Magda Umer nie żyje. Legendarna artystka miała 76 lat. – Czasami w życiu jest tak, że kiedy pojawia się ciemny tunel, w którym nie ma choćby śladu światła i rezygnujemy z dalszej drogi, nagle to światełko się pojawia. Skoro w moim życiu się pojawiło, to mam nadzieję, że i innym się ukaże – mówiła „Newsweekowi” w 2017 r. Przypominamy tamten wywiad.

MAGDA UMER: Bezwiednie, przypadkiem, niechcący. Niekoniecznie w czwartek. Ale istnieje taka możliwość.

Rzadko, ale jeżeli już, to nie jest to łatwa sprawa.

— Niewykluczone, że już w Koluszkach ma dosyć, jeżeli Koluszki są przed Kutnem? A poważnie mówiąc — bardzo długo nie mogłam sobie ułożyć życia prywatnego. Kochałam kilku mężczyzn, kilku mężczyzn kochało mnie, ale to nie byli ci sami mężczyźni. I to trwało właściwie do starości — nawet nie wczesnej, ale już tej solidnej.

— Ależ tak! Tak właśnie nazwałabym ten okres. I nie buntuję się przeciwko naturalnej kolei rzeczy. Doczekać starości to już sukces. Nawet i siwa może być szczęśliwa. A fatum dotyczące mężczyzn mnie rzeczywiście prześladuje. Ja unieszczęśliwiałam jednych, inni unieszczęśliwiali mnie. Ale teraz może łatwiej mi to wszystko przeżywać, dlatego że jestem stara.

— Oj, bardzo. Hormony już tak nie szaleją i stajemy się właścicielami samych siebie. A w młodości bardzo często to hormony przejmują nas na własność i sprawiają, że miłością wydaje się nam już samo szaleństwo hormonalne.

— Myślę, że — choć nie uświadamiałam sobie tego przez całe młode życie — zawsze interesowała mnie jednak ta miłość trudniejsza.

— Może nie żeby aż bolało, ale żeby to nie było takie łatwe. Dlatego że zamknąć się z jakimś człowiekiem w jednym mieszkaniu i mieć taki sam klucz do drzwi to już jest ryzykowna eskapada, która ogranicza wolność. Część swojej wolności oddaję przecież tej drugiej osobie. Z jednej strony więc całe życie marzymy o tym, żeby się zakochać i żeby to zakochanie przerodziło się w prawdziwą miłość. Bo stadium zakochania to stadium choroby, na którą w ogóle nie ma lekarstwa.

Ale jeśli ta choroba przejdzie w miłość, to przez jakiś czas leki nie są potrzebne, bo to ona jest lekarstwem — na wszystko… Boże! Mówię jak profesor od miłości („śmiech”). Ale może w jakimś sensie należy mi się ten tytuł…

— Że sami są chorzy. Wiem. I wcale nie mówię, że tak ze mną nie jest. Przyznaję, że te piosenki, które śpiewam przez pół wieku, przede wszystkim pomagają mnie samej. Zawsze na różnych etapach życia sięgałam po piosenki, które były mi w danym momencie potrzebne. Dzięki temu byłam wiarygodna. Po prostu wiedziałam, o czym śpiewam. I pewnie dlatego Pan Bóg podarował mi tak skomplikowane życie uczuciowe.

— Tej wielkiej i prawdziwej. Nie chodzi więc o „poryw uczucia niewielki”. Jest taka piosenka, którą zresztą uwielbiam, śpiewana przez Hanię Banaszak — „Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia, na miłosny, czarujący Zwischenruf”. Otóż ja takiej ochoty chyba nigdy w życiu nie miałam. Wydaje mi się, że to jest też źródło mojej choroby uczuciowej, bo nigdy nie traktowałam uczucia jako zabawy — zabawy w coś albo zabawy kimś. I jeśli skrzywdziłam tych kochających mnie chłopców, a potem mężczyzn, to nie robiłam tego celowo. A z drugiej strony — jeśli mnie krzywdzili kochający mężczyźni, którym nagle zaczęło być ze mną nie po drodze, to także bardzo chciałabym, żeby to nie było celowe. Bardzo często winą za to, co się stało, obarczam los. „Widocznie tak miało być” — jak powiedziała recepcjonistka w hotelu Wrocław, kiedy ośmieliłam się mieć pretensję, że nie obudziła mnie rano na samolot, o co prosiłam poprzedniego wieczoru.

