Niewykluczone, że Przemysław Czarnek jest kandydatem przejściowym, kimś, kto ma w ciągu najbliższych 10-12 miesięcy skonsolidować partię i jej wyborczą bazę, a potem zostać wymienionym na kogoś bardziej umiarkowanego. Ale jest pewien problem.
Kandydatem PiS na premiera został Przemysław Czarnek. Co to oznacza? Że wewnętrznej, frakcyjnej walce przynajmniej chwilowo wygrali „maślarze”, a Jarosław Kaczyński dał się im przekonać, by partyjnemu okrętowi wydać komendę: „cała w prawo!”. PiS wystrzeli teraz w kierunku prawej ściany, by tam walczyć o wyborców obu Konfederacji, a jednocześnie ma być kandydatem na premiera, który dla Konfederatów byłby znacznie bardziej do zaakceptowania niż Morawiecki lub ktoś z „zakonu PC”.
Przemysław Czarnek po namaszczeniu przez Jarosława Kaczyńskiego na kandydata PiS na premiera
Foto: Łukasz Gągulski / PAP
Ten ruch, choć jest pod niektórymi względami racjonalny, niesie ze sobą cały szereg niebezpieczeństw — ale po sukcesie Karola Nawrockiego prezes Jarosław Kaczyński najwyraźniej nie boi się ryzyka, a być może uważa, że z PiS jest tak źle, że nawet największe ryzyko lepsze jest niż powolny odpływ poparcia.
Czarnek i „konfederyzacja” PiS
Co stanowi największą zaletę Przemysława Czarnka? To, że jest dziś jednym z najbardziej cenionych przez wyraziście prawicowy elektorat polityków. W wyborach do Sejmu w 2023 r. zdobył w okręgu lubelskim blisko 122 tys. głosów, zwiększając swój wynik z 2019 r. o prawie 40 proc. I to w wyborach, w których całościowe poparcie PiS spadło o ponad 8 pkt proc. Chociaż retoryka Czarnka — radykalna w formie i treści — odstrasza liberalnych, a nawet centrowych wyborców, o lewicy nie wspominając, to podoba się wiernemu elektoratowi PiS. Temu samemu, który ucieka dziś partii do obu Konfederacji.
Pierwsze przemówienie Czarnka jako kandydata na premiera było bardzo sprawne z punktu widzenia elektoratu, do którego miało dotrzeć. Polityk zapewniał, że „w walce o Polskę nogi nie odstawiamy” i zademonstrował to, nazywając Donalda Tuska „pustym łbem” oraz krzycząc pod adresem rządzącej koalicji: „pogonić to dziadostwo!”. Straumatyzowany kolejnymi klęskami i sondażami betonowy elektorat PiS czegoś takiego właśnie oczekuje. Podstawowy cel nominacji Czarnka jest bowiem defensywny: ma ona skonsolidować i ożywić elektorat, który ciągle pozostaje przy PiS i zatrzymać go przy partii.
Po drugie, Czarnek ma w najlepszym wypadku zawalczyć o wyborców, których PiS już utracił na rzecz obu Konfederacji. Były minister edukacji — mimo swoich bardziej wolnorynkowych poglądów niż średnia PiS — niekoniecznie będzie w stanie przekonać młodych wyborców Sławomira Mentzena inwestujących w kryptowaluty i oczekujących przede wszystkim deregulacji oraz niskich podatków. Ale już PiS z twarzą Czarnka może stać się na powrót atrakcyjną opcją dla wyborców Grzegorza Brauna — zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jeszcze jako wojewoda lubelski Czarnek znany był z dość „ukrainosceptycznych” poglądów. W dodatku nie kojarzy się on z żadną decyzją z lat 2015-23, które zraziły prawicowy elektorat do PiS: piątką dla zwierząt, obostrzeniami pandemicznymi, wsparciem dla Ukrainy. Afera „Willa plus” i ideologiczna krucjata, jaką Czarnek prowadził z siedziby MEN, nie są dla tego elektoratu problemem.
