Zmienił się ton Karola Nawrockiego, który domaga się teraz od rządu jednoznacznej decyzji w sprawie Rady Pokoju w postaci uchwały Rady Ministrów. Skąd ta zmiana? Czy zadziałał nacisk Amerykanów? A może prezydent uznał, że to kolejne wygodne pole do konfrontacji z rządem, pozwalające atakować Tuska za psucie sojuszu ze Stanami?
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Prezydent Polski Karol Nawrocki
Foto: Artur Reszko/PAP
Czasem z długiego, poruszającego wiele tematów wywiadu z politykiem do opinii publicznej przebija się tylko jedno zdanie. Tak też będzie ze słowami prezydenta Karola Nawrockiego, który w tracie trwającego ponad godzinę wywiadu z Bogdanem Rymanowskim, powiedział: — Tusk nie będzie mi mówił, gdzie mam latać. Może swojemu synowi albo wnuczkom mówić.
Słowa te padły w trakcie dyskusji o ewentualnym przystąpieniu Polski do trumpowskiej Rady Pokoju — Tusk wcześniej zadeklarował, że jego rząd na razie nie jest zainteresowany przystąpieniem do tego ciała, ale prezydent, jeśli chce, może lecieć na inaugurujące spotkanie, dostanie wtedy odpowiednie dossier z MSZ.
Dalej w taktykę konfrontacji
Duża część wywiadu utrzymana była w podobnym tonie — konfrontacji z rządem. Dostawało się nie tylko Tuskowi, ale też ministrowi Żurkowi, którego prezydent nazwał „prawniczym terrorystą”, nie pozostawiając w zasadzie wątpliwości, że nie podpisze nowej ustawy o KRS. Prezydent dał też jasno do zrozumienia, że trudno liczyć na podpisanie ustawy o statusie osoby najbliższej w związku. Jak wielokrotnie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, Karol Nawrocki próbował też dzielić koalicję, chwaląc współpracę z politykami Polski 2050 i PSL i krytykując odrzucające dialog Koalicję Obywatelską i Nową Lewicę.
Tusk i polityka zagraniczna zajmowały jednak szczególne miejsce w konfrontacyjnej taktyce prezydenta, jaką przybrał w rozmowie Rymanowskim. Prezydent stwierdził między innymi, że w czasach Tuska Polska była „wasalem Niemiec albo Brukseli” — co było odpowiedzią na słowa premiera Tuska, że Polska powinna być bliskim sojusznikiem Stanów, ale nie powinna być niczyim wasalem.
Nawrocki podkreślał wielokrotnie znaczenie sojuszu ze Stanami — w kontekście Rady Pokoju i nie tylko — oraz bronił postępowania amerykańskiego ambasadora w Warszawie, Thomasa Rose’a. Choć przyznał, że lepiej byłoby, gdyby nie doszło do konfliktu między ambasadorem a marszałkiem polskiego Sejmu („nawet postkomunistycznym”), przyjmując tu ostrożniejszą niż stojący murem za amerykańskim dyplomatą politycy PiS, to jednocześnie stwierdził, że powinniśmy „spoglądać z podziwem na to, jak ambasador walczy o swojego prezydenta”. Problem w tym, że to mało skuteczna walka. Według sondażu przeprowadzonego dla Wirtualnej Polski 47 proc. Polaków krytycznie oceniło publiczne ogłoszenie przez ambasadora decyzji o zerwaniu relacji z Czarzastym, a tylko 19 proc. uznało, że to ambasador ma rację w tej sprawie. Można mieć tylko nadzieję, że prezydent i jego otoczenie będą szukać inspiracji do prowadzenia dyplomacji u lepszych źródeł niż ambasador Rose.
Czy jest tu jakiś pomysł poza Trumpem?
Tym bardziej, że jak prezydent pokazał w rozmowie z Rymanowskim, wręcz się rwie do tego, by prowadzić polską politykę zagraniczną, choć konstytucja kluczowe kompetencje przyznaje tutaj rządowi. Jednocześnie prezydent nie zaprezentował żadnego własnego pozytywnego pomysłu na to, jak Polska mogłaby odnaleźć się we współczesnej rzeczywistości ze wszystkimi jej geopolitycznymi napięciami i wyzwaniami. Pretensje prezydenta do odgrywania większej roli w polityce zagranicznej są dziś odwrotnie proporcjonalne do merytorycznej wagi jego propozycji w tym obszarze: ograniczających się do powtarzania haseł o znaczeniu sojuszu z Trumpem.