— Nie. To nie ma nic wspólnego z kontrolą. Wydaje mi się, że tu pojawiają się zdecydowane różnice płci. Mężczyzna kocha — albo wydaje mu się, że kocha — przede wszystkim tym, co Przybora nazywa chucią. „Rzuć chuć!”. Mimo że sam Jeremi takiego uczucia do kobiety nie nazywał miłością, tylko po prostu właśnie ochotą na chwileczkę zapomnienia. Ja natomiast — w przeciwieństwie do mężczyzn, a może i nawet do niektórych kobiet — uważam, że seks to piękna dziedzina życia człowieka, pod jednym warunkiem — że uprawia się go w czasie miłości. Seks, który zamienia się w erotykę i miłość, a na końcu nierzadko w wymarzone dziecko — jest wspaniały, natomiast seks bez miłości jest zajęciem dziwnym, śmiesznym i wyłącznie zwierzęcym. Uprawianie go bez uczucia jest jakimś rodzajem prostytucji — i duchowej, i cielesnej. Być może moje wymagania powodowały, że trudno mi czasami bywało porozumieć się z waszą płcią. Jakkolwiek rozumiem, że zgodne z waszą naturą jest coś innego niż z naszą.

— To się zdarza raz na pięćdziesiąt lat. Burza z piorunami i pijana grupa w pierwszym rzędzie, która mnie obraża.

— „… wóda, czkawka, Gwiżdż Janina. Taka gmina”. Otóż w pierwszym rzędzie rzeczywiście usiadła wtedy przede mną pijana Gwiżdż Janina z kolegami. A moi dwaj synowie, którzy byli na tym koncercie — z miłości do matki — starali się zrobić wszystko, żeby mi pomóc. Próbowali znaleźć strażników, którzy uciszą albo wyprowadzą tę grupę z amfiteatru. Byłam przekonana, że to się za chwilę stanie i tylko dlatego nie przerwałam tego koncertu.

— Tym bardziej że kiedy już cała publiczność uciekła z powodu burzy i urwania chmury, ta pijana grupka została i szalała do końca. Zostali Kot Przybora i Grześ Wasowski z rodzinami i jeszcze parę litościwych osób. No, ale to rzeczywiście był odosobniony przypadek w moim życiu, kiedy poniosłam klęskę. Przegrałam z żywiołem — woda, błyskawice, burza i alkohol, czyli pijana Gwiżdż Janina z kolegami.

— Dzięki temu przez pół wieku mam wierną publiczność.

— Ludzi smutnych wcale nie trzeba prowadzić do cyrku i ich rozśmieszać, bo to im nie pomaga.

— Świadomości, że ktoś inny ma podobnie albo jeszcze gorzej. Kiedy widzą, że nie tylko oni są w trudnej sytuacji, łatwiej im przetrwać zmagania ze sobą.

— Różnie z tym było w różnych okresach życia. Kiedy na przykład byłam młoda i nieszczęśliwa, to rozpaczałam i chodziłam do przyjaciół czy przyjaciółek. I tak sobie razem rozpaczaliśmy. Solidarnie. Potem ja towarzyszyłam i pocieszałam ich w ich smutkach.

— Trochę tak, ale okazało się, że jestem jednak typem samotnika. Dowiedziałam się o tym dużo później, gdy byłam już starszą kobietą. Wcześniej nie wiedziałam, dlaczego uciekam od nawet bliskich mi osób. Napisałam kiedyś, że chociaż czuję czułość do ludzi i chciałabym im dać jak najwięcej, to mam jakąś fizjologiczną skazę, bo nie potrafię z nikim wytrzymać dłużej niż godzinę.

— („śmiech”) Ratuje mnie uciekanie w sztukę, literaturę, muzykę, malarstwo, fotografię. To leczy masę rzeczy.