Podsumowując, nominacja dla Czarnka dokańcza widoczny tak naprawdę od wyborów w 2023 r. proces „konfederyzacji” partii. PiS Beaty Szydło był ludowo-socjalny, Mateusza Morawieckiego — centrowo-aspiracyjny, z kolei PiS Czarnka będzie łączył twardy prawicowy przekaz na licencji ruchu MAGA, wojny kulturowe z „ideologią LGBT”, z totalną opozycją wobec rządu, walką z „banderyzmem”, antyniemieckością i coraz bardziej otwartym eurosceptycyzmem.
W trakcie wystąpienia po nominacji Czarnek wielokrotnie atakował Unię Europejską, bronił przed nią polskich rolników, którym „von der Leyen i jej najemnik Tusk” dyktują, jak mają postępować w swoich gospodarstwach, zapowiedział wypowiedzenie systemu ETS i miks energetyczny oparty na węglu. Kpił też z ustawy o statusie osoby najbliższej, pytał, czemu nie proponuje ona związku „trzech albo czterech chłopów” albo modelu „czterej pancerni i psiecko, nowego modelu rodziny”.
Kaczyński oddaje centrum walkowerem
Jakie są związane z Czarnkiem niebezpieczeństwa? Nowy kandydat PiS na premiera zmobilizuje nie tylko wyborców PiS, ale też stronę przeciwną. Bo dla wielu wyborców, którzy z różnych przyczyn mają już dość Tuska, perspektywa rządu premiera Czarnka — w koalicji jedną lub dwiema Konfederacjami — będzie wystarczającym powodem, by dać mu szansę na kolejną kadencję.
Stawiając na Czarnka, Kaczyński w zasadzie oddaje centrum walkowerem. Bardziej umiarkowani wyborcy PiS, nawet jeśli nie porzucą partii od razu, będą mieli coraz większy problem ze zracjonalizowaniem sobie jej dalszego poparcia. I nawet jeśli KO jest dla nich zbyt lewicowa, a Tusk budzi w nich negatywne emocje, to mają alternatywę np. w postaci PSL, który jak pokazują ostatnie badania, wydaje się już pomału zbierać część rozczarowanych PiS wyborców.
Być może faktycznie Czarnek i Kaczyński mają rację — żadnego centrum już nie ma i nie tam wygrywa się wybory. Ale jeśli się mylą, to będzie bardzo politycznie kosztowny błąd. Tym bardziej, że słuchając Czarnka zradykalizowani wyborcy odpływający do Brauna, mogą uznać, że skoro Czarnek mówi to samo co Bosak albo Braun, to dlaczego nie wybrać najbardziej wyrazistego z tej trójki.
Niewykluczone też, że Czarnek jest kandydatem przejściowym, kimś, kto ma w ciągu najbliższych 10-12 miesięcy skonsolidować partię i jej wyborczą bazę, a potem zostać wymienionym na kogoś bardziej umiarkowanego. Problem w tym, że Czarnek pokazał już, że jest politykiem bardzo sprytnym i umiejącym poruszać się w partyjnych grach, więc nominację najpewniej wykorzysta do tego, by tak się zbudować, by zastąpienie go wiązało się dla partii z bardzo poważnym politycznym kosztem.
Czarnek i ryzykowny ruch Kaczyńskiego
Największe ryzyko związane z nominacją Czarnka wiąże się jednak z wewnętrznymi konfliktami w partii, bo dziś najgorsza opcja dla PiS to wyjście frakcji Morawieckiego i start czterech komitetów prawicy. Co prawda ze wszystkich „maślarzy” Czarnek miał być najbardziej akceptowalny dla frakcji byłego premiera, ale partia mająca jego twarz może tak wychylić się na prawo, że dla ludzi Morawieckiego nie bardzo będzie w niej już miejsce.
Prezes w swoim wystąpieniu bardzo dbał o to, by podkreślić, że nie ma zgody na wyrzucanie nikogo z partii. Podkreślił zasługi rządów Szydło i Morawieckiego, przestrzegał przed „partyjną ojkofobią” i groził, że ktokolwiek będzie atakował dorobek partii, to sam znajdzie się poza burtą partyjnego okręgu.
Deklaracje prezesa to jedno, rzeczywistość może jednak wyglądać zupełnie inaczej. Kaczyński wykonał ryzykowny ruch — po kilku miesiącach zacznie być widoczne czy nie okaże się błędem, który trzeba będzie odkręcać.