W rozmowie z Polsatem prezydent nie potrafił na przykład wyartykułować przekonująco, jakie są właściwie jego merytoryczne wątpliwości wobec programu SAFE, gwarantującego Polsce tani unijny kredyt na modernizacje sił zbrojnych. Słuchając, jak prezydent mówi o swoich wątpliwościach, o tym jak rządowi udało się rozwiać cześć z nich, a części z nie, jak ciągle czeka na ostateczny kształt ustawy umożliwiającej Polsce przystąpienie do programu, można było odnieść wrażenie, że Nawrockiemu chodzi tu głównie o to, by zaznaczyć swoją dominację wobec rządu. I by pokazać sejmowej większości, kto jest górą i ustawić się w roli ostatecznego arbitra w kluczowej dla polskiej racji stanu kwestii.
Obszerne fragmenty wywiadu poświęcone były też Radzie Pokoju. Widać było, że prezydent chciałby, by Polska do niej przystąpiła, nie potrafił jednak wytłumaczyć w kilku zdaniach, dlaczego właściwie miałoby to być konieczne z punktu widzenia polskiego interesu narodowego. Dla części elektoratu prawicy wystarczające oczywiście będzie, że tego chce Trump — ale większość Polaków i Polek może to nie przekonać.
Nawrocki też na początku nie był entuzjastą Rady Pokoju
Co ciekawe, Nawrocki na początku sam wydawał się mało entuzjastycznie nastawiony do propozycji przystąpienia Polski do Rady Pokoju. W Davos można było odnieść wrażenie, że prezydent z wdzięcznością skorzystał z tego, że taki a nie inny kształt polskiej konstytucji pozwolił mu w wygodny sposób, bez zrażania Trumpa, nie podjąć żadnej wiążącej decyzji w tej sprawie.
Temat Rady Pokoju wrócił jednak na Radzie Bezpieczeństwa Narodowego w środę. Zmienił się też ton Nawrockiego, który domaga się teraz od rządu jednoznacznej decyzji w sprawie Rady Pokoju w postaci uchwały Rady Ministrów. Skąd ta zmiana? Czy zadziałał nacisk Amerykanów? A może prezydent uznał, że to kolejne wygodne pole do konfrontacji z rządem, pozwalające atakować Tuska za psucie sojuszu ze Stanami?
Jakby nie było spór o Radę Pokoju — absurdalny, prywatny projekt Trumpa, który nie przetrwa najpewniej jego prezydentury jako jakkolwiek istotne ciało — jest w najlepszym wypadku stratą czasu i energii polskich polityków w momencie, gdy naprawdę nie brakuje realnych wyzwań w polityce międzynarodowej.
Do wyborów to może tak wyglądać
Nawrocki wielokrotnie w ciągu ostatniego pół roku zachowywał się, jakby marzył mu się w Polsce system prezydencki. I jakby — eskalując konflikt z rządem i maksymalistycznie interpretując zapisane w konstytucji uprawnienia prezydenta — starał się go przesunąć metodą faktów dokonanych w tę stronę. Wywiad z Romanowskim wpisuje się w tę grę.
Trzeba też przyznać, że w ciągu pół roku prezydent zrobił w niej pewne postępy, zwłaszcza na medialnym polu — w Polsacie poradził sobie wizerunkowo dość sprawnie i w swoim elektoracie ugrał, co miał ugrać. Na początku nie potrafił co prawda wytłumaczyć się przekonująco, czemu nie udało się mu obniżyć cen prądu jak obiecywał w kampanii — próbował obwinić za to Czarzastego i „marszałkowskie weto” — ale dalej było tylko lepiej, choć też Rymanowski nie specjalnie przyciskał głowę państwa.
Niestety można się spodziewać, że relacje prezydenta z rządem będą podobnie wyglądać do wyborów. Na razie służą one obu stronom – choć niekoniecznie Polsce, w sytuacji stawiającej przed rządzącymi największe wyzwania od lat 90.