Nie przeszkadza mi Grzegorz Braun, tylko to, że na tej sprawie — i pośrednio na mnie — spoczywa odpowiedzialność za to, jak będą wyglądały prawa kobiet w Polsce. I to jest ciężkie brzemię — mówi w rozmowie z „Nesweekiem” Gizela Jagielska, lekarka, która przerwała ciążę w 36 tygodniu.

Gizela Jagielska: To nie będzie naruszenie tajemnicy lekarskiej, bo pacjentka sama ujawniła tę informację: przyszła z diagnozą zagrożenia zdrowia i życia, wystawioną przez psychiatrę. A płód był obciążony nieprawidłowościami genetycznymi, konkretnie osteogenesis imperfecta, wrodzoną łamliwością kości typu drugiego. To rzadka choroba z kręgu tak zwanych dysplazji kostnych. Jest ich kilka rodzajów, począwszy od całkowicie letalnych, po lżejsze typy. Objawia się skróceniem kości długich i ich nieprawidłową mineralizacją, przez co kości ulegają złamaniu, powodują deformacje i duże dolegliwości bólowe.

— Weźmy kość udową. W środku wypełniona jest substancją, która sprawia, że jest twarda i odporna na złamanie. U tych płodów z wrodzoną łamliwością ta substancja jest mocno przerzedzona, dlatego ich kości łamią się jak wykałaczki.

— Nie wszystko jeszcze wiemy o neurologii płodów, ale jeśli robię transfuzję wewnątrzmaciczną, czyli wbijam igłę do żyły pępkowej przez wątrobę, żeby mu podać krew, bo ma anemię, to najpierw go znieczulam. Bo ta transfuzja trochę trwa i może to być dla płodu bolesne. Więc tak, te złamania wewnątrzmaciczne mogły go boleć.

— Zazwyczaj tak. Ale tu, przynajmniej z udostępnionej mi dokumentacji, wynika, że początkowa diagnostyka nie dała odpowiedzi.

— Wtedy zakończylibyśmy ciążę cesarskim cięciem, bo w kanale rodnym doszłoby do kolejnych urazów w wyniku siły naciskającej na płód. Ale nawet podczas cesarskiego cięcia mogłoby dojść do kolejnych złamań.

— Przy ciężkich typach wrodzonej łamliwości — niepewne. Wręcz złe. Mam pod opieką rodziny obciążone dysplazją kostnymi, które zdecydowały się na urodzenie dziecka, bo był to ten lżejszy typ, ale mam też nosicieli takich genów, którzy po wykryciu tej wady u płodu zdecydowali się ciążę zakończyć.

Ale też nie powinniśmy rozpatrywać tej sprawy przez pryzmat płodu. To była decyzja tej kobiety, spowodowana tym, że ona psychicznie tej diagnozy nie udźwignęła. Jak obserwuję ciężarne pacjentki, u których rozpoznano poważne wady wrodzone, to one dzielą się na trzy grupy. Jedna od razu mówi, że chce tę ciążę zakończyć. Druga chce urodzić dziecko z wadą letalną, żeby się z tym noworodkiem pożegnać: to im ułatwia przeżycie żałoby. Wreszcie są kobiety, które wiedzą, że ich dziecko ma wadę poważną, ale nie śmiertelną, i że będą musiały się nim opiekować do końca życia, decydują się ciążę zachować. I żadnej z tych grup nie powinniśmy oceniać. To są indywidualne decyzje tych kobiet. I nam, lekarzom, nic do tego. My powinniśmy przedstawić jasno, jaka jest sytuacja, jakie rozwiązania i pozostawić decyzję kobiecie.

— Tak. Pacjentka miała wskazania do przerwania ciąży poświadczone przez lekarza i ta ciąża została przerwana.

— A czy oburzenie byłoby mniejsze, gdyby to był 35 tydzień albo 34? Aborcje w trzecim trymestrze to prawie jedna trzecia aborcji, które robimy. I ja nie wiem, czy w przypadku tej pacjentki wcześniejszy zabieg był możliwy.

— To jest jego opinia. I czy ono miało 2 kg czy 5 kg, nie ma żadnego znaczenia, bo pacjentka nie miała skierowania do cięcia cesarskiego, tylko do aborcji.

— To znów jego opinia. A mnie osobiście bardzo nie podoba się to, że ta wypowiedź ma tak silny wydźwięk emocjonalny. My jako lekarze powinniśmy być powściągliwi w takich określeniach jak „zabicie dziecka”. To nie jest język, którym profesjonalnie powinniśmy się posługiwać, zwłaszcza jeżeli występujemy jako przedstawiciele środowiska medycznego.

