiej. Na stacjach będzie taniej. Ustawa przeszła nadzwyczajną, błyskawiczną ścieżką przez parlament i po 24 godzinach wylądowała na biurku prezydenta. Obniżka VAT-u na paliwo to dla budżetu państwa koszt około 900 mln zł, a akcyzy 700 mln. Miesięcznie. W sumie 1 mld 600 mln. To są rozwiązania czasowe, ale od razu trzeba się liczyć z tym, że wojna w Iranie trochę jeszcze potrwa i kryzys światowy nie skończy się z dnia na dzień.

— Jakoś trzeba będzie tę dziurę zasypać, ale nie było wyjścia — słyszymy od jednego z ministrów. — Będzie zapewne podatek od nadmiarowych zysków, a i wpływy były przez ostatnie dni większe.

Były, bo ceny na stacjach zaczęły rosnąć wprost proporcjonalnie do irytacji kierowców. Rząd musiał „coś” zrobić, a niewiele więcej i inaczej niż obniżyć daniny nałożone na paliwo zrobić może. Dlatego Domański musiał ustąpić.

— Nie bronił się tym razem jakoś specjalnie twardo, ale, wie pani, to zależy, kto prosi — śmieje się nasz rozmówca z rządu.

Andrzej Domański jest ostatnio tym, o którego rozbijają się absolutnie wszystkie pomysły wszystkich ministrów. Najczęściej o pieniądze prosi ministra zdrowia, co wydaje się oczywiste, bo w służbie zdrowia naprawdę potrzebna jest kasa. Ale nawet ona odchodzi regularnie z niczym, bo minister na wszystko odpowiada: „procedura nadmiernego deficytu”. To ma wyjaśnić wszystko i zamknąć usta wszystkim, którzy wyciągają rękę po pieniądze.

— Tylko, że tak się nie da. Po pierwsze służba zdrowia naprawdę jest w trudnej sytuacji i będzie jeszcze gorzej. W tym roku dokładnie tak jak w zeszłym szpitale zaczną zawieszać wykonania ze względu na problemy NFZ, więc i tak trzeba będzie znaleźć pieniądze. I odbędzie się to tak samo jak teraz — przyjdzie Kierownik i każe znaleźć — rozkłada ręce nasz rozmówca z Koalicji Obywatelskiej.

Bo tak to w rządzie działa. Póki premier nie powie, że coś ma się wydarzyć, to się po prostu nie wydarza. A premier rozważa, kiedy i jak zrobić to, co konieczne. Koalicja rządząca już trzy tygodnie temu zaczęła rozmowę o tym, jak wybrnąć z sytuacji związanej z paliwem.

Tyle tylko, że tym razem to PiS był pierwszy.

Tak akurat się złożyło, że wojna w Iranie wybuchła tydzień przed ogłoszeniem Przemysława Czarnka kandydatem na premiera. Już w tym momencie było jasne, że wojna nie skończy się po kilku dniach, Donald Trump zapowiedział, że może potrwać nawet kilka miesięcy, a rząd nie robił jeszcze nic poza zapewnieniami, że Polska ma zapasy paliwa. Tylko, że w ciągu pierwszych dni ceny paliwa na stacjach już wzrosły i analitycy zaczęli przewidywać, że cena poszybuje do 7 zł i 20 gr. PiS zareagowało natychmiast i nowy kandydat na premiera złożył projekt ustawy powielający pomysł PiS z 2022 r, kiedy to wybuchł poprzedni kryzys energetyczny.

— Trochę nas zaskoczyli, ale my mówiliśmy premierowi od początku, że niezależnie od tego, co robi PiS, trzeba działać. Nawet, jeśli mamy zrobić to samo. Trudno — mówi jeden z koalicyjnych ministrów.

Ale inni ministrowie tłumaczą, że naprawdę sytuacja budżetu nie jest różowa i trzeba było te potężne wydatki zaplanować. Najważniejsze, żeby obniżka cen benzyny weszła w życie przed Wielkanocą. Nie ma nic gorszego dla rządzących, niż wyborcy przy świątecznym stole narzekający na ich bezradność i bezczynność.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version