Wszystko wskazuje, że kto nie zostanie za rok premierem, będzie musiał rządzić w bardzo trudnej koalicji z kilkoma partnerami i mającym wielkie ambicje, by samodzielnie kształtować politykę — Karolem Nawrockim.

W ostatnim sondażu IBRiS dla Wirtualnej Polski obie Konfederacje mają w sumie prawie 26 proc. poparcia — więcej niż PiS, który w tym badaniu zanotował 23 proc. wskazań respondentów. Od maja sondażowe średnie dwóch największych partii wyliczane przez ewybory.ue spadają, rosną za to te obu Konfederacji i Nowej Lewicy. Jakie mogą być tego powody?

Mniejsi gracze rosną w górę dzięki słabości i problemom mniejszych. Obie partie dzielące między siebie polską politykę w ostatnich 20 latach znajdują się dziś bowiem w kryzysie. Koalicja Obywatelska ma na głowie aferę szpitalną, kryzys w służbie zdrowia, paraliżujący ją spór z prezydentem Nawrockim, ciężko idące rozliczenia i całą górę niespełnionych lub spełnionych w najlepszym wypadku połowicznie obietnic.

PiS w zasadzie od końca zeszłego roku znajduje się w stanie ciągłej wojny domowej między „prorozwojową”, bardziej centrową frakcją Morawieckiego, a stawiającymi na prawicowy radykalizm „maślarzami”, a zawieszenia broni okazują się równie trwałe jak te w konflikcie Trumpa z Iranem. Partia toczy wojnę na dwa fronty — z rządem i dwiema partiami prawicowej opozycji — i na żadnym nie radzi sobie najlepiej.

Obie główne partie wydają się też dość mocno zużyte długimi latami rządzenia. Wyborcy rozczarowani rządami KO, ciągle pamiętają, dlaczego w 2023 r. nie chcieli dalej rządów PiS. Na czele obu głównych partii stoją politycy obecni na polskiej scenie politycznej od początków transformacji i mający wyraźny problem z docieraniem do młodszych wyborców.

W tej sytuacji obie Konfederacje mogą zyskiwać jako coś nowego, świeżego i niezużytego przez władzę. Ta rządzona przez Bosaka i Mentzena jest obok Razem jedyną partią, gdzie dominują politycy z roczników 80. i młodszych, co z jednej strony utrudnia jej docieranie do starszego elektoratu, z drugiej czyni atrakcyjną propozycją dla młodszych wyborców, których zupełnie nie kręci polityka opierająca się na bardzo emocjonalnym i personalnym sporze polityków urodzonych w głębokim PRL liderów. W dodatku młody prawicowy elektorat jest znacznie mniej solidarystyczny społecznie niż starszy, a przez to mniej podatny na przekaz PiS jako „społecznie wrażliwej prawicy”.

Z kolei Konfederacja Korony Polskiej jest w stanie przelicytować PiS w prawicowym radykalizmie. PiS sam podsycał go w społeczeństwie, by polaryzować się z „lewacką” KO, promując takich polityków jak Przemysław Czarnek, czy współpracując z radykałami z Ordo Iuris. Przesuwając debatę publiczną ku prawej ścianie, PiS stworzył przestrzeń dla takich polityków jak Braun, zdolnych powiedzieć głośno to, co po cichu od lat myślała sobie część elektoratu PiS, np. na temat Ukraińców czy Żydów.

Kluczowe jest jednak to, że obie Konfederacje nigdy nie rządziły i nie rządzą w żadnym ogólnopolsko widocznym miejscu — Konfederacja Wolność i Niezawisłość ma prezydenta Bełchatowa, ale jak dotąd nie zrobił on niczego, co mogłoby się stać powodem ogólnopolskiego zniechęcenia do tej formacji. Idee obu Konfederacji nigdy nie zostały sprawdzone w praktyce, wybory nie mają więc z nimi negatywnego doświadczenia. W sytuacji kryzysu dwóch głównych partii i zmęczenia tym, jak w praktyce wyglądają ich rządy — zwłaszcza w takich obszarach jak ochrona zdrowia — wyborcy mogą być chętni, by dać szanse pomysłom mniejszych partii, nawet jeśli wydają się one dość ekscentryczne i radykalne, jak pomysły Mentzena na „skończenie z monopolem NFZ”.