— To, znów, jest po prostu nieprofesjonalne. Nie można powiedzieć, że coś jest legalne, ale mi się nie podoba, więc tego nie róbcie.

— Tak, to jest jakaś totalna sprzeczność.

— Nie jestem zaskoczona. Po pierwsze, to pismo napisali ludzie bezpośrednio zaangażowani w sprawę pani Anity. I teraz, z tego, co mi wiadomo, są sprawdzani, czy dochowali należytej staranności w swoich działaniach.

Jedną z największych grup pacjentek w Oleśnicy są pacjentki z łódzkiego. Pani Anita nie była pierwszą, która miała w historii choroby hospitalizację w oddziale psychiatrycznym. Niejednokrotnie też odbierałam telefony od przerażonych pacjentek szpitali z tego województwa, które pytały się, co robić, bo czują, że ich życie jest zagrożone, a lekarze nie oferują im pomocy.

Po drugie, nie od dzisiaj wiadomo, że niestety duża część ginekologów po prostu nie popiera aborcji i utrudnia Polkom do niej dostęp.

— Przygotowawcze, żadnego oskarżonego nie ma, nie dostaliśmy też na razie żadnych zawiadomień.

— Był u nas przez jakieś dwie godziny, blokował mi dostęp do pacjentek, byłam przetrzymywana przez niego wbrew mojej woli, w dziale administracyjnym szpitala. Policja nie mogła go usunąć, bo ma immunitet. Wyszedł sam, gdy uznał, że zakończył swój cyrk.

Mnie nie przeszkadza to, co robi Braun, organizacje antyaborcyjne czy prawicowe media, ale to, że na tej sprawie i pośrednio na mnie spoczywa odpowiedzialność za to, jak będą wyglądały prawa kobiet w najbliższych latach w Polsce. I to jest ciężkie brzemię.

— Bo ta sprawa moim zdaniem ustali status aborcji. Dziś gra się toczy wokół tego, czy powrócić do tak zwanego kompromisu, w którym poza granicą przeżywalności, czyli po 22-24 tygodniach, nie można zakończyć ciąży z wadą płodu, czy utrzymać dzisiejszą praktykę. Ani jedno, ani drugie moim zdaniem nie jest właściwe. Bo ustawa z 1993 r. to żaden kompromis. Z kolei dziś nie mamy definicji aborcji i ciążę z powodu zagrożenia zdrowia możemy przerwać w dowolnym momencie. Co oznacza, że gdyby pacjentka w prawidłowej, normalnej, zdrowej, fizjologicznej ciąży przyszła w 9 miesiącu ze skierowaniem, to powinnam jej zrobić aborcję. I to nie jest dobre.

Uważam, że powinno być tak jak w innych krajach europejskich: aborcja na żądanie do granicy przeżywalności płodu, potem tylko wtedy, gdy są ku temu poważne medyczne przesłanki, typu nieprawidłowość znacznie wpływająca na przeżywalność i na funkcjonowanie. I tu specjalista genetyk, położnik czy perinatolog wydaje diagnozę, albo powołujemy konsylium, które oceni, czy dana nieprawidłowość wpłynie na życie całej rodziny. I po uzyskaniu takiego zaświadczenia byłoby możliwe przerwanie tej ciąży do końca. Natomiast jeżeli przychodzi pani w 32 tygodniu, która poprzedniego wieczoru pokłóciła się z chłopakiem i dzisiaj już nie chce być w ciąży, to do mnie jako lekarza, to nie przemawia.

— Ale one cały czas trafiają. Od tego października w naszej pracy nic się nie zmieniło. Gdybyśmy przestali przerywać takie ciąże, to byśmy przyznali, że robimy coś złego, bezprawnego. A nie robimy. A zresztą, gdybym teraz przestała przyjmować pacjentki do aborcji, to przecież bym miała kontrole z NFZ i zapłaciła za to karę.

— To ich wybór. Moim jest praca zgodnie z wiedzą medyczną i poszanowaniem praw kobiet.

***

Szpital w Oleśnicy wykonuje najwięcej legalnych aborcji w Polsce. W październiku zeszłego roku zabieg w 36 tygodniu zrobiła w nim pacjentka, u której na późnym etapie ciąży odkryto u płodu poważną wadę, wrodzoną łamliwość kości. Pacjentka miała skierowanie od psychiatry. Lekarze w Łodzi proponowali jej cesarskie cięcie, zrzeczenie się praw rodzicielskich i oddanie noworodka do adopcji. W marcu o sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”. Podchwyciły ją prawicowe media i politycy: pojawiła się podczas przedwyborczych debat, a w środę europoseł Grzegorz Braun próbował w Oleśnicy dokonać obywatelskiego zatrzymania lekarki.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version