Afera wokół warszawskiego Szpitala Południowego jest dla Koalicji Obywatelskiej jak koszmar, z którego śpiący, choć próbuje, nie jest się w stanie wybudzić. Gdy wydaje się mu, że zły sen dobiega końca, zmuszony jest mierzyć się z nowymi okropnościami.

Ich kolejną odsłonę przynoszą materiały Onetu i portalu Zero. Jak ustalili Szymon Piegza i Magdalena Rigamonti z Onetu, w prosektorium Szpitala Południowego jego koordynator, Artur Habowski, miał urządzić sobie prywatny „biznes”, zarabiający na nielegalnym świadczeniu usług pogrzebowych oraz „handlu zwłokami” — sprzedawaniu informacji o zgonach zakładom pogrzebowym. W materiale pojawiają się też informacje o zupełnie szokujących zachowaniach, np. wydawaniu przez prosektorium zwłok spryskanych moczem. Portal Zero także poinformował o biznesowym układzie Habowskiego z jedną firmą pogrzebową — i utrudnianiem wydawania zwłok rodzinom, które zdecydowały się na inną — i wynajmowaniu prosektorium np. do produkcji filmowych. Habowski publikował też w swoich mediach społecznościowych zdjęcia zmasakrowanych zwłok — pojawiają się spekulacje, że mogły pochodzić ze szpitalnego prosektorium.

Ta okropna historia to kolejny polityczny pożar, wybuchający wokół feralnego szpitala, w momencie, gdy władze stolicy i rząd nie zdołały jeszcze zapanować nad poprzednimi. Co więcej, nowa afera, choć bezpośrednio nie wiąże się ze sprawą Kacprzyka, osłabia linię obrony, jaką w tej kwestii przyjęła największa partia rządząca.

KO od początku twierdziła bowiem, że Kacprzyk to jednoosobowy przypadek, że gdy tylko władze miasta i partii dowiedziały się o aferze, to natychmiast wyciągnęły konsekwencje wobec winnych, że przecież ani władze Warszawy, ani Ministerstwo Zdrowia nie mogą kontrolować każdego szpitalnego oddziału ratunkowego i pilnować, by koordynujący jego pracę lekarz nie oszukiwał.

Problem w tym, że kolejna afera w tym samym szpitalu — a w tle są jeszcze niepotwierdzone na razie zeznania doktora Jędrzejewskiego — wytworzy w dużej części opinii publicznej przekonanie, że władze Warszawy i rząd mają fundamentalny problem ze sprawowaniem efektywniej kontroli nad szpitalami i kompletnie nie są w stanie wdrożyć mechanizmów zapobiegających jawnym patologiom w podległych im placówkach.

Mechanizm zarówno w przypadku Habowskiego, jak i Kacprzyka jest zresztą podobny. Jeśli potwierdzą się ustalenia Onetu, to będzie można powiedzieć, że Habowski, podobnie jak Kacprzyk SOR, „sprywatyzował” sobie jeden z kluczowych segmentów szpitala, podporządkowując jego pracę swoim osobistym celom. W przypadku Habowskiego, jak można sądzić po doniesieniach medialnych, cel był po prostu finansowy, w przypadku Kacprzyka — zwłaszcza jeśli potwierdzą się informacje o politykach obsługiwanych poza kolejką — także polityczny.

W obu wypadkach rażącego niedopełniania swoich obowiązków kontrolnych dopuścił się zarząd i rada szpitala — a w najgorszym wypadku ze znanych sobie przyczyn pozwalał na takie praktyki. Nie da się też uniknąć pytania o politykę kadrową ratusza i o to, czy w ogóle władze Warszawy posiadają dziś narzędzia do tego, by efektywnie sprawować nadzór nad podstawowymi standardami w podlegających miastu podmiotach. I choć to stołeczny samorząd, a nie Ministerstwo Zdrowia czy inna instytucja centralna prowadzi Szpital Południowy, to społeczny gniew za tę sytuację spadnie też na rząd i największą tworzącą go partię.