— To jest tekst Magdy Czapińskiej, która jest psychoterapoetką. Tak nazwał ją kiedyś Andrzej Poniedzielski. Ona przez całe życie była lekarką duszy, więc dużo wie na ten temat.

— I są takie listopady, które wcale nie mijają. Wieczne listopady. Chcąc jednak pocieszać ten mój elektorat, nie przedstawiam mu najczarniejszych wizji, tylko próbuję dawać nadzieję — także sobie. Czasami w życiu jest tak, że kiedy pojawia się ciemny tunel, w którym nie ma choćby śladu światła i rezygnujemy z dalszej drogi, nagle to światełko się jednak pojawia. Skoro w moim życiu parę razy się pojawiło, to mam nadzieję, że i innym się to światło raz na jakiś czas ukaże.

— Mówiąc wprost — o depresji. Najpierw mówiłam, że smutek, zima i że nie wiem, co się ze mną dzieje. I tak było. Bardzo długo tego nie rozumiałam. A pomógł mi Jacek Santorski. Przypadkiem usłyszałam go kiedyś — 1 listopada — w radiowej Trójce. Odważyłam się do niego zadzwonić w czasie tej audycji i tak się zaczęło. Powiedział mi, że — jak w przypadku alkoholika — zacznę sobie pomagać w momencie, w którym powiem głośno: „Nie chcę z wami rozmawiać. Nie chcę tu być, bo jest mi smutno. Nikt z was nie jest temu winien. Nie mogę sobie poradzić. Muszę być sama”. Jest taki ważny wiersz, w którym Marcin Świetlicki napisał: „dziś jestem w nastroju nieprzysiadalnym”. Bardzo często byłam w takim nastroju i nie miało to żadnego związku z sympatią do konkretnych osób lub z jej brakiem. Po prostu — muszę być sama, bo wtedy umiem lepiej zawalczyć o lepszy czas. To trudne, kiedy muszę przed kimś strasznie udawać — na przykład bardzo pogodną i wesołą.

— Czasem udaję, bo nie mam zamiaru nikogo obarczać swoim smutkiem czy nieporadnością. Wiem, że to nie jest łatwe, i nikomu nie życzę takiego lęku czy takiej bezsenności. I często robię dobrą minę do niezbyt dobrej gry. A to, że się odważyłam i powiedziałam o tym głośno, to oczywiście ulga. Także dla ludzi, którym to jest naprawdę potrzebne. A ja — im dalej w las, tym bardziej czuję się potrzebna.

— Zdarza się. To, co mówię, uświadamia pewne rzeczy także innym w naszym środowisku. Rzeczywiście czuję, jak bardzo komuś jest potrzebne to, co robię, i to dało mi największą satysfakcję w życiu.

— Bywa. Choćby teraz — wracam z lasu, gdzie jest tak pięknie, że dech zapiera, choć widziałam to już wiele razy. Wszystko zaczyna się zielenić, kogut pieje, pies się przytula. Magda Czapińska napisała dla mnie taką piosenkę — „Czas na obłoki i las”. I teraz jest właśnie mój czas. I na obłoki, i na las. I to są moje priorytety.

— Uważam, że nie miał racji, choć rozumiem, że dla niego tak było. Jego ojciec był komunistą, matka skończyła w domu dla obłąkanych. A on sam żył w zniewolonym kraju ze swoją potworną samotnością, gdzieś pomiędzy ideałami, w które wierzyli jego rodzice, a efektami tego, co komunizm zrobił z ludźmi w Rosji. Mógł więc mówić o tym, że szczęścia nie ma, ale gdy na przykład napisał piosenki „Tri Liubwi” czy „Prastitie piechotie” i pierwszy raz je zagrał i zaśpiewał, to musiał być na chwilę szczęśliwy.

— Naturalnie. I to jest ogromny procent artystów.

— Do pewnego momentu uskrzydlają, a od pewnego momentu zabijają. Problem w tym, że ta granica jest niezauważalna. Nigdy nie wiem, kiedy smutek przytłoczy do tego stopnia, że następnego dnia nie będzie już się chciało wstać z łóżka — ani do radości, ani do smutku.