Rośnie też średnie poparcie Nowej Lewicy, zbliżające się do 8 proc., co jest najlepszym wynikiem tej formacji od 2024 roku. Z czego może to wynikać?

Można zastanowić się nad hipotezą, czy Nowa Lewica nie korzysta na kłopotach KO związanych z aferą w Szpitalu Południowym. Choć afera obciąża pośrednio cały rząd, to bezpośrednio, najmocniej uderza w największą tworzącą go partię. To jej radnym był Kacprzyk, to ona samodzielnie rządzi w Warszawie, to jej nominaci kontrolowali resort zdrowia od grudnia 2023 roku. Nowa Lewica bardzo mocno zareagowała na aferę i postawiła swoje postulaty ograniczenia patologii związanych z zarobkami lekarzy.

Być może dla wyborców, którzy wciąż nie chcą przekreślać koalicji rządowej, ale poczuli się rozczarowani Koalicją Obywatelską, Nowa Lewica staje się partią drugiego wyboru, na którą bezpiecznie mogą przerzucić głosy, pokazując w ten sposób rządowi żółtą, ale jeszcze nie czerwoną kartkę. Tę drugą od dawna pokazuje mu Partia Razem, której średnia sondażowa przeżywa obecnie raczej stagnację. Być może partia Zandberga jest zbyt antyrządowa, by przyciągnąć wyborców, którzy, choć sfrustrowani aferą szpitalną, nie chcą na razie zatapiać rządu.

Partia zresztą dość świadomie stawia w swojej strategii nie tyle na rozczarowanych wyborców KO czy Nowej Lewicy, lecz na młody, ogólnie wkurzony, antysystemowy elektorat, szukający wyrazistej partii protestu. W tym elektoracie skuteczniej łowi jednak Mentzen. Dla Razem, które latami przekonywało, że problemem służby zdrowia jest zbyt mało pieniędzy, afera, której przedmiotem są wystrzelone w kosmos zarobki lekarzy, nie jest też szczególnie wygodna — bo trudno przekonywać dziś ludzi, by płacili większą składkę zdrowotną.

Bardzo istotne dla tego, co stanie się po wyborach w 2027 roku, będzie to, czy gambit Zandberga wypali, czy znajdzie się dość wkurzonych na rząd, ale odrzucających prawicową opozycję, antysystemowych, ale nieprawicowych wyborców, by przeprowadzić Razem przez próg.

Bo w przyszłym roku kluczowe dla tego, kto będzie rządzić, może okazać się to, jak poradzą sobie mniejsze partie: obie Konfederacje, Nowa Lewica, Razem, PSL, ewentualna nowa koalicja powstająca w centrum na ruinach Polski 2050.

Lata 2007-23 można określić jak epokę dwóch dominatorów w polskiej polityce: KO Tuska i PiS Kaczyńskiego. Kaczyński przez osiem lat rządził samodzielnie — choć już pod koniec drugiej kadencji coraz trudniej było mu utrzymać spójność klubu PiS — a Tusk w sojuszu ze zdecydowanie słabszym i pełniącym podporządkowaną rolę w koalicji PSL. Kaczyński miał w Pałacu Prezydenckim Dudę, który poza kilkoma wyjątkami nie robił rządzącej partii żadnych problemów, a Tusk po trzech latach kohabitacji z Lechem Kaczyńskim bardzo spolegliwego Komorowskiego.

Ta epoka skończyła się w 2023 r. Tusk odzyskał władzę nie dlatego, że wygrał z PiS — partia Kaczyńskiego zdobyła więcej głosów — ale że miał lepszą zdolność koalicyjną, a w wyborach swoje głosy dowiozły Polska 2050 i Lewica. Ta pierwsza powyżej, ta druga trochę poniżej oczekiwań. KO pozostaje dominującym członem koalicji, nie ma już w niej jednak takiej przewagi jak w rządach z PSL w latach 2007-14.

Wszystko wskazuje, że kto nie zostanie za rok premierem, będzie musiał rządzić w bardzo trudnej koalicji z kilkoma partnerami i mającym wielkie ambicje, by samodzielnie kształtować politykę, Karolem Nawrockim. A można przypuszczać, że prezydent nie zrezygnuje ze swojego ekspansywnego rozumienia własnego mandatu, gdy rządzić zacznie prawica. Nie wiadomo, jak długo przetrwa przyszły rząd, na pewno czekać nas będzie wiele politycznych turbulencji, tak samo jak w obecnej kadencji.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version