Ustalenia obu portali czyta się jak reportaż o patologiach transformacji. Podobne historie wydawałyby się na miejscu w biednych, brutalnych, dzikich, zmagających się z wszelkimi możliwymi kryzysami latach 90., a nie w Warszawie połowy trzeciej dekady XXI wieku. A więc w mieście, które ma być symbolem wielkiego gospodarczego i cywilizacyjnego sukcesu III RP.

Nawet najbardziej wierny elektorat KO czytając takie doniesienia, może zareagować mówiąc ze złością: nie, takie rzeczy już naprawdę nie powinny mieć prawa dziać się w Polsce. Zwłaszcza w stolicy, a nie w mieście, które nigdy nie podniosło się po utracie statusu województwa w trakcie reformy administracyjnej rządu Buzka.

Szpital Południowy miał być wizytówką stołecznej ochrony zdrowia. Warszawa wizytówką sukcesu rządów KO. Jeśli w „wizytówkach” dzieją się takie patologie, jak na SOR i — jeśli potwierdzą się doniesienia — w prosektorium Szpitala Południowego, to strach pomyśleć, jak wygląda sytuacja w reszcie kraju.

A dla rządu i tworzących go partii fakt, że ludzie zadają sobie takie pytania, to fatalna wiadomość. Bo podobne refleksje mogą zdemobilizować elektorat znajdujący się w zasięgu i skłonić go do tego, by na następne wybory po prostu nie pójść.

Tymczasem Polska jest politycznie podzielona mniej więcej po połowie — blok prawicowy jest trochę większy niż nieprawicowy. O tym, kto po przyszłorocznych wyborach utworzy rząd zadecydują dwie kwestie: po pierwsze maksymalna mobilizacja obu bloków, po drugie optymalny rozkład list, pozwalający najbardziej efektywnie przełożyć poparcie uzyskane przy urnie na mandaty.

Koalicja rządząca ma z obiema tymi kwestiami problem. Pod progiem są dziś PSL i Polska 2050, często odbija się też od niego Partia Razem — która, wystawiając naprawdę słony polityczny rachunek, mogłaby poprzeć kolejny rząd obecnej koalicji, gdyby wprowadziła do Sejmu swoją reprezentację,

Co może wynikać też z tego, że wyborcy dawnej Trzeciej Drogi mniej utożsamiają się z rządem, niż twardy elektorat KO czy Nowej Lewicy i w sytuacji, gdy rząd nie potrafi się wytłumaczyć z afery, zniechęcają się do polityki i wycofują w wyborczą absencję — albo zaczynają zerkać przyjaźniejszym okiem na partie antysystemowe, takie jak Konfederacja.

W ostatnim sondażu United Surveys dla Wirtualnej Polski KO, mimo wszystkich problemów ze Szpitalem Południowym pewnie prowadzi, wyprzedzając drugi PiS o 5 punktów procentowych. W porównaniu z wynikami z początków czerwca poparcie partii spadło zaledwie o 0,5 punktu procentowego. Jednocześnie z partii koalicji rządzącej do Sejmu wchodzi wyłącznie Nowa Lewica, która nie ma dość głosów, by utworzyć rząd z KO. I nawet biorąc pod uwagę, że w tej sytuacji Kaczyński musiałby wejść w bardzo trudny sojusz z Braunem, by sklecić większość, to fatalna wiadomość dla dziś rządzących partii.

Oczywiście do jesieni przyszłego roku temat najbardziej rozgrzewający wyborców może się jeszcze zmienić wiele razy. Nie można wykluczyć, że za rok opinia publiczna będzie ledwo pamiętać szpitalną aferę — choć opozycja zrobi wszystko, by ją przypomnieć i w ten sposób maksymalnie zdemobilizować elektorat koalicji. KO musi mieć jednak świadomość, że obok przegranej Trzaskowskiego rok temu to jest największy kryzys koalicji rządowej od 2023 roku. W dodatku przychodzi on w momencie ciągłego, frustrującego wyborców klinczu z Nawrockim i buksujących rozliczeń z PiS — prokuratura właśnie umorzyła śledztwo w sprawie „dwóch wież” Kaczyńskiego. To tworzy bardzo niepokojącą dynamikę dla rządu, której może się nie dać po prostu przeczekać.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version