— Jestem szczęśliwą matką i szczęśliwą babcią. I to nie jest małe szczęście patrzeć na dwuletniego obywatela czy czteroletnią obywatelkę. Albo czekać na kolejnego wnuka. To niesamowicie dużo daje. Nazwałabym to — bez żadnego cudzysłowu — szczęściem. Ale siłę daje mi też obserwowanie tego, co tworzą inni artyści. Ich sztuka to coś, czym karmi się moja dusza. Uwielbiam też patrzeć na szczęście innych. Od za bardzo nieszczęśliwych zdarza mi się uciekać z braku siły i lękiem przed zarażeniem się ich nieszczęściem. Moja empatia bywa zagrożeniem dla mnie samej, w mrocznym czasie.

— Mam nadzieję, że dalej piszą, bo tam już jest takie towarzystwo do słuchania, że… (śmiech)

— Jeśli zaświaty są i jeśli oni gdzieś na chmurach płyną, to piszą. Bo — jak mówiła gosposia Agnieszki — oni niczego innego nie potrafią. Myślę więc, że czekają tam na nas nieprawdopodobne piosenki! I jeżeli coś tam naprawdę jest, to i Leonardo da Vinci wciąż maluje. To jest niesamowite. Wojtek Młynarski już wie, jak jest po tamtej stronie lady. Jonasz Kofta wie. Jeremi Przybora też.

— O tak, bez słów, ale rozmawiam. Moja z nimi zażyłość — jeszcze po tej stronie lady — polega na tym, że bez przerwy myślę, co powiedzieliby o tym, co się dzieje na przykład w polityce, nie tylko w Polsce. Jak zareagowaliby na to, co się dzieje ze światem i jak zaplątała się ludzkość przeciwko samej sobie. Przecież tego nie wymyśliłby żaden dramaturg… To, że nie mogę już z nimi naprawdę porozmawiać, jest z jednej strony wielkim nieszczęściem. Ale z drugiej strony — przecież wszystko, co napisali i nam zostawili, jest wciąż aktualne. Często gdy schodzę ze sceny, na której śpiewam teksty Agnieszki i Jeremiego, mówię: Boże! Ależ to jest literatura! Mogę więc stwierdzić, że jestem nieprawdopodobnie bogata duchowo dzięki temu, czym zostałam obdarowana przez artystów, których wielbię i którzy mnie wychowywali od dzieciństwa. I to jest najważniejsze, bo przecież — jak mówiła moja znajoma pani Ela z Milanówka: „Do grobu człowiek nawet łyżeczki nie zabierze”.

— To moje ukochane zdanie („śmiech”). A ta świadomość, że niczego z tego świata nie zabierzemy, przychodzi gdzieś około 50. roku życia. Zaczynamy się wtedy pozbywać wszystkiego, co udało się nam nagromadzić albo — jeśli nie potrafimy się z tymi rzeczami rozstać — zaczynamy myśleć, jaki kłopot będą miały nasze dzieci z posprzątaniem wszystkiego po nas. To są tylko rzeczy… A przecież — jak napisała mi w jednej z piosenek Magda Czapińska — „wszystko, co masz, to czas”. I to są święte słowa.

— Na zachwyt naturą. Na to, żeby patrzeć, jak rosną małe dzieci, jak zielenią się drzewa, a w gniazdach pojawiają się znowu bociany. Jak świecą gwiazdy, płyną chmury, szumi las. Żeby się nazachwycać tym, jak zmartwychwstaje przyroda. Z każdym rokiem coraz bardziej uświadamiam sobie, do jakiego stopnia jesteśmy jej częścią i że my też zmartwychwstajemy. Odnajdujemy w sobie soki i siły, o które się wcale nie podejrzewamy. One powodują, że wciąż jeszcze nie mamy ochoty przechodzić na drugą stronę lady.

***

MAGDA UMER to z zawodu… Magda Umer. Tak powiedział o niej kiedyś Andrzej Strzelecki. Ona sama nazywa się właścicielką głosu symbolicznego. Pieśniarka, reżyserka, scenarzystka, poetka. Przyjaciółka artystów, pielęgnuje pamięć o Starszych Panach, wciąż „gra w zielone